theyellowbook blog

    Twój nowy blog

    Lazy Butterfly, 02:29:23
    o, wiesz co mi się śniło ostatnio?!
    Ja

    Lazy Butterfly
    wielka podróż z przygodami
    Lazy Butterfly
    podczas której miałam świnkę wielkości kucyka, która nazywała sie Słoneczko i była bardzo kochana
    Lazy Butterfly

    i wszystko rozumiała
    Lazy Butterfly

    strasznie mi jej brakuje teraz T_T

    Wystarczy nie być on-line dwa dni, żeby wywołać popłoch i zaniepokojenie na GG.

    Lazy Butterfly
    Po przeczytaniu Kobiety z wydm zmieniam taktykę. Kiedy przestaniesz się odzywać, zamiast wzywać gopr, najpierw sprawdzę wszystkie okoliczne, piaszczyste doły, a następnie dam ogłoszenie do gazety, że masz się stawić tu i tu tego i tego dnia, w przeciwnym razie zostaniesz uznany za zaginionego.
    Lazy Butterfly
    Po upływie terminu będę zmuszona poczynić konieczne kroki w twoim mieszkaniu, tj. 1) usunąć masło, które może stanowić źródło skażenia (a los twoich sąsiadów jest mi szczególnie bliski) 2) wynieść antologię Teorie literatury XX wieku (ktoś mógłby ją zniszczyć lub wykorzystać w złym celu, jak wiemy wielka moc, to wielka odpowiedzialność).
    Lazy Butterfly
    Poza tym wizja utraty antologii wyciągnie Cię z najgłębszego dołu, choćbyś nie wiem jak był zaginiony. ;]

    Przemyślenia zainspirowane pomysłami kupienia jeża. Pomysły przeminęły w zderzeniu z przeliczeniem jeża na liczbę kurtek bądź płaszczy.

    Status GG:
    Jeże się urodziły. Kupić? Nie kupić? *obgryza pazur*

    Astarael
    Kupić! :-D
    Ja
    i będę zgubion. jeże zamieszkaja na czubku mojej głowy. i tam będą sie kręcić w kółko, tupać i bździć gdzie popadnie. a ja będę je za to hołubił.
    Astarael
    Będziesz stracony. :-]
    Ja
    zamieszkam w gnieździe na szczycie wielkiego drzewa. i obwinę się chustą. ze światem będę się komunikował za pomocą wrednie wystawionego nosa. ludzie będą wróżyć z kierunku, w jakim będę zwrócony.
    Ja
    będę się żywić raz w roku pomarszczonymi jabłkami, które nie spadną z gałęzi do późnej jesieni, krojąc je maleńkim nożykiem na plastry.
    Ja
    taki mój los.

    Ja 14:11:25
    Lol, Koło Fortuny i Magda Mięsny :D
    Aliss
    :D bosz, w ogóle to jeszcze leci!
    Ja
    tak, nowa edycja jest. z tym potwornym człowieczkiem
    Aliss
    nie wiem, czy magda mięsny przekręca literki, a wojciech pijanowski podkręca wąsa do kamery. ale są chetni. i o zgrozo muszą być jacyś widzowie
    Ja
    no ba że są. po codziennym rajdzie po m jak maść i moda na suknie – koło fortuny. ale teraz jest bardziej żenująco.
    Ja
    bo magda mięsny przynajmniej odwracała te literki. a teraz już to się robi jakoś automatycznie i ta laska po prostu chodzi jak ta kaczka tam i z powrotem tam i z powrotem i dotyka tych klocków nie wiadomo po co.
    Ja
    to jest niesamowite, że magda masny stała się instytucją sama w sobie. i jest totalnym symulakrem – bo nie spełnia żadnej funkcji, nic tam nie robi. tylko się przechadza – a bez tego przechadzania nie byłoby w ogóle koła.
    Ja
    to chyba jakaś klisza po american dream – chyba w takich programach amerykańskich standardem jest podstarzały prowadzący i trzódka hostess, które przynoszą nagrody, mizdrzą się przy samochodach i bimbają na sznurach od bramki nr 3.
    Ja
    a nam z tego snu pozostała już tylko magda.
    Aliss
    :D bosz. to temat na felieton przynajmniej :D magda mięsny a wyobrażenia zbiorowe.
    Aliss
    pamiętam jak oglądałam w wieku lat 6 czy 7 sat1 i tam były takie apetyczne teleturnieje. niepojęte zasady i dziwne nagrody.
    Aliss
    aternatywna rzeczywistość zza odry. piękni ludzie z niebieskawymi zębami i dziwne szufladki z dojcze markami.

    Śniła mi się dzisiaj mysz. Ta sama, która wczoraj wieczorem łaskawie przecwałowała susami przez przedpokój, prezentując mi swój brązowy zad i ogon. Zarówno na jawie, jak i we śnie, mieliśmy z myszą małe problemy komunikacyjne: otóż nie rozumiała moich intencji, aby polubownie się pożegnać. Nie planuję jej ścinać głowy ani mumifikować jakimś świństwem — niemniej we śnie prawie oberwała jakąś pałą. Co więcej, urosła do rozmiarów młodego kota, czym mnie dodatkowo wkurzyła (no bo o ile więcej musiałaby jeść!).

    Zaczynam podejrzewać, że ta mysz ma reprezentować mnie: przemykającego się z kąta w kąt przez miejsce, gdzie nie czuje się dobrze, a gdzie zostaje dla świętego spokoju i jedzenia. A skoro nie chcę, żeby ktoś mi uciął głowę albo zmumifikował, powinienem przemyśleć swoją postawę (przemyśliwuję i czekam na energy packa). Myszy i ludzie w nowym wymiarze.

    W Lost Sawyer czytał Ludzi i myszy. Jego analogon z Queer as folk, Brian, nie czyta — ale gdyby trafił na bezludną wyspę, to na pewno by zaczął. Zwłaszcza, że w okresie posuchy zawsze pozostałaby półprzymknięta książka (bonus: wiedziałby, gdzie skończył; antybonus: trudno by było wrócić do poprzednich stron).

    Krisznamurti powiedział kiedyś: „Człowiek jest samotny jak ogień, jak kwiat, ale nie zdaje sobie sprawy z ogromu i nieskazitelności tego stanu”. Dziś dowiedziałem się, że zapewne odnajduję w sobie Krisznamurtiego. Mam nadzieję, że okaże się sympatyczny.

    Wpis zainspirowany promieniem z kosmosu, który trafił mnie dziś wielokrotnie (z częstotliwością większą niż u pewnego kozła, który materializował się w Acapulco).

    Ostatnio dużo — i to dużo dobrego — się mówi o filmie Batman: Dark Knight. Nie powiem, że się temu dziwiłem, a już od wczoraj sam mam ochotę zabrać głos. Nie będę powtarzał peanów, jakie są rozgłaszane wszem i wobec w kolejnych recenzjach. Nie zamierzam wystawiać kolejnej noty 9,5/10 ani zgłaszać Heatha Ledgera do pośmiertnej nominacji do Oscara. Po prostu, zgadzam się z tymi wszystkimi opiniami i podpisuję pod każdą z osobna. Postanowiłem podzielić się kilkoma spostrzeżeniami, które uważam za nieco bardziej osobiste. No, może prócz jednego, które chyba ma charakter prawie ogólnoludzki, a od którego zacznę.

    Maggie Gyllenhaal, która przypomina poczciwą panią weterynarz, nie powinna się pojawić w tym filmie w innej roli niż statystka (najlepiej taka z gumową maską na głowie i sklejonymi rękami. Choć mogłaby mieć problemy z odegraniem trzęsienia się). Dramat! Nie wiem, czy to spojrzenie spaniela na nieco obrzmiałej twarzy było wystudiowane. Być może tak, bo repertuar min w stylu Księżniczki Lei, przypominającej sobie przepis na barszcz, opanowała w 100%. Jako jedyny.

    Rozumiem, że twórcy nie chcieli kolejnej plastikowej durnostojki u boku Batmana, ale pójście w konwencję holenderskiej mleczarki było przegięciem w drugą stronę. Dziewczyna nie potrafiła zagrać ani zakochania, ani desperacji, ani strachu. W łapach Jokera z nożem praktycznie wsadzonym do ust powinna przynajmniej drżeć, jeżeli nie płakać, ślinić się, kapać z nosa i dać upust pęcherzowi. Niestety, filmowa „Szpachel” zachowała zimną krew, jakby właśnie opuściła gabinet psychoterapeutki.

    Ale dość o niej, kto widział, ten wie co mam na myśli. A teraz garść innych spostrzeżeń i refleksji:

    1. Joker — przetłuszczony, śliniący się, ciamkający, był doskonały. Ech, to chyba też wiedzą wszyscy, ale nie sposób o tym nie wspomnieć..

    2. Scenariusz był wspaniały. W zasadzie składał się z trzech nowelek połączonych w jedną, spójną całość. W kilku momentach czułem, że zbliża się jakiś punkt kulminacyjny i było mi przykro, że film zaraz się skończy. A nie skończył. Po seansie poczułem się naprawdę dobrze… nakarmiony.

    3. Sceny akcji były świetne. Pomijając świetne zdjęcia i szybki montaż, uwagę przyciągały naprawdę błyskotliwe pomysły na aranżacje kolejnych pościgów czy akcji w wieżowcach.

    4. Skoro już poruszyłem kwestie architektury: Gotham było mało „Gotham” (to wczoraj ustalaliśmy z Soffi). Zabrakło choćby najdrobniejszego akcentu gotykpunkowego. A przecież między wieżowce można było wcisnąć mała katedrę. Albo „zaostrzyć” kilka zbyt płaskich dachów wieżowców. Skoro miasto jest lustrzanym odbiciem samego Batmana, jakiś mroczny akcent powinien się był pojawić. Jedyna prawdziwie gothamska scena to była defilada na wąskiej ulicy między nachylającymi się ku niej kamienicami.

    5. Moim zdaniem najmocniejszą scena filmu był dramat dwóch statków. Uważam, że była to mocna i gorzka aluzja wobec polityki Georga Busha:
    — pokazała, że demokracja jest formą zawoalowanej dyktatury. Ludzie wybierają, ale to ktoś im mówi, spośród czego;
    — wskazała, że w sercu samej demokracji też drzemie rozkład. Ludzie nie są dobrzy (nie z natury, ale z wyboru) i podejmują okrutne decyzje. Jako masa nie powstrzymają się przed wykluczeniem czy rytem ofiarniczym. Nierozwiązana pozostaje tylko kwestia odpowiedzialności. To, że kluczyk w detonatorze był jeden, uratowało ludziom życie. Gdyby dało się użyć go zbiorowo, tłum nie miałby z tym problemów (stąd np. rytuały kamienowania, w których uczestniczy cała zbiorowość);
    — pierwszą naprawdę moralną osobą w tej sytuacji okazał się więzień — uważam, że jego pomarańczowy strój, przywodzący na myśl Guantanamo, nie był wybrany przypadkowo. Nawet Amerykanie kojarzą kolor strojów niepokornych więźniów z tym więzieniem — wystarczy wspomnieć akcję Banksy’ego w Disneylandzie.

    6. Batman i Joker zostali zestawieni fenomenalnie, a jednocześnie inaczej niż to dyktuje tradycja. Wcześniej Joker był dokładnym odbiciem Batmana, obaj pogrążeni byli w szaleństwie. Różnica polegała na tym, że jeden się mu poddawał, a drugi dokonywał freudowskiego wyparcia, kanalizując energie na czynienie sprawiedliwości.

    W Dark Knight ta kwestia się zmieniła. Nie do końca nawet jest tak, że zgodnie z mitologicznym schematem jeden uosabia Porządek, a drugi Chaos. To coś więcej. Joker świetnie zdiagnozował sytuację. Porządkiem było społeczeństwo, czyli gromada ludzi wraz z ich zarządcami i instytucjami. Porządek jest wbrew pozorom siłą dynamiczną, nie znoszącą zbytniej stabilizacji. Cały system społeczny może się przewrócić do góry nogami pod wpływem katastrof i rewolucji, ale Ład znów zapanuje, dostosuje się do nowych okoliczności. Po raz kolejny zdefiniuje swoje Centrum, nałoży stygmaty na Peryferia i zmarginalizuje je, wyprze albo złoży w ofierze w imię Świętego Spokoju.

    Na tym marginesie są właśnie dwaj dziwacy, dwa wyrzutki, dwa freaki. Joker znów błyskotliwie nazwał ich relację w pięknej sentencji: This is what happens when an unstoppable force meets an immovable object. Joker jest chaosem — Batman jest Constans. Tym, co nie może się zmienić niezależnie od jakichkolwiek czynników zewnętrznych. Porządek zaś działa pomiędzy oraz poza nimi, to na zmianę zmieniająca się i krzepnąca magma.

    Nie spodziewałem się, ze Mroczny Rycerz da mi tyle do myślenia ani że popchnie refleksje w tę stronę. Jestem bardzo ciekaw, kto będzie kolejnym przeciwnikiem Batmana (bo z Jokera pewnie na razie zrezygnują) i czy ich relacja zostanie sproblematyzowana na równie zaskakującym, wysokim poziomie.

    No i stało się. Pani Muzykalność wyciągnęła mnie na Open’er Festival (4–6. lipca 2008 r.). Z początku miałem opory, gdyż zespół, na którym mi najbardziej zależało — Beirut — odwołał koncert. Pani Offowość zaś była nieco zawiedziona z powodu kolejnej artystki, która się wykruszyła, czyli M.I.A.. Tak się jednak złożyło, że jeszcze kilka znajomych zgłosiło się na wyjazd i względy towarzyskie w pewnym stopniu przeważyły. A choć z powodu obowiązków pani Pilność nie mogliśmy dojechać do Gdańska na czas, pojawiliśmy się tam na drugi i trzeci dzień.

    Miałem trochę obaw względem koncertów, przede wszystkim samej ich formuły. Na miejscu część z nich się rozwiała, a inne przeciwnie, objawiły swoje jeszcze bardziej podstępne oblicze. W kwestii samych wykonawców miałem różne uczucia, choć były zespoły, które chciałem usłyszeć na żywo, to dużej części albo nie znałem, albo zupełnie mnie nie interesowała (jak Jay–Z).

    Ogólnie występy artystów oceniam bardzo pozytywnie. Nawet Jay–Z, który był z trochę innej bajki, postawił na zrobienie show, co mu wyszło całkiem fajnie. Dobre nagłośnienie, dynamiczne oświetlenie i dekoracje ustawiane osobno dla każdego zespołu, wprowadzały klimat i sprawiały, że wszystkie występy były unikatowe. A teraz garść konkretów:

    Interpol — uczciwie, nie pamiętam tego występu. Żadna z ich piosenek nie wyryła mi się w pamięci. Słuchając ich kawałków na MySpace faktycznie coś świta, że mogli to śpiewać, choć jutro i tak pewnie nie będę tego pamiętał. Cóż, na mnie działają głównie słodkie, wysokie wokale (tak, tak, Lisa Gerrard), a na koncercie Interpol oddziaływał głównie gitarami basowymi i perkusją. Odbiór odbywał się bardziej brzuchem niż uchem. Dopiero słuchanie tego na spokojnie, w domu, z dobrymi słuchawkami zaczyna działać jak powinno.

    CocoRosie — to najbardziej wyczekiwany przeze mnie koncert z całego Open’er i największe rozczarowanie! Otóż z niewiadomych mi i raczej niewyjaśnialnych powodów organizatorzy postanowili strzelić sobie samobója. Jeden z najoryginalniejszych występów odbył się bowiem w namiocie — ogromnym, ale cóż znaczy „ogrom” w porównaniu z rzeszą ludzi, która do niego wtargnęła, żeby zobaczyć siostry Casady. Ścisk był taki, że z musieliśmy opuścić namiot razem z panią Wściekłość, która miała łzy w oczach. Do tego dopiero jak wyszliśmy zaczęto grac fajniejsze kawałki, co tylko zwiększyło rozgoryczenie. A żeby nas jeszcze pogrążyć w pretensjach, podczas koncertu Sex Pistols podniesiono poły namiotu, ułatwiając komunikację, uczestniczenie w koncercie i rozładowując tłum. Za późno się uczycie na błędach, państwo organizatorzy!

    Gentleman — słyszałem, że to było jedno z największych wydarzeń Open’er. Tymczasem… sprawa ma się identycznie jak z Interpolem. Może nawet gorzej, bo słuchanie kawałków na MySpace niewiele mi przypomina. Niemniej telewizja jest zachwycona zespołem, być może bez niej nawet bym nie pamiętał, że ktoś taki występował. W krótkim wywiadzie udzielonym reporterom wokalista wyjawił, że chce, aby na świecie zapanował pokój. Był tak uroczo i naiwnie tym przejęty, że pewnie mówił szczerze. Ale do reggae chyba mnie nie przekonał.

    Erykah Badu — Wielka Spóźniona Open’era. Absolutna rewelacja. Gigantyczna osobowość, promieniująca ze sceny. Gospelowy głos, zdolny kruszyć kryształy. Nigdy nie wnikałem w jej biografię ani teksty jej piosenek, więc występ był dla mnie dużym zaskoczeniem. Po pierwsze, w jednym z utworów śpiewała o Elohimie. Nie wiem, do jakiej opcji religijnej tym nawiązywała, ale z pewnością jest daleko od chrześcijańskiej ortodoksji. Po drugie, jeden z utworów miał ściśle szamański charakter. Erykah najpierw zapytała się zebranych, czy lubią śnić, następnie zaczęła przedziwny zaśpiew, wtórując sobie grą na prostym bębenku. Tu nie mam wątpliwości, że nawiązała do tradycji duchowych podróży, w których przewodnikiem był magiczny instrument.

    Goldfrapp — nigdy wcześniej nie spotkałem się bezpośrednio z twórczością Alison Goldfrapp, ale mam wrażenie, że moje ucho dawniej wyłapywało z tła jej muzykę, gdyż brzmiała znajomo. Przyjemnie było jej posłuchać: posmak lat 80., lekki aromat kiczu. I kolejne „magiczne” zaskoczenie po Eryce Badu. Na koncernie występowały 3 wokalistki (w tym Alison). W tle, za muzykami stał stroik z poroża zatkniętego na słup, ze zwisającymi z niego wstążkami w kolorach różu, błękitu i bieli. Dodatkowo na instrumentach stały sztuczne zwierzęta: sowa i kruk. biorąc pod uwagę, że zespół pochodzi z Wysp Brytyjskich, nawiązanie do kultów Potrójnej Bogini i Rogatego Pana nie są przypadkiem. To niezwykle ciekawe, gdyż sama muzyka nie jest żadnym przetworzeniem motywów folkowych, nawiązanie musi być więc głębsze.

    Massive Attack — drugi z bardziej wyczekiwanych przeze mnie zespołów. Po koncercie mam nieco mieszane uczucia. A nawet nie mieszane — bardzo wyraźnie podzielone. Niezwykle mi się podobały wszystkie utwory, w których nie śpiewał główny wokalista, czyli m.in. Teardrop, Angel i Unfinished sympathy. Niestety, nie mogę się pogodzić estetycznie z panem wokalistą, który według mnie śpiewał wszystko na dwóch nutach i za cały swój taniec miał kręcenie młynka łapkami. To punkt sporny z panią Wrażliwość, która uważa, że wokalista ma seksowny głos i równie seksownie się porusza. De gustibus… Faktycznym zgrzytem dla mnie było wyświetlanie na planszy za zespołem sentencji. To zabawne, bo kamery, które przekazywały sytuację ze sceny na telebimy ani razu nie pokazały żadnego z tych zdań od początku do końca. Niemniej, jedna po drugiej, leciały tam życiowe, pro–wolnościowe i pro–tolerancyjne mądrości. Jak dla mnie zabieg był za mocno retoryczny, jeżeli Massive Attack chce nadać swojej twórczości tak mocno ideologiczny wydźwięk, to te teksty powinny być wyśpiewane, a nie przekazywane pobocznym medium. Na szczęście tę niedoróbkę pomysłu zrekompensowało mi wykonanie wspomnianego Angel, podczas którego grał nie tylko głos wokalisty, ale również powódź czysto–białego światła. To jedyny utwór, który zdołał otworzyć dla mnie niebo podczas Open’er.

    Chemical Brothers — niestety, pomysł na prezentację — która sama w sobie była świetna i zasługuje na najwyższą ocenę — absolutnie się nie zgadza z tym, co uważam cenne w samym zjawisku koncertu. Dla mnie jego sednem jest bezpośrednie obcowanie z żywym artystą, odbiór dzieła tworzonego tu–i–teraz, gdzie każde działanie sceniczne natychmiast wywiera bezpośredni wpływ na unikatowe wykonanie. Niestety, Chemical Brothers mają założenie, że ukrywają siebie jako osoby i każą obcować widzom z elektronicznymi (re)prezentacjami. Jak wspomniałem, ich poziom był bardzo wysoki, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ktoś trochę ze mnie kpi. Ja oglądam nakręcony wcześniej obraz z muzyką, a sami artyści właśnie jedzą kiełbaski w części gastronomicznej gdyńskiego lotniska. Gdybym oceniał występ w kategoriach kina, ocena może byłaby inna. Niestety, gdy się zorientowałem, ze już nie zobaczę grających muzyków, szybko opuściłem koncert.

    Podsumowując Open’er jako całość, mam kilka spostrzeżeń, dotyczących samego koncertu, jak i kwestii ogólniejszych:

    ♠ Z jednej strony Open’er został zorganizowany fenomenalnie: świetne miejsce, armia obsługi, profesjonalny sprzęt, zapewniona higiena w postaci Miasteczek ToiToi, rozstawione w pewnej odległości od scen punkty gastronomiczne, zapewniony przejazd autobusami z i do miasta, dodatkowe atrakcje, etc. Z drugiej strony te same punkty można przemienić na minusy, biorąc pod uwagę rzesze ludzi, którzy się pojawili. Mam wrażenie, że organizatorzy zupełnie nie panowali nad liczbą gości i sprzedanych biletów. Każdego dnia, mniej więcej w czasie rozpoczęcia pierwszych koncertów, brakowało bransoletek, które były przepustkami na kolejne dni. Już to wskazuje, że przygotowanych wejściówek było mniej niż uczestników. Efekt: nieznośne zagęszczenie ludzi, ścisk na koncertach, problemy organizacyjne (gigantyczne kolejki do punktów z bransoletkami, punktów wymiany pieniędzy na festiwalowe kupony, etc.), katastrofa komunikacyjna po koncertach drugiego dnia, gdy kilka tysięcy osób próbowało wsiąść do opieszale podjeżdżających autobusów.

    ♠ Dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że artyści, po których się tego zupełnie nie spodziewałem, w oryginalny i chyba dość głęboki sposób nawiązują do bardzo starych tradycji.

    ♠ Cieszę się, że po raz pierwszy mogłem jeść chińskie jedzenie z charakterystycznego, kartonowego pudełeczka, które do tej pory znałem tylko z amerykańskich filmów ;)

    ♠ Pomimo tego, że niektóre występy były naprawdę świetne, formuła koncertu na wolnym powietrzu nie bardzo mi odpowiada. Chyba preferuję kontemplacyjny sposób odbierania muzyki (i koncerty przeznaczonych do tego w salach). Z małymi wyjątkami nie angażuję się cieleśnie w słuchanie utworów, więc banda pogujących i rzucających się w amoku sąsiadów jest niezwykle irytująca. To samo mogę powiedzieć o osobach, które nagle zaczynają o czymś głośno rozmawiać i „brzęczeć” nad uchem, oraz o braniu kogoś „na barana”. Chociaż rozumiem intencje (sam bym wziął na ramiona panią Ciekawość), wielka, zasłaniająca scenę, czarna sylweta Pani Dziuni, falującej nad głowami zebranych dwoma kubkami piwa, może doprowadzić do furii.

    ♠ Najbardziej fascynujące dla mnie spostrzeżenie, jakie poczyniłem, to kulturowe znaczenie grania ciałem podczas uczestnictwa w koncercie. Takie zachowanie zmienia się wraz z czasami i nie mam pojęcia, od czego ono zależy (być może od występów piosenkarzy na teledyskach, których zachowanie jest kopiowane przez fanów). A konkretnie: podczas skandowania i innych podobnych czynności, ludzie podnoszą w górę pięści i machają/wygrażają nimi. Często też wzmacniając efekt, wyciągają palec wskazujący, dzięki czemu ich ruch przypomina pouczanie. Kiedyś robiono „meksykańską falę”, wznoszono w górę zapalniczki i falowano nimi. Dzisiaj grozi się paluszkiem. Jestem ciekaw, jakie ukryte treści są tym wyrażane — podejrzewam, że to znak przesycenia muzyki niejawną, ale silną agresją. Wyuczeni na tym słuchacze reagują również zachowaniem wyrażającym przemoc.

    Chociaż w głównej mierze — z małymi, ale cennymi wyjątkami — traktuję festiwal jako ciekawostkę, wyjazd był ogromnym sukcesem towarzyskim. Poznałem kilka przesympatycznych osób oraz zostałem podstępnie zarażony muzyką Santogold, która nie jest dla mnie klasycznie piękna, ale chodziła mi po głowie nieprzerwanie przez kilka dni. Udało mi się również bardzo wypocząć dzięki wizycie… w aqua parku. Dzika Rzeka okazała się strzałem w dziesiątkę, podobnie jak dwie wodne zjeżdżalnie. Nie sądziłem, że kilkugodzinne pływanie w gorącej wodzie może być aż tak odprężające. Dziękuję wszystkim, którzy umilili mi wyjazd, dzięki Wam będzie niezapomnianym, pięknym doświadczeniem.

    Przed udaniem się na film Sierociniec (reż. Juan Antonio Bayona, 2007) jak zwykle unikałem jego recenzji. Mam tak od czasów japońskiego Ringu, który sobie zaspoilowałem, czytając krótką notę w „Gazecie Wyborczej”. Do kina poszedłem z informacjami, że film ma wymiar katartyczny oraz że posiada morał. Brzmiało naiwnie, ciut nieprawdopodobnie. Nie obawiałem się głupawej „bajeczki z przesłaniem”, bo wiedziałem, że jest straszny i że markuje go Guillermo del Toro — scenarzysta i reżyser świetnego Labiryntu fauna.

    Polecam recenzję autorstwa Huberta Spali w dziale filmowym Poltergeista. Uważam ją za bardzo zgrabnie napisaną i pokazująca najważniejsze aspekty filmu bez zdradzania fabuły. Tym, który nie widzieli Sierocińca, a mają nadzieję jeszcze go zobaczyć, proponuje poprzestać na tej recenzji. Ja pozwolę sobie na kilka spoilerów, gdyż chciałbym trochę szerzej skomentować dzieło Bayona.

    Film opowiada historię Laury, która przeprowadza się z mężem i synkiem do starego domu, który kiedyś był sierocińcem, gdzie sama spędziła dzieciństwo. Teraz, mając pełną i szczęśliwą rodzinę, postanawia założyć rodzinny dom dziecka dla upośledzonych sierot i kontynuować chlubną historię miejsca. Niestety, nie wszystko jest tak, jak być powinno. Przede wszystkim syn bohaterki jest adoptowany, a w dodatku śmiertelnie chory, co rodzice skrzętnie przed nim ukrywają. Po drugie, sam dom napiętnowany jest mroczną historią, której echa powracają po latach.

    Pewnego dnia po kłótni z mamą mały Simon znika. Zaczynają się trwające miesiącami poszukiwania, w trakcie których główna bohaterka doświadcza rzeczy, które zdają się być na granicy jawy i snu, przerażającej rzeczywistości i szaleństwa. Poznaje historię dzieci, które mieszkały niegdyś w sierocińcu. Dowiaduje się o małym Thomasie, synu jednej z pracownic, który miał zdeformowaną twarz. Matka wstydząc się jego wyglądu, kazała mu nosić na głowie worek–maskę i ukrywała go w domu. Pozostałe dzieci, które również były ułomne na rożne sposoby — niewidome, bez kończyn, głuche — wytykały Thomasa palcami, doprowadzając niezamierzenie do tragedii i śmierci chłopca. Dalsze konsekwencje były jeszcze bardziej dramatyczne.

    Historia dzieci jest tłem dla wydarzeń z czasów głównej bohaterki. Musi ona przejść całą drogę przez przeszłość, aby odzyskać syna. Największą siłę oddziaływania ma niesamowite napięcie i budowanie nastroju lęku, a także świadoma gra najbardziej klasycznymi chwytami i motywami kina grozy: od dynamicznych ujęć, zbliżeń, wydłużonych perspektyw, poprzez narastająca muzykę zapowiadającą wydarzenia, aż po obrazy starego domostwa, opuszczonej latarni morskiej, skrzypiących ścian budynku czy zamaskowanego dziecka. należy jednak docenić także grę z baśniowością, która nie jest sugerowana wprost (jak w Labiryncie fauna) ale poprzez pojedyncze motywy: pakt z „duchami”, podjęcie gry, magiczne życzenie spełnione w typowy, „elfi” sposób.

    Jednak to, co stanowi największą wartość filmu jest poza dialogiem z tradycją filmów grozy czy baśniowością. Sierociniec jest poniekąd krytyką samych horrorów, czy też sposobów myślenia o świecie, jakie są w nich prezentowane. Oto mamy sytuację: jest grupa dzieci, każde z nich inną „ułomnością”. Thomas o zdeformowanej twarzy mógłby być jednym z nich, tak samo inny, a więc tak samo normalny. Jednak uprzedzenia matki spowodowały, że został naznaczony. Głupi worek, symbol wstydu i niepogodzenia kobiety z jej losem, a nie jej faktycznej skazy u dziecka, zaistniał jako stygmat. To on stworzył Thomasa dziwakiem i pociągnął szereg tragicznych konsekwencji. Postawione zostaje pytanie o przyczynę tragedii. już w filmie zostało powiedziane, że dzieci były niewinne, nie rozumiały konsekwencji, jakie mogła mieć ich okrutna zabawa. Wskazanie na matkę pozostało w sferze niedopowiedzeń, ale jest niezwykle mocne i poruszające.

    Renarracja motywu kozła ofiarnego, jaka została podjęta w Sierocińcu zasługuje na szczególną uwagę. Pod warstwą dreszczowca (grubą i przekonującą) snuta jest druga opowieść, krytykująca krzywdzące praktyki ludzi, głupie mechanizmy obronne przed niezrozumiałym, których opłakane konsekwencje ponoszą inni. Przejmująca jest scena, w której grupka sierot siada by posłuchać bajki. Wśród nich jest także mały Thomas, który zdjął z głowy hańbiącą maskę. Owszem, jego twarz nie jest ładna, ale jest on po prostu małym chłopcem słuchającym opowieści, a nie monstrum z opowieści grozy. Dzieci nie są potworami, to dorośli je takimi tworzą♠♠.

    _____________
    ♠ Nota brzmiała mniej–więcej tak: „ple ple kaseta ple dziewczynka wychodzi ple. Ostatnich kilka minut jest prawdziwym wyścigiem z czasem”. Przez cały seans, dokładnie opisany w tych kilku zdaniach czekałem na wydarzenie przełomowy moment, który miał otworzyć tę zaskakująca część filmu. Niestety. Problem w tym, że to faktycznie było kilka ostatnich minut. A może nawet krócej. Bo to, czego oczekiwałem nigdy nie nastąpiło, sam wyścig z czasem był pokazywany pod napisami końcowymi. Takie rzeczy powinno się karać.
    ♠♠ Sierocniec można więc odczytać jako próbę rehabilitacji tych dziesiątków dziecięcych czupiradeł, które skolonizowały ogromną część horrorów, straszących ostatnio z ekranów kin.

    Wyszukiwarki to niezwykłe urządzenia, które często przez przypadek otwierają ścieżki internautów na nowe światy. Dzięki korzystaniu z usług Stat4U mam wgląd w rozmaite statystyki, a w tym we frazy wpisywano do Google, żeby trafić na The Yellow Book. Przyznaję, że wyniki są czasami oszałamiające. Google nie są oszałamiająco „inteligentne”, po prostu skanują, czy wpisywane w polu wyszukiwania słowa pojawiają się w tekście stron internetowych. Oczywiście chodzi o czyste układy znaków i bliskość słów względem siebie, pojęcie „kontekstu” jest obce programowi.

    Mając listę wpisywanych fraz, dowiedziałem się dwóch rzeczy. Po pierwsze, co można wpisać w Google, aby wyskoczył ten blog — to jasne. Po drugie zaś, co jest najbardziej fascynujące, mogę podziwiać, jakie zdania wpisują ludzie, oczekując, że w ten sposób znajdą to, czego szukają. To przypomina trochę jedna z legend, dotyczących maszyny szyfrującej Enigma, że jeśli zakodowało się pytanie, to w magiczny sposób po odkodowaniu otrzymywało się odpowiedź. Jak wspomniałem, Google wynajdują tylko konkretne układy znaków, nie interpretują intencji piszącego, a okazuje się, że myślenie mityczne i traktowanie internetu w kategoriach wieszczki delfickiej wciąż obowiązują. Tak na marginesie, wszystkie tezy, dotyczące mitów, archetypów, indywidualnych i zbiorowych świadomości, cieni i wypartych popędów, można świetnie badać poprzez zachowania użytkowników w internecie.

    Tymczasem podzielę się kilkoma smakowitymi przykładami z tego, co mi pokazało Stat4U (pomijając z przyczyn oczywistych słowa „The Yellow Book blog” wpisywane w kilkunastu konfiguracjach). Z jednej strony doskonale je utrwalę dla wyszukiwarek i od tej pory to będą doskonałe frazy, służące znajdowaniu mojego bloga, promujące go w internecie, z drugiej strony… no cóż, skaże się na to, że trafiać tutaj będą osoby szukające np. „masek jeża”. Wszystkie pomysły, które tu się pojawia, a które w zasadzie mają się nijak do tej strony, postaram się opatrzeć komentarzem — może okaże się pomocny przy kolejnym wyszukiwaniu? A teraz za Pytią powiem: Internauto, gnothi seauton.

    ewa bromberkowska — No cóż… jeżeli ktoś chciał się dowiedzieć czegoś szczególnego o Ewie, to dowiedział się tylko o jednym jej tekście — i chyba nie był z tego powodu zbytnio zachwycony. Bywa i tak.

    wiersze o pożegnaniu — Zazwyczaj są smutne.

    album z obrazami jacquesa-louisa davida — Cóż, nazywanie tego obrazka albumem jest nieco na wyrost. W kwestii dobrych książek o sztuce, polecam: Kluboksięgarnię Serenissima.

    baśnie w których bohaterowie sie przechwalają — Hmm… Może o jakimś kogutku, który się przechwalał i skończył w rosole?

    dehnel jest — Tak, niewątpliwie jest.

    do patrzenia na przez prawie godzinę marcel duchamp — Gratuluję entuzjazmu. Sztuka konceptualna, a za taką już można uznać dadaizm opiera się bardziej na koncepcie, a nie właściwościach wizualnych. Nie wątpię jednak, że dla niektórych wprowadzone w ruch koło rowerowe na taborecie może być świetnym obiektem do przypatrywania się i smakowania. Nawet przez prawie godzinę.

    dzieciństwo jacques-louis david — Pewnie z nieco starszym łobuziakiem Robespierrem, trzymając za rękę jeszcze usmarkanego Marata, zabierali koleżankom z podwórka lalki i urywali im głowy w imię równości przytulanek.

    efekt oglądania horrorów — Moczenia nocne, awersja do strzykawek i srebrzystych przedmiotów. Podejrzenie, że każdy szpital i stary dom w lesie został zbudowany na starym indiańskim cmentarzu, choćby to było w Europie centralnej.

    emblematy carycy katarzyny — Order Łaźni? Raczej Order Alkowy.

    higiena na dworze króla ludwika xiv — To oksymoron.

    jacques louis david: opis obrazu; styl artysty; najpopularniejsze obrazy; śmierc marata album — Narobiłem sobie kłopotu, bo ta estetyka jest mi w zasadzie emocjonalnie obca. I raczej na te tematy nie będzie nic więcej.

    jakie wrazenie robi na mnie obraz pt śmierc marata — Piorunujące!

    kapiele kleopatry — Liczne, ponoć w mleku. Ciekawe, czy miała żółtego, gumowego ibisa.

    kaseta pan zdzisio — Serdecznie pozdrawiam pana Zdzisia. Nie wiem, co nagrał na swoją kasetę i chyba dobrze mi z tym.

    katarzyna ii udziwnienia seksualne — Było ich wiele, ale jestem zbyt skromny, żeby w nie wnikać.

    kałamarz czy korzysta z niego w czasie baroku? — Zdecydowanie tak! Każdy z od czasu czy napisze gdziebądź.

    kto to był marat z dzieła jacquesa-louisa davida — Nieboszczyk.

    kąpiel archimedesa — Liczne. Być może z powodu tuszy filozofa i problemów z utrzymaniem piany w wannie, była to kąpiel teoriotwórcza.

    lala dehnel motyw kobiety — To może jeszcze motywy czasu w autobiografii? Człowieka w powieści? Rymu w poezji?

    maski jeża — Jedna, kupiona we Florencji, kremowo–złota. Wykłócona pewnego długiego gorącego, pełnego kłótni dnia, zaakcentowanego gołębią kupą na moim czole. Druga, zrobiona własnoręcznie z gipsu i bandaża, lekko polakierowana. Wygląda fatalnie, obecnie znajduje się na niej hodowla kurzu. Trzecia, odjeżynna, wenecka, czarna, na pół twarzy, z długim nosem. Zdecydowanie ulubiona.

    muzyka buddyjska — Dla porównania proponuję muzykę cysterską, rekonstrukcję średniowiecznej estetyki światła przez chórzystów z Fontenay.

    najladniejsze obrazy klasykow — To takie są?

    piosenki dla dzieci mayh — Znalazłem na Youtube zespół Opeth i ich album Mayh. Jeśli o to chodziło, to raczej piosenek dla dzieci się nie uświadczy.

    propozycje na abstrakcyjne wzory do namalowania na scianie — Mój faworyt! Proponuję inspiracje action painting Jacksona Pollocka: na środku malowanego pokoju ustawić mikrofalówkę, załadować już kilkoma puszkami z farbą, kawałkami asfaltu, śrubkami, etc. Włączyć na 10 minut i prędziutko wyjść z domu. Miłego mieszkania!

    przechwalanie się jako temat wierszaSamochwała?

    stojaki na prasę — Cóż, czasami pisząc o sztuce, krytyce, książkach czy muzyce nie sposób nie napisać czegoś o stojaku na prasę. To silniejsze.

    strike the pose — *strikes*

    symbolika jeż — Jeż ma wspaniała, ale niewyrażalna symbolika. Poleca wszystkim jej zgłębiania.

    teksty piosenek w których występują antytezyBóg się rodzi.

    w jakim języku spiewa lisa gerrard? — Cały urok w tym, że nie śpiewa w żadnym języku.

    wiersz o pożegnaniu z pracą — To się kłóci z moim wyczuciem decorum.

    znani pisarze spod znaku bliźniąt — Jak moja mama zacznie pisać a ja zechcę ją wypromować, to na pewno o niej tu wspomnę.

    świat wiedźmina i na sos do siebie podobne — Na sos to jest podobny świat u Brzezińskiej. Ale to raczej pomidorowy. W dziedzinie miodowo–musztardowego jestem zupełnym nowicjuszem.

    Byłem bodajże w II klasie podstawówki, gdy pewnego popołudnia, siedząc samemu w domu, włączyłem TVP 2. Akurat leciały wideoklipy. Wtedy nagle zobaczyłem coś niesamowitego, połączenie onirycznych scen z muzyka, która w jednej chwili podbiła moje serce. Kiedy klip miał się ku końcowi, usilnie starałem się zapamiętać nazwę zespołu — najwyraźniej to nie był jeszcze czas, kiedy człowiek otacza się setką fiszek z zapiskami. Wiedziałem, że słowa te i tak mi się ulotnią szybko, ale może przy odrobinie wysiłku, kiedyś odkopię je z archiwum pamięci. Tylko trzy słowa, ale po angielsku, trudne do zapamiętania dla dziecka: Dead Can Dance. Zapamiętaniem tytułu wideoklipu — The Carnival Is Over nawet nie zawracałem sobie głowy. A jednak wszystko tam zostało.

    Minęło kilka lat. Były wakacje, chyba między V a VI klasą podstawówki. Jurata, w czasach, gdy jeszcze była kurortem dużo bardziej przyjaznym turystom. W kawiarni Juratka sprzedawano niezapomniane lody jagodowe, na ulicach były stragany w fajnymi rzeczami, dobrego gatunku, a nie wakacyjnym chłamem spod sztandaru jaskrawego ręcznika i bezsmakowych gofrów. I to przy głównej ulicy stał stragan–stojak z mnóstwem kaset z muzyką. Idąc odwróciłem głowę i przeskanowałem tylko wzrokiem nazwy zespołów i tytuły. Bdłąk!!! Grom z jasnego nieba (pozdrawiam pana Heraklita). Ależ to TO! Niemożliwe! Kupiłem, sprawdziłem. Na kasecie nie było tamtej piosenki sprzed lat, ale po wysłuchaniu pierwszej piosenki nie miałem już żadnych wątpliwości.

    Tak zaczęła się moja przygoda z Dead Can Dance. Zanim znalazłem kasetę (bo to były wciąż czasy kaset) z The Carnival Is Over, minęły jeszcze ze cztery albumy. Zebrałem wszystkie oprócz nie rozpowszechnianego albumu Garden of the Arcane Delights (gdzie są tylko 4 piosenki) oraz dwóch kompilacji. W muzyce tego zespołu najbardziej zachwycił mnie głos wokalistki, Lisy Gerrard. Wokal Brendana Perry był dla mnie na drugim planie, choć oba głosy występowały w utworach razem,świetnie się dopełniają. Prawdopodobnie tak właśnie wyglądał kryzys zespołu: Brendan miał być czołowym piosenkarzem, Lisa zaś miała przede wszystkim robić całe tło instrumentalno–wokalne. Tymczasem kilka piosenek, na których zaśpiewała solo, przyciągnęło uwagę odbiorców i wkrótce zaczęła wychodzić na pierwszy plan. Tak rodzi się artystyczna zazdrość, żywioł okrutny.

    Informacje o zespole były bardzo skąpe, wciąż była to dla mnie epoka przedinternetowa. Znalazłem jedną, cienką książeczkę na temat Dead Can Dance. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem zdjęcia wokalistów, których do tej pory mogłem sobie tylko wyobrażać. Anielska Lisa z koroną splecionych, złotych włosów. Brendan, który wyglądał jak podejrzany Plastuś, efekt maskowany na kilku zdjęciach hiszpańską bródką (Plastuś z Różą w Zębach). Od momentu, gdy dowiedziałem się, że mężem Lisy jest Polak, miałem nadzieję, że takie koneksje mogą doprowadzić do zorganizowania koncertu w Polsce. Najwyraźniej przeceniłem ducha patriotyzmu.

    W muzyce uwielbiam dwie rzeczy. Po pierwsze, kiedy jest minorowa. Jeśli utrzymana jest w tonacji Dur to dobrze, jeśli jest wzniosła. Taka muzyka oczyszcza emocje. Po drugie, kiedy prowokuje wyobraźnię, pobudza do snucia własnych historii, obrazów (tu przypominają mi się sesje RPG, na których nieodmiennie obecne było Dead Can Dance, inspirujące również wiele scenariuszy). Przez wiele lat Yulunga miała pierwszeństwo przed wszystkimi innymi utworami.

    Tymczasem odkrywałem krok po kroku, że poza wąska grupką przyjaciół, która dopiero się formowała, prawie nikt nie zna albo nie przepada za Dead Can Dance. Najczęstszą nań reakcją było niezrozumienie muzyki: bo za smutna, bo za dziwna. Oczywiście, byłem tym przejęty, ale raczej nie ciesząc się swoją oryginalnością, tylko ukrywając zainteresowania dla siebie. Jakoś nie dałem sobie wmówić sekciarstwa ani stanów depresyjnych i tak doczekałem się solowych płyt Lisy Gerrard. Każdy kolejny album jest lepszy od poprzedniego, dojrzalszy. Stylistycznie nawiązują do różnych tradycji muzycznych świata, od korzeni wczesnochrześcijańskich po muzykę Indian Ameryki Północnej.

    W końcu nadszedł rok 2005, a wraz z nim wieść o reaktywacji zespołu na czas trwania jednej trasy koncertowej, która miała być ostatnią. Co więcej, jeden z koncertu miał się odbyć w Warszawie! Pełen szczęścia odkładałem pieniądze i szykowałem się, żeby zamówić bilet w Empiku… niestety, rozeszły się w niecałe dwa tygodnie, a na Allegro chodziły po absurdalnych cenach. I tak oto moje marzenie miało pozostać niespełnione. Słyszałem nagranie z koncertu, pojawiło się tam sporo genialnych utworów, które nie znajdują się na żadnym z albumów, efekt naprawdę wstrząsający. Podejrzewam, że pojawienie na występie zakończyłoby się dla mnie zbieraniem chłonną ściereczką Viledy. A przynajmniej, utopieniem się we własnej wodzie morskiej.

    Jedną z najciekawszych cech z muzyce Dead Can Dance, a potem na solowych płytach Lisy, to „język”, w którym śpiewa wokalistka, czyli brak języka jako takiego. Modeluje śpiewane słowa w zależności od muzyki, jej tematu, ukrytej opowieści. Używa słowa jako plastycznej materii, którą dowolnie formuje, a następnie wyciska na emocjach słuchaczy. Jednak najmocniejszą stroną tej muzyki jest to, co nazwałem śpiewaniem ku światłu. Chodzi o strukturę analogiczną do budowy muzyki buddyjskiej. Utwór zaczyna się niskimi dźwiękami, ciemnością, z której nagle wybija się w czystych dźwiękach wzwyż, ku światłu. Dla mnie wrażenie jest niesamowite, siła melodii wyrywa wręcz z ciała ku innym sferom. Co więcej, ta muzyka w ciągu kilku sekund potrafi wycisnąć potok łez (podobno moja zmarła już babcia reagowała tak na muzykę Chopina). Przykład: uważam, że Aria jest prawie za piękna.

    Na koniec bardzo ciekawa kompilacja, wideoklip Mylene Farmer z piosenką Persephone Dead Can Dance. Rudowłosa jako Kozioł Ofiarny, założycielski mord i agon z Minotaurem.

    _____________
    ♠ Dead Can Dance, Dead Can Dance (1984), Spleen and Ideal (1985), Within the Realm of a Dying Sun (1987), The Serpent’s Egg (1988), Aion (1990), A Passage in Time (1991), Into the Labyrinth (1993), Toward the Within (1994), Spiritchaser (1996), Wake (2003).
    ♠ Lisa Gerrard, The Mirror Pool (1995), Duality (1998), Immortal Memory (2004), A Thousand Roads (2005), The Silver Tree (2006).


    • RSS