theyellowbook blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 2.2008

    Ostatnio dużym zainteresowaniem cieszy się pisarstwo Jacka Dehnela, szczególnie po wydaniu nagrodzonej Paszportem Polityki 2006 powieści Lala. Zdania najczęściej polaryzują się na dwóch biegunach, albo są pełne zachwytu nad dehnelowskim językiem, jego sposobem narracji i trudnym tematem, którego się podjął, albo narzekają na zadęcie autora, pełną afektacji autokreację. Przeczytałem Lalę i poszerzyłem znajomość twórczości Dehnela o tomik poezji Brzytwa okamgnienia.

    Jak sam autor napisał na tyle okładki: „Lala to książka gadana, a zatem książka o wielu sprawach”. Zdanie to trafnie opisuje sposób narracji. Tematem autobiograficznej powieści jest snucie historii, które porywają ludzi, czasy, wykorzystują rzeczywistość jako grunt, na którym prowadzą swoje ulotne życie. Bohaterką jest babcia Dehnela, która na starość zaprzestała swojej najcenniejszej sztuki, opowiadania. On zaś jako narrator staje się spadkobiercą tego zwyczaju i przywołuje z pamięci rozmaite obrazy z dzieciństwa oraz zasłyszane anegdoty i łączy je w prawie cielesną tkan(in)(k)ę. Jedna osoba zaczyna prząść opowieść, która się toczy się na swoich prawach, powrót w narracji do planu rzeczywistego może odbyć się w innym czasie i miejscu, w rękach innego tkacza.

    Anegdoty dotyczą biografii babci, zarówno z czasów jej młodości, jak i okresu, którego Jacek Dehnel był już świadkiem. Utrzymane w tonie wspomnień o dawnej arystokracji, ukazują ciągłość korzeni autora, tradycji i świadomości pochodzenia. Wraz z opowieściami narrator buduje swój mit, wcielany w życie. Odebranie dobrego wykształcenia, zajmowanie się sztukami godnymi dobrze urodzonych, ogłada, piękne wysławianie się, wiedza na tematy rozmaite od doskonałej orientacji w savoir–vivre po znawstwo w dziedzinie roślin ogrodowych.

    Nie ma w tym nic dziwnego, Dehnel na co dzień stara się pokazać, że jest w istocie człowiekiem starej daty. Pojawia się pytanie, na ile jest to zachowanie autentyczne (co jest postulowane poprzez powieść), a na ile to poza, wypreparowana strategia zachowania, obliczona na kreację konkretnego wizerunku. Sądzę, że właśnie ten punkt rozważań jest źródłem krytyki Lali, a także niektórych wierszy z Brzytwy…. Przyjęcie takiego etosu opiera się na milczącym założeniu odróżnienia się od masy, plebsu. Zajmowanie się sprawami wysublimowanymi i godnymi, zakłada całe tło rzeczy pospolitych, którymi zajmują się ludzie nieskomplikowani.

    W tekście odbiorca nie został zdefiniowany jako przedstawiciel którejś z grup, ale biorąc pod uwagę typowego czytelnika, nie trudno poczuć się milcząco oskarżonym o bylejakość. Z drugiej strony czy Dehnel jest winien za kompleksy innych lub za rodzinę, w której się urodził? I dlaczego w ogóle rozważać jego ponadprzeciętną kulturę w kategoriach winy? Powodem może być afektacja, pobrzmiewająca w jego stylu pisania, która łatwo odczytać jako przechwalanie się i zadzieranie nosa. To już pozostaje kwestią indywidualnej lektury i konstrukcji psychicznej czytelnika.

    Samo snucie opowieści w tak gawędziarski sposób motywowane jest wychowaniem wśród kobiet. Znajduję tu analogię do Lubiewa Michała Witkowskiego, którą można również umotywować nieskrywanym homoseksualizmem obu pisarzy (choć w Brzytwie… Dehnel pisze o tym z dużą klasą i poetyckim wyczuciem). Tam, gdzie Witkowski paple, plotkuje, po ciotowsku szczebiocze o kolejnych zaliczanych lujach, tam Dehnel snuje „babskie” piętrowe opowieści o ludziach, ich historiach, gdzie jedna biografia rozwija się jak kłącze, kwitnie nową historią, która znów meandruje w nieprzewidzianym wcześniej kierunku. W jednym i drugim przypadku afektacja, przemożna i niedająca się poskromić regułami potrzeba narracji powodują to, że tekst jest cielesny i żywy. Obaj pisarze mają też w sobie tę Księżnę Udzielną (peruka, muszka, buteleczka trucizny i kochanek pod krynoliną), Witkowski się w nią wciela i ją odgrywa w licznych tekstowych przebierankach, Dehnel zaś powołuje ją swoim drzewem genealogicznym. Pierwszy z nich wprowadził do polskiej literatury głos przegiętej ciotki i zyskał akceptację, drugi pokazuje, jak można jeszcze inaczej pisać o doświadczeniach hetero–nie–normatywnych (choć niekoniecznie związanych z erotyką).

    Lala jest bardzo piękną biografią starej kobiety oraz pożegnaniem z nią i jej opowieściami. Jest też autobiografią, wobec której można mieć pewne zastrzeżenia — choć osobiście nie mam z nią problemów. Posiadanie wielu zalet, zapewnionych wychowaniem i wykształceniem to rzecz piękna (zapewniona przez innych), ale prawdziwym powodem do dumy są nasze osobiste dobre wybory. Jak to się prezentuje w tej książce zależy od indywidualnego odbioru.

    Inną sprawą jest Brzytwa okamgnienia, która jest tomem bardzo dojrzałych i intymnych wierszy. Po raz pierwszy czytałem tak piękne utwory o miłości mężczyzny do mężczyzny, bez tkliwości ani brutalnego agonu. Jednak najbardziej ujął mnie wiersz, który uważam za przeuroczy i błyskotliwy. Dedykuję go wszystkim, którzy przez nieuwagę zgubili sens życia.

    Przyjęcie

    Stoją za oknem strome ciemności,
    ciemność przychodzi do okien gości

    A za ciemnością idą zwierzęta,
    żaden bestiariusz ich nie spamięta.

    Za zwierzętami śmierć biała kroczy,
    śmierć sześcioskrzydła, na skrzydłach oczy.

    Stają u okien. Patrzą do środka.
    Bardzo się zmieni kto je napotka.

    W środku tłum, książki, meble i szklanki,
    czyli szkło, papier, drewno i tkanki.

    I śmierć, i bestia się rozpromienia,
    że się serwuje tyle jedzenia.

    Przez miłorzębu patrzą gałązki
    na nieświadome niczego kąski.

    Ty, jeśli czekasz jakichś morałów,
    nie czekaj dłużej. Czasu jest mało.

    Bądź dobry. Kochaj. Starzej się z wdziękiem.
    Zamki są słabe. Szyby są cienkie.

    _____________
    ♠ Jacek Dehnel, Lala, W.A.B., Warszawa 2007.
    Idem, Brzytwa okamgnienia, Biuro Literackie, Wrocław 2007.
    ♠ Michał Witkowski, Lubiewo, ha!art, Kraków 2005.

    Są recenzje dobre, są recenzje złe. Jest także dno. A jeżeli ktoś woli metaforykę sprośności bądź świństwa: koryto. Tym razem podzielę się tekstem, który już jakiś czas temu sprawił mi wiele radości, ale z różnych przyczyn nie mogłem się nim za bardzo chwalić (choć to słowo na wyrost, bo w zasadzie nie ma czym). A mianowicie chodzi o recenzję wystawy Grzegorza Sztabińskiego Wędrujące obrazy, którą napisała Ewa Bromberkowska, podówczas studentka, a obecnie absolwentka łódzkiej historii sztuki i doktorantka PAN (sic!).

    Postaram się jak najmniej odwoływać się do samej autorki, bo to ani miłe ani profesjonalne. Ale nie znajduję żadnej taryfy ulgowej dla samej recenzji od momentu, gdy zostaje ona upubliczniona (zwłaszcza, że o ile dobrze pamiętam, była zamieszczona na jeszcze jednej stronie internetowej. Część tekstu zacytuję tutaj, na
    wypadek, gdyby przywołana wersja także gdzieś zaginęła. Wbrew
    językowej przyzwoitości, zachowuję oryginalną pisownię).

    Przyznaję, że tekst stał się źródłem nieśmiertelnych cytatów, co przy odrobinie dystansu i entuzjazmu można policzyć mu na plus. Choćby sam początek:

    Grzegorz Sztabiński w studio nie nagrywa nowej płyty solowej z pseudo-kolędami i piosenkami świątecznymi, jak mają w zwyczaju ci, którzy zwykle siedzą w studio w okresie świątecznym.. „Składanka”, którą przygotował dla swoich wielbicieli, to bardziej uczta intelektualna przyprawiona o niecodzienne doznanie wzrokowe.

    Ciekawe, jak czuł się sam artysta, kiedy dowiedział się, o co autorka mogłaby go posądzić i jaką opinię dementuje. Internauci zapewne spytaliby się „WTF?”, krytycy sztuki zaś zastanowili, czy w dobrym guście jest mieszanie porządków galerii i dyskoteki w remizie. Autorka nie miała tego typu wątpliwości, dzięki czemu powstała reszta tekstu (czy zwróciliście uwagę na wymowne słowo „wielbicieli”?):

    Artysta nie ubrał się w czerwony strój Mikołaja, ale zaprezentował pokaz o wiele bardziej niebywały.

    Och, żeby nie było nieporozumień, w roku zorganizowania wystawy (2005) artysta miał 57 lat. Mimo to:

    Nie tańczy, nie śpiewa, ale w niezwykle wysublimowany sposób dociera do wnętrza nawet najbardziej opornych odbiorców posługując się środkami wyciszonymi, lecz wyjątkowo wymownymi. Jego milcząca muzyka brzmi w duszy tych, którzy doświadczyli tego pokazu tak, jak nieruchome pozornie obrazy wędrują w przestrzeni galerii.

    Autorka popisała się wyczuciem świątecznej konwencji. Melodyjny początek chciałoby się pociągnąć na notę jakiejś znanej pseudo–kolędy: „Nie tańczy, nie śpiewa, nie wspina się na drzewa”. Retoryka żenującego banału (odpowiadająca temu, czym wystawa nie była) została zestawiona z tryumfującą retoryką nieznośnej egzaltacji (która najwyraźniej należy opisywać, czym wystawa jest). Opisanie, jak sztuka ta jest wysublimowana, poruszająca najgłębsze struny w duszach omdlałych z zachwytu widzów jest jedynie mdlące i wywołuje niepokojące ruchy płynów głęboko w żołądku. Ale żeby nadmiar poezji nie zabił ogólnego efektu, odwołanie do doświadczenia odbiorców–konsumentów powraca w wielkim stylu:

    Pod warszawską megachoinką, w dzień trochę przerażającą, artysta Grzegorz Sztabiński zostawił prezent wszystkim miłośnikom sztuki nie tylko geometrycznej. 12.12.2005 przerwał czas przedświątecznej krzątaniny otwierając wystawę „Wędrujące obrazy” – idealny odpoczynek dla zmęczonych zakupami oczu i zapomnianego umysłu.

    Autorce udało się tu odwołać do: a) doświadczenia ogólnoludzkiego (bo każdy jakoś się przed świętami krząta, więc czemu nie miałby się chwilkę pokrzątać w galerii); b) doświadczenia osobistego (przebijająca się przez tekst trauma spowodowana widokiem warszawskich megachoinek); c) myślenia abstrakcyjnego (osób, które będą się zastanawiać, czym jest zapomniany umysł. Ale i tak go nie znajdą — bo zapomniały). Zanim ktoś zdąży otrząsnąć się z szoku, język rodem z super ekspresowej prasy o faktach powraca:

    Nie harcuje tutaj wciskający dzieciom cukierki dziadek Mikołaj z bandą elfów i nadgorliwych sprzedawców. To oaza ładu i składu, ciszy i spokoju, ulga dla oczu i wyzwanie dla umysłu. Warto wybrać się do stolicy by odwiedzić tą wystawę.

    I znów, kiedy internauci zakrzykną „OMG!”, krytycy zaczną się zastanawiać, czy aby na pewno chadzają na te same wystawy, co autorka. Oddechu jednak nie będzie! Bo oto nadchodzi zmyślna próbka wykorzystania z inwencją języka:

    Szanowne obrazy przybyły tutaj z Łodzi, aby zawisnąć na szanownych ścianach i rozciągnąć się po szanownych podłogach. Szanowni zwiedzający, po przybyciu do galerii wspinają się po budzących respekt szanownych, marmurowych schodach, które wspaniale budują szanowne napięcie przed nadchodzącym silnym przeżyciem estetycznym (i równie silnym przeżyciem intelektualnym). Przedświąteczne wędrówki szanownie przerwane zostały na moment pokazem wędrujących obrazów, które wcale nie wędrują.

    Moje kwiczące wyczucie słowa i estetyki z kwikiem waliło głową w ścianę i kwiląc rozciągnęło się na podłodze. Tej kwiecistej wypowiedzi nie skwituję, bo język z kwikiem odwalił kitę. Lektura tekstu już na tym etapie jest silnym przeżyciem estetycznym i intelektualnym, choć należałoby mówić nie o zasłudze, a o winie. Niestety:

    W dobie powszechnej technicyzacji taki tytuł sugeruje raczej ekspozycję jakiegoś kolejnego, rządnego sławy pomyleńca, który dzięki przeróżnym elektronicznym zabiegom wprawia płótna w fizyczny ruch. Dzięki Bogu (lub ogólnie pojętej Opatrzności) Grzegorz Sztabiński nie urządził swoim odbiorcom rewii na ścianie i zachował zdrowy rozsądek przeciwstawiając się technologii pożerającej każdy milimetr ludzkiej codzienności.

    Znów, wczuwam się w skórę artysty, który czyta takie rzeczy na swój temat. Tego naprawdę nie skomentuję.

    Grzegorz Sztabiński stworzył w przestrzeni galerii salę egzaminacyjną. Zwiedzających powinno się wpuszczać pojedynczo lub dwójkami tak, aby w ciszy i spokoju mogli doświadczyć intelektualnego oświecenia. Tym razem jednak nie Profesor a jego dzieła stawiają pytania.. często udowadniające widzowi jego niewiedzę.

    Hmm… Czy to coś komuś przypomina? Dlaczego nagle zamiast słowa „artysta” pojawia się „Profesor? Czy przypadkiem nie jest on jednocześnie profesorem, wykładającym na historii sztuki, ewentualnie szefem katedry? Czy jest tu wyczuwalna jakaś mgiełka aluzji? Dlaczego recenzentka robi wybieg w kierunku egzaminu, tego jak się odbywa i sugeruje, że jest to wydarzenie prawie erotyczne. Bo przy takiej dawce lukru i pachnącego lubrykantu należałoby już mówić o niesmacznym, upublicznionym uwodzeniu. A to „udowadnianie niewiedzy” wywołuje obraz uczennicy w zbyt kusej spódniczce, która informuje nauczyciela, że chciałaby zaliczyć egzamin ustnie. Brr…

    Po tym szokującym wstępie następuje kulejący opis wystawy, który stawia raczej nie na wartość poznawczą, tylko na poślizgową. Niemniej na jego podstawie (wyłaczając opinie recenzentki jako jawnie stronnicze i mające mało wspólnego z wystawą, a całkiem sporo ze wszystkim innym) można wyrobić sobie zdanie o samym wydarzeniu. Po tej krótkiej przerwie wracamy do tekstu, który zmierza już ku zakończeniu:

    Obrazy Grzegorza Sztabińskiego wędrują. I nie musi ich wcale artysta nosić na plecach.

    Widzicie to? Człap, człap, człap…

    Wędrują wzdłuż ścian ekspozycji, przeplatają się, łączą, wpływają na siebie. A swoją drogą, cóż innego mogły by robić te obrazy? Przecież życie jest drogą, wędrówką, ciągłym przemieszczaniem. Kiedy oglądamy wędrującą wystawę stajemy na moment w miejscu, aby później obejrzane prace wędrować mogły w naszych umysłach.

    A to z kolei jest taka słowna słoma, którą recenzent upycha przestrzeń swojej wypowiedzi, gdy uświadamia sobie, że w istocie nie ma nic do powiedzenia (analogicznie do krytyczki, która wypowiadając się o wspomnianej wystawie Ti tabu dibu daj naplotła wyssanych z palca bzdur o kościołach i świętych atmosferach). Mi się to kojarzy z dziecięcym gaworzeniem, składaniem bliskoznacznych lub spokrewnionych słów w kolejne zdania, memłane na wszystkie strony. Ale zaraz po tym następuje ostateczny, powalający strzał, ostateczna penetracja:

    Prace Grzegorza Sztabińskiego zajmują miejsce w pamięci każdego widza – brawo za wypełnienie kategorii doniosłości! Są wyzwaniem intelektualnym i równocześnie silnym przeżyciem estetycznym. Nie przeczę jednak, że do odbioru tych obrazów wiedza, wyczucie i zdolność analizowania są niezbędne. A czy taki odbiór będzie prawidłowy? Nie wiem. Wiem tylko jaką kolejną wystawę planuje Grzegorz Sztabiński.

    Gdzie jest ręcznik? Gdzie jest ręcznik?!!

    Wiem – ale nie powiem.. Tak jak on sam robi ukrywając swoje obrazy i serwując nam zabawę w „dwa światy” – ukryty i dostrzegalny (.. dobrze, że nie w Bar Europa).

    Wreszcie! I w tym zdaniu autorka się ostatecznie zdradziła. Oto świat jej wyobraźni, przestrzeń, w której poruszają się nawet rozważania o sztuce. Jak to czytam uszy mi spadają. Uszy spadają i tipsy lecą. Koniu w ogóle grzywa linii się i w ogóle róg się złamał, jak czytałem.

    P.S. Mała prywata. Jak sądzicie, u kogo recenzentka pisała pracę magisterską?

    Zasiadanie wśród jurorów w konkursie poetyckim to świetne doświadczenie. Z jednej strony jest wielkie wyzwanie stawienia czoła dojrzałej i trudnej poezji, z drugiej zaś spojrzenie na wskroś przez popularne tendencje współczesnej poezji. Dobre teksty są najczęściej bardzo zindywidualizowane i trudno dla nich szukać jednego wspólnego mianownika. Owszem, są pewne mody formalne: króluje wiersz biały, unika się znaków przestankowych, wielkich liter. Wersyfikacja jest albo dowolna albo, nie mając nic wspólnego z samą treścią, używa standardów wcześniejszych tradycji. Z kolei reszta bardziej typowych wierszy doskonale wpisuje się w pewne konkretne pejzaże, które zainspirowały mnie do powyjmowania i zaprezentowania najpopularniejszych motywów.

    Pomyślałem tez przez chwilę o „młodej poezji” czy tez „poezji młodych”, wszak tam również pojawia się wiele podobnych figur, zwłaszcza w rozemocjonowanych wierszach o mrocznych aniołach, gorzkich łzach, czarnych skrzydłach, beznadziei istnienia. Potem jednak doszedłem do wniosku, że napisanie słownika, tłumaczącego funkcjonowanie tych znaków jest bezcelowe, gdyż w większości przypadków są one kompletnie puste. Pewnego miłego wieczoru tego rodzaju twórczość MeADEA nazwała poezją stempla, czyli miksowaną ze standardowych kawałków (takie losowanie symboli i sklecanie ich w jeden emo–przekaz). I faktycznie, te wiersze nie odwołują się do zewnętrznych treści, tylko same stanowią sieć–kłącze, ich płytkie sensy aktualizują się względem siebie nawzajem. Tłumaczenie ich byłoby w zasadzie wyjaśnianiem idem per idem. Ciekawskich odsyłam do setek mrocznych blogów, płodzonych masowo przez młodzież.

    Wracając do poezji dojrzalszej (dojrzalszych?), oto jakie motywy królują w tym sezonie:

    antytezy — „jesteś, ale cię nie ma”, „jakby jakiś, ale jednak nie jakiś”. Tradycja kontynuowana od Jana Kochanowskiego „pełno nas, a jakby nikogo nie było”, ale we współczesnym wydaniu powstają dość wątpliwe estetycznie parafilozoficzne wersy, które można by wyciąć z korzyścią dla wiersza.

    biografia poety — a konkretniej, jego metryczka. Pojawiające się w autotematycznych lub warsztatowych utworach utyskiwanie, że największą popularnością cieszą pisarze, którzy już umarli. Pokutująca historia van Gogha jakoś przesłania fakt, że popularni są poeci utalentowani i nie należy doszukiwać się międzynarodowego, artystycznego spisku nieboszczyków.

    Bóg — czyli absolutna klasyka, choć rzadko pojawia się jako główny bohater. Najczęściej jest kozłem ofiarnym, odpowiedzialnym za nieszczęście, brak interwencji, najczęściej jest Bogiem gnostyckim. Stanowi bardzo trudny temat, z jednej strony najpopularniejszy Bóg zły lub niedoskonały w pewnym momencie staje się świadectwem, jak wielu poetów to ludzie małego ducha, a z drugiej ci, którzy go wychwalają, najczęściej uderzają w ton egzaltowanego kiczu.

    coś — „coś jest”, „coś się dzieje”, „wydarzyło się coś”, „coś kogoś naszło”. Poeta nie znalazł odpowiedniego słowa, więc postanowił być tajemniczy i jako trop pozostawić cosia. Freud ze swoim id miałby dużo na ten temat do powiedzenia.

    demony — podobnie jak Bóg, występują gościnnie, jako sprawcy złego, gdzieś przy puencie utworu. Od czasów Goyi bardzo wiele z nich się budzi, kiedy mózg jest w fazie REM. Jest ich dużo, są nieforemne i pewnie dlatego piszący nie do końca wiedzą, co z nimi robić, więc stają się mało podniecającą inkrustacją.

    komputer — oraz cała informatyczna metaforyka: świat jako wirtualna rzeczywistość, kontaktowanie się z nim jako interfejs, myśli jak pliki, pamięć — archiwum, kontestacja kultury — wylogowanie. Najczęściej pojawia się w wierszach krytykujących współczesność., brak umiejętności komunikowania się, traktowania multimediów jako protez ludzkiego ciała i umysłu. Tak jak świat poety ukazywany jest jako obcy technologiom, tak i technologie wyglądają dziwacznie w poezji, która zazwyczaj sobie z nimi nie radzi. A to dość dziwne, biorąc pod uwagę, jak istotne dla ludzi piszących stały się wirtualne społeczności. Być może precyzyjny język informatyki po prostu nie przystaje dla przełamującego zasady języka sztuki?

    magnolie — kwiat, którzy w dużej mierze wyparł róże z zajmowanego przez nie tradycyjnie miejsca. Resentyment po Stalowych Magnoliach. Z jednej strony symbolika się okroiła (nic nie zastąpi Róży Mistycznej), z drugiej strony to nawet dobrze, że kwiatowa symbolika banalizuje się w gatunku, który nie ma tak głębokich religijnych i historycznych konotacji.

    miłość — do znudzenia i w kółko, na wszystkie sposoby. Od wyzwań, poprzez wspomnienia, błagania, przechwałki aż po gorzkie wyrzuty. Czasami z klasą, częściej bez. Człowiek zakochany (szczęśliwie bądź beznadziejnie) ma potrzebę bezustannego powtarzania tego samego, ciągłego monologowania, przerabiania swoich wątpliwości i spostrzeżeń na wiele (a w istocie wciąż ten sam) sposobów. Niektórzy mają pod ręką kartkę i długopis oraz mylne pojęcia o byciu romantycznym.

    natchnienie — to taka rzecz, która czasami spływa, ale częściej nie — wtedy trzeba ją zakląć pisząc wiersz. Paradoks polega na tym, że apostrofy do natchnienia, czy zsyłającego je muz, powinny być go pozbawione. Częstokroć są. Bardzo często w parze idzie deklaracje chęci napisania wiersza, ubrania rozbieganych myśli w słowa. To nawet zabawne, kiedy po kilku utworach, zapowiadających trzęsienie ziemi i artystyczną eksplozję (które najczęściej wyczerpują inwencję twórczą), następuje jakiś smutny gniocik.

    pociągi — pozostaje dla mnie tajemnicą, dlaczego akurat pociąg, a nie samochód, metro, samolot, czy traktor, zasłużył na taką uwagę poetów. I nie chodzi tu o polską traumę, związaną z PKP, ale raczej o mit drogi. Z pociągiem łączy się przede wszystkim podróż, spotkanie i rozstanie z anonimowymi ludźmi, a także dworzec wraz z oczekiwaniem, odchodzeniem, powrotem. Do tego żadna sygnalizacja uliczna nie mruga tak wymownie jak semafory i znaki na torach.

    pościel — najczęściej w trakcie intensywnego używania, lub tuż po, nosząca różnorakie ślady swojej burzliwej historii. Pomięty obrus na ołtarzu namiętności, świadek składania ofiary i konsumpcji ciała. Nigdy nie wspomina się o tym, żeby była prana.

    potrawy wigilijne — najprawdopodobniej związane z czasem powstawania wierszy, ale wskazujące na ciekawą zmianę ról między zmysłami. Na pierwszy plan wychodzą te, które na co dzień uważane są za drugorzędne, czyli smak i zapach. Święta poetyckie nie kojarzą się z rodziną, choinką, odzianym w czerwień brzuchaczem, tylko tym specjalnym aromatem (mniejsza, że najczęściej kapuchy).

    pożegnanie — jeden z poważniejszych tematów, podejmowany przez ludzi, którzy utracili kogoś bliskiego. Trauma (ale jako konkretne, opisane precyzyjnie zjawisko psychologiczne, a nie popularne byle „silne przeżycie”) nakazuje powracać do swojego przedmiotu i mówić o nim i mówić i mówić… Wiersze o pożegnaniu często są poruszające i intymne, ale z drugiej strony monotonne bądź natrętnie wikłające w ciągle to samo wydarzenie — tak, że odbiorca w pewnym momencie czuje, że wbrew własnej przekracza granicę intymności autora.

    rozwarte usta — już jakiś czas temu moja Jeżyna wskazała mi na ten szlagier Harlequinów. Bohaterka patrząc na mężczyznę rozwiera usta, a w ciągu kolejnych pięciu stron następuje scena, wywołująca bordowe rumieńce na licach dobrze wychowanych panien. Wiersze przełamują ten niechlubny stereotyp, usta rozwierają się do delikatnych pocałunków, a ewentualny obraz poetycki może wywołać rumieniec zaledwie różowy. Nawet zwiększenie dozy romantyzmu nie zmieni faktu, że motyw ten odpowiada bezpośrednio rozwiniętemu pączkowi róży, otwartej małży z perłą i jeżowi łaskotanemu w pępek.

    rzeka — wydawałoby się, że skoro nie możemy do niej dwa razy wejść, to nie będzie można o niej dwa razy napisać. A jednak.

    seks — często łączy się ze wspomniana wcześniej → pościelą, ale niekoniecznie. Raczej bez dosłowności, odbiorcy poezji raczej nie potrzebują być informowani o nazwach rzeczowników. Akcent stawiany jest na sposób, który oscyluje między doskonałą harmonią i communio a dominacyjnym agonem.

    sztuka — przywoływana najczęściej w postaci nazwisk bądź tytułów dzieł. Podejrzewam, że w większości przypadków ma pokazać, jaka bardzo obytą w sztuce osoba jest autor. Oczywiście obycie łatwo jest stwierdzić, odnoszący się do ikon Nowosielskiego czy japonizmów Wyczółkowskiego różnią się nieco od zachwycających się Michałem Aniołem, Rafaelem i da Vincim. Przede wszystkim tomem podręcznika do polskiego, który szczególnie sobie upodobali. Niezmiennie nawiązania są impresyjne i płytkie, rzadko kiedy ktoś próbuje wejść w problematykę dzieła lub świat wyobraźni artysty. Triumf świecą „znani i lubiani” klasycy od renesansu (za co możemy być wdzięczni także amerykańskim pisarzom) po Młodą Polskę, a także Hieronimus Bosch i inni niezrozumiali (w szerokim odbiorze) manieryści, podatni na artystyczne manipulacje (wspominałem już od da Vincim?).

    śmierć autora — wspomniana przy → biografii poety, czyli początek jego prawdziwego sukcesu. Czasami wzbudza wątpliwości, co stanie się z całym dorobkiem pisarza, kiedy odejdzie? Czy słowa przeżyją go, czy sprawią, że będzie żył w pamięci i wyobraźni swych czytelników? Pytania te należałoby raczej kierować do rodziny oraz ewentualnych wydawców, rzucone czytelnikowi pachną troch szantażem emocjonalnym.

    trwanie — najbardziej egzystencjalna kategoria, w jaką poeta może ubrać jakości bycia w swoich utworach. „Trwanie” to takie zawieszenie głosu, przeniesienie na inny poziom popularnego sensu wielokropka („…”). Jeden z najsilniejszych i najbardziej poetyckich czasowników — z którego wyłażą szwy, widać przetarcia, aż chciałoby się zastąpić czymś innym, mniej wyświechtanym i bardziej znaczącym.

    żagiel — wielka zagadka poezji. Duże i ciemne, raczej płaskie przedmioty porównywane są właśnie do żagla. Czasami bliskim skojarzeniem jest „skrzydło”. Co ciekawe, użycie tego słowa najczęściej zupełnie pozbawione jest aspektu marynistycznego.

    Poprzednio napisałem, jak widzę cyniczno–ekonomiczną twarz krytyki. Położyłbym jeszcze nacisk na przywołany „cynizm”. Wywołany jest brakiem uznanych kategorii oceny, a także naporem rynku sztuki. Wielu krytyków jako jedyną pozytywną wartość swojej pracy widzi skuteczność, która niekoniecznie musi iść w parze z rzetelnością czy zgodnością z własnymi przekonaniami. Strategie skuteczności zmieniają się, dostosowując do sytuacji. Kiedy jest szansa się przypodobać masowemu odbiorcy, używa się jego języka i schlebia prostym gustom. A kiedy dzieło zostało zaakceptowane instytucjonalnie (wystawa, promocja publikacji) łatwo jest przyjąć postawę „alternatywnego” kontestatora i wyśmiać to, co uznane. Oczywiście postawa sceptyczna jest jak najbardziej pożądana i nie należy przyjmować za pewnik opinii samozwańczych autorytetów. Jednak aby nie wyjść na klauna, wydawanie własnych opinii wypada oprzeć ka konkretnej wiedzy, a nie błahych przesłankach.

    Dla przykładu przytoczę recenzję książki Śnieg Orhana Pamuka, opublikowaną na Wrocławskim Portalu Studenckim. Ponieważ sam przygotowywałem się do napisania tekstu o tej powieści, sprawdziłem, jakie teksty pojawiły się w internecie, na co zwracają uwagę recenzenci, które wątki wydobywają, jakie mają spostrzeżenia i jakie są opinie. I wtedy trafiłem na wspomniany tekst, który był jednym z dłuższych. Najpierw miałem ochotę napisać do autora, ale zrezygnowałem, nie sądzę, żeby taka wiadomość wywarła jakiś efekt. Teraz korzystam z możliwości skomentowania tekstu w przestrzeni upublicznionej.

    Chciałbym się odnieść w zasadzie do dwóch punktów recenzji z Portalu Studenckiego, resztę pozostawiam ocenie innych czytelników. Bardzo zainteresował mnie wstęp, gdzie w pierwszych słowach czytamy:

    Wydaje się zrozumiałe, że ważną kwestią, a nawet problemem dla niektórych kluczowym będzie zasadność przyznania Orhanowi Pamukowi pewnej Nagrody, pewnego Pana, który był tak uprzejmy i wynalazł swego czasu dynamit.

    Odejdźmy jednak od tego, daleko precz. Odejdźmy, gdyż Nobel to sprawa trzeciorzędna, ocierająca się o spiskową teorię dziejów, o rozmaite konteksty polityczne, posługujące się spekulacjami, rozległą gamą hipotez, dywagowaniem.

    Brawo! Co za odwaga! Co za buta! Podważenie zasadności werdyktu międzynarodowej komisji ekspertów i odrzucenie Nagrody Nobla jako zbędnego kontekstu przy czytaniu Śniegu — cóż za śmiałe, poważne i świeże podejście! Ale czy autor na pewno potrafił zbudować solidne podstawy takiej krytyki i obronić swoją postawę?

    A może oplucie autorytetów jest banalnym chwytem dla ludzi, którzy nie czują się na siłach podjąć dyskusji na poziomie „dlaczego ocena była właśnie taka”, tylko pozbywają się tego typu dylematu i podejmują wyzwanie na swoim poziomie? Albo próbują pokazać swoją moralną i intelektualną wyższość nad zakurzonymi naukowcami w grubych okularach i swetrach z przetartymi łokciami?

    Według mnie odpowiedź na to pytanie w tym przypadku dostarcza ostatni akapit, podsumowujący przemyślenia autora:

    Należy wreszcie spytać: w jaki sposób Orhan Pamuk chciał zrewolucjonizować powieść polityczną? Przypuszczalnie, odpowiedzią mogłaby być groteskowość, rozluźniająca fabularne schematy, groteskowość znana już od Lawrence’a Stern’a i jego sentymentalnych podróży, czy „Kubusia Fatalisty…” Denisa Diderot.

    Pomijając aspekt formalny tekstu (zapis tytułu i odmiana obcojęzycznych imion i nazwisk), autor zaprezentował grunt, na którym rozpatruje Śnieg. Zastanawia mnie, czy nie powinno być mu wstyd odnosić powieść z początku XXI wieku do otworów z końca XVIII? Osobiście uważam, że to obnażające wyznanie, że jest się po zajęciach z początków powieści, które ustanowiły całą perspektywę odczytywania tekstu. Aż szkoda, że autor nie wyszedł z tego obszaru, sięgając np. po Franza Kafkę (w końcu to klasyka, a można próbować porównywać oniryczne atmosfery z Procesu i Śniegu) czy realistów rosyjskich w osobie Iwana Turgieniewa (na którego w końcu powołuje się Orhan Pamuk). Spojrzenie autora zaowocowało ostateczną konkluzją:

    Poza tym mnóstwo niepotrzebnie przydługich dyskusji, do siebie bezlitośnie podobnych, kopiowanych (rezultat – 550 stron, które się odczuwa na skórze). I pada ten „Śnieg”. Nieustannie. Za mało realistyczny, by brać go dosłownie, przezroczysty. Zbyt nieokreślony, by weń uwierzyć. Bez odczucia chłodu, sztuczny, filmowy chwyt. Za szybką odbiornika lub w śmiesznej, szklanej kuli. Nieczuły. Pada.

    I oto, czego szuka autor w Śniegu. Realizmu. REALIZMU. Moim zdaniem mówiąc poważnie o tekstach kultury wypada używać tego terminu tylko w odniesieniu do nazwy nurtu artystycznego. Ale autor ma wobec „realizmu” wymagania: ma być ciekawy, zajmujący, rozrywkowy — nuda i błahe dialogi wciąż o tym samym już realistyczne nie są. A na dobra sprawę ujawnia się tylko to, jak płytko, powierzchownie czyta powieść. Chyba nie trzeba więcej komentować, dalsze wnioski pozostawiam innym. Podsumowując: uważam, że osoba, która podjęła się napisania tego tekstu jest niekompetentna, nie przygotowała się do swojego zadania, a zamieszczenie go na portalu studenckim źle świadczy o jego redaktorach.

    Inne wypowiedzi krytyczne o Śniegu szły o krok dalej, jeżeli chodzi o plan odniesienia, najczęściej sięgając do pisarzy (rzadziej filozofów) wspomnianych w książce. Podejście zdawałoby się poprawne, okazało się pułapką. Oceniający nie potrafili, nie chcieli, a może nie widzieli potrzeby, wyjścia poza ocenę planu dosłownego oraz politycznych nawiązań. Wszystko, co było inne — a co wg mnie stanowi sedno powieści — zostało uznane za udziwnienie, oryginalny zabieg, czasem nudnawy.

    W sumie jestem im wdzięczny, gdyż krytycy ci dali mi świetne argumenty, przemawiające za postulowaną przez Barthesa śmiercią autora. Kontekst biografii autora zamiast poszerzyć (np. o tradycję literacką Turcji; perskie źródła tureckiej poezji, istotnego tematu powieści; zasób motywów literackich, np. zakochania we śnie; tradycyjnych wzorów jak relacja mitycznych Bliźniąt, oparta na relacji Arymana i Ormuzda), zawęził ją do dosłownie potraktowanych intertekstów (bez podejrzenia o grę z nimi) oraz potraktowania odwołań politycznych jako najgłębszego z możliwych poziomów odczytu.

    Cóż mógłbym zasugerować? Zdrowy sceptycyzm na każdym kroku analizy tekstu (nie tylko na samym początku), ale także wobec siebie i swoich racji. Uważną lekturę tekstu (close reading) i dopiero w oparciu o nią formułowanie dalszych wniosków (nie rozumiem na przykład, dlaczego większość recenzentów uczepiła się — bezkrytycznie — do Turgieniewa, a pominęła przywoływanych filozofów, czy pojawiające się natrętnie piosenkę Roberta Peppina di Capri i fakt, że główny bohater powieści jest spod znaku Bliźniąt). No i wreszcie poszerzanie perspektywy, branie pod uwagę czasu i miejsca powstawania tekstu, jego miejsca w pejzażu całej sztuki oraz odniesienia do tradycji i innych dzieł.

    _____________
    ♠ Orhan Pamuk, Śnieg, przeł. A. Polat, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006.

    Wspomniany przeze mnie w poprzednim wpisie „kryzys sztuki” jest moim zdaniem nowym mitem naszej kultury (mitem w ujęciu Barthesa, czyli opowieścią fałszującą lub re–kreującą rzeczywistość). Jak już zasugerowałem, jego funkcjonowanie jest spowodowane dwoma czynnikami. Jeden jest oczywistą konsekwencją następowania nowych czasów, które bywają ciężkie do uniesienia dla osób zanurzonych w kategoriach przeszłości. Niektórzy nie radzą sobie z nowymi postulatami kultury i krytykują je, negują i próbują przywrócić to, do czego sami byli przyzwyczajeni. Drugi czynnik to instytucja w interesie której jest to, żeby krytyka się chwiała, czyli rynek sztuki.

    Dzieła sztuki to inna forma pieniądza, sponsorowanie artystów, galerii i branie udziału w aukcjach jest dobrą formą inwestycji. I choć mamy wspaniałych marszandów sztuki, to nie ma co się oszukiwać, pan Włodek od produkcji guzików też będzie chciał mieć „takie ładne, kolorowe kwiaty w wazonie” na ścianie. Bo sztuka (oraz „sztuka”) to także znak statusu (bądź „statusu”). Zatem w największym interesie ludzi sztuki jest promowanie jak najliczniejszych dzieł, wynajdywanie twórców, którzy za kilka lat będą się świetnie sprzedawać, wystawiać ich, zachwalać, opakowywać i wciskać w ręce ludziom, którzy i tak mają za dużo pieniędzy.

    Jaki tego efekt? Zbyt poważna krytyka może być niebezpieczna. Znawca rozpozna miernotę, pokaże grube nici, którymi zszywane są śmieszne płócienka, jednym komentarzem zdemaskuje pustkę ziejącą za butną miną, apaszką i grubymi okularami pana artysty. Wspomnijmy wielkie nazwiska modernizmu i awangardy. Byli wśród nich literaci, filozofowie, genialni matematycy. Ludzie, których listy i zapiski drukowane są w licznych tomach, a na ich podstawie budowano teorie i programy artystyczne. I choć sami otaczali się uczniami, nie wszyscy odbierali klasyczne wykształcenie, a wielu zrywało ze swoimi mistrzami. A teraz mamy taką sytuację, że aby zaistnieć w świecie sztuki, już w trakcie studiowania na ASP trzeba wyrobić sobie imię. Tyle, że uczelnia może zapewnić tylko dobry warsztat, nie sprawi, że dana osoba naprawdę będzie miała cokolwiek do powiedzenia.

    A teraz konkretny przykład. Wystawa Rafała Jakubowicza pt. Ti tabu dibu daj w łódzkim Atlasie Sztuki (otwarcie 7. IX. 2007 r.). Jedna z tych wystaw, których nie znoszę, które mogę przejrzeć na wskroś po obejrzeniu zdjęć. Oto one:



    Pierwsze zdjęcie, czyli sala na lewo od wejścia do galerii. Wszystko w bieli. Na podłodze leży biała piłka. Na ścianie namalowana na płótnie plansza od kosza.
    To wszystko.
    Zdjęcie drugie, przedstawia salę po prawej. Ciąg luster na jednej ścianie, na podłodze steppery z wikliny.
    To wszystko.
    Przyznaję się, nie poszedłem na tę wystawę, szkoda mi było czasu. I byłaby mi zupełnie obojętna, gdybym nie zobaczył w telewizji regionalnej programu o wernisażu. Wypowiedzieli się: Artysta, Wykładowca Akademicki (tu: w roli krytyka z Atlasa) oraz pani Krytyczka Artystyczna. Zaczyna się cyrk.

    Akt I: Dziennikarz wydusza komentarz z Artysty.

    D: Co chciał pan powiedzieć w swojej instalacji?
    A: No… Ja odwołuję się do… Holocaustu… No i tego…

    Tutaj następuje desperacka próba wyciągnięcia z Artysty czegokolwiek. On zaś powoli osuwa się w sobie tylko znany wymiar, okulary zachodzą mgłą.

    D: A czy pan w ogóle lubi sport?
    A: Nie.

    I na tej żałosnej, nieusuniętej przez redaktora wymianie zdań rozmowa utknęła i się skończyła. Od tego momentu przyglądałem się uważniej programowi.

    Akt II: Wykładowca wypowiada się o wystawie.

    W: Artysta jest bardzo skromny i małomówny. To powoduje, że jego wypowiedź jest powściągliwa, stara się mówić niewiele…

    …a błysk w oku mówiącego świadczy, że Artysta w zasadzie nie powiedział nic. Doskonale utrzymana poważna twarz sprawiła zapewne, że niewielu widzów wyczuło ironię.

    W końcu nadszedł czas na wypowiedź, która wzburzyła mi krew w żyłach i spowodowała, że miałem ochotę napisać do Atlasa Sztuki, że rozumiem ambicje galerii, ale pewnych nadużyć nie wypada popełniać.

    Akt III: Pani Krytyczka Artystyczna rusza do ataku.

    Pani Krytyczka wypowiada się wystudiowanym głosem doświadczonej pensjonarki. Dokładnie takim, jakiego wypada używać mówiąc o sztuce do niewyrobionego artystycznie głupiątka z rozdziawioną gębą — czyli spokojnie, z namysłem, ciepło i cierpliwie.

    K: W tej sali widzimy takie wiklinowe steppery, które wyglądają jak klęczniki. I faktycznie w tym pomieszczaniu jest taka atmosfera skupienia jak w kościele.

    Mówiła to bez mrugnięcia okiem, wyraźnie się nakręcając. Osobiście mam głębsze przeżycia i przemyślenia jedząc jajko na miękko. Pani Krytyczka, nieczuła na moje niepomierne zdumienie, ciągnęła:

    K: Druga sala zaś jest cała biała. Ta niezwykła biel wycisza.

    No niezwykłe! Bo zazwyczaj galerie malowane są na fioletowo!

    K: Panuje tam tak napięta i pełna nabożeństwa atmosfera, że ludzie starają się jej nie zakłócić i gromadzą się w pierwszym pomieszczeniu.

    Czyżby ta prostoduszna istota nie zauważyła, że tam po prostu nie było co oglądać? Sherlock Holmes w spódnicy wykazał wszystkie konteksty, ukryte przed zezowatymi oczami profanów i nadał wystawię rangę drugiej Sykstyny.

    Wystawa była, krótko mówiąc, żenująca i tak właśnie wypadałoby ją określić. Odwołanie do Holocaustu traktuję jak gorzką kpinę — szkoda, że nikt nie postawił artysty w sytuacji, żeby mógł się wytłumaczyć z tego nadużycia. Ale nikt nie zrobi takiego faux pas przed milionami, wypada się mizdrzyć i sypać lukrowymi płatkami, żeby media chciały nas pokazywać/publikować. Nasza krytyka ma kryzys? Nie do końca, zapewne większość ludzi zebranych na wernisażu miało odczucia podobne do moich (pozostałym entuzjastom współczuję smaku — albo zazdroszczę szóstego zmysłu). Tyle, że nikt nie wyraził swoich spostrzeżeń głośno, tylko w kuluarach, w gronie znajomych.

    Teraz można by się zastanowić, czy przypadkiem nie brakuje nam po prostu miejsc do dyskusji i publikowania swoich różnych refleksji. Wiadomo, że część pism sponsorowana jest przez galerie, więc pilnuje języka. Inne zaś (np. dzienniki) mają i tak mnóstwo materiałów, każdy konar tekstu jest na wagę złota — zła wystawa dostanie prawdopodobnie zdawkową recenzję, a najprawdopodobniej jedynie suchą relację lub małe nic. Alternatywą są pisma niszowe, wydawane przez entuzjastów, grupy artystyczne czy studentów — ale te cierpią na problemy finansowe, a najprostsze źródła sponsoringu są jednocześnie tymi, które narzucają konkretny ton pisaniu. Ostatnią być może deską ratunku jest wypowiadanie się w internecie, który niesie ryzyko, że anonimowy ktokolwiek będzie się wypowiadał jakkolwiek o czymkolwiek. Ryzyko spore, zalew miernotą, banałem i spamem jest ogromny. Ale w końcu żyjemy w epoce odpowiedzialności, więc wybrałem między innymi i tę drogę, decydując się pisać do The Yellow Book.

    _____________
    ♠ Rafał Jakubowicz, ti tabu dibu daj, Galeria Atlas Sztuki, 7. IX. 2007 r.–14. X. 2007 r.

    „Krytyka artystyczna przechodzi kryzys” — to znamienite zdanie jest powtarzane z lubością przez akademików, artystów i samych krytyków. Zdanie to ma wiele wariacji, w miejsce „krytyki” można wstawić np. „kulturę”, „sztukę” czy „etykę”. Czasami dodaje się przymiotnik „polska”. Co ciekawe, jedne zajęcia akademickie poświęcone krytyce zostały mniej–więcej tak właśnie skonkludowane na ostatnim spotkaniu. Cały rok poznawania koncepcji, nurtów myślowych, perspektyw po to tylko, żeby wysadzić to w powietrze bombą „relatywizmu” i z bezmyślną mina machać nogami, siedząc na ostygłych zgliszczach.

    To dla mnie ciekawy ewenement, że całą refleksję, jaką ludzie wynoszą z postmodernizmu to beznadziejne utyskiwanie na upadek Wielkich Narracji, kategorii Prawdy, Piękna i Dobra. Ale jakoś umyka im fakt, że w mediach mamy hiperestetyzację, wciąż powstają teksty dobre i nęcące do snucia przemyśleń. Nie, kategorie upadły — jedyną alternatywą jest tkwienie w modernistycznych rojeniach o rzeczywistości. Dziwi mnie, że nikt nie pyta o to, jaka to kategoria prawdy, jakie piękno, itd. A sądzę, że w tym właśnie tkwi sedno sprawy.

    Moim zdaniem myślenie postmodernistyczne to przede wszystkim myślenie o świecie w kategoriach odpowiedzialności. W szerokim odbiorze dostrzega się przede wszystkim wątek zdejmowania odpowiedzialności, czyli tego, jak jesteśmy manipulowani przez media, władzę wzroku, cybernetykę przestrzeni wirtualnych (za takie uważam np. narracje witryn sklepowych, reklam i przeróżnych instalacji w supermarketach). Nie ma już piękna, jest moda, zamiast prawdy karmimy się opiniami i newsami, dobro to już li tylko skuteczność bądź dobrobyt (swoją drogą, ciekawa gra słów z „dobro–byt”).

    Mnie z kolei najbardziej interesuje drugie oblicze tego dyskursu. To, że w istocie jesteśmy zmuszani do brania odpowiedzialności za swoje wybory, gdyż nie jesteśmy już w stanie powołać się na jakąś wyższą instancję, uznany system, która by sankcjonowała nasze akcje. To wszystko „już upadło”, więc albo trzeba podjąć wysiłek „wytłumaczenia się”, albo można oddać się w ręce zarządców, którzy zaopiekują się zmysłami, opiniami i kontem bankowym. Wszak demokracja zapewnia prawo do zrezygnowania z wolności. Ale
    czy warto?

    Oczywiście postuluję pierwszą propozycję. Wiem, że jest trudniejsza, wymaga pogłębiania wiedzy i poszerzania horyzontów. Wymaga postawy aktywnej, gdyż wszystkie wyznawane przez siebie wartości cały czas trzeba negocjować ze światem, który stawia opór na drodze do samodoskonalenia się. To droga przez labirynt: optymistycznie zakłada się, że istnieje jakiś ukryty cel, ale w danym momencie jest się skazanym na błądzenie. Za towarzyszy ma się jedynie własną Intuicję, Rozum i Rozsądek, a związek z nimi nie zawsze jest łatwy i pozbawiony podejrzeń oraz zdrad. Ale tylko na tej drodze, w wiecznym mroku i bez jakiejkolwiek pewności można mieć swoje własne, wypracowane i dojrzałe kategorie rzeczywistości.

    P.S. Do środka labiryntu wchodzi się przez Śmierć. Wnioski są oczywiste.
    P.P.S. Ciemności nie są złe(m), to w nich można dostrzec Blask.

    Oryginalne The Yellow Books stanowiły drugi obieg kultury w dobie wiktoriańskiej. W społeczeństwie sztywno wyprostowanym w ciasnym gorsecie praw i nakazów, traktowane były jako wywrotowe, wywołujący rumieniec niebezpiecznego podniecenia u czytelnika. Nie mam tak anarchistycznych zamiarów, ale pragnę zachować to, co według mnie najistotniejsze: nowoczesne wyznaczanie własnych granic (i ponowoczesne bycie ponad nie), barokowa skłonność do przesady i dekadenckie  nurzanie się w estetyce.

    Ta wirtualna książka będzie miejscem, w którym będę przelewał myśli w tekst pisany — na własne zamówienie, z prywatną korektą i możliwością publicznej recenzji. Ty zaś, Czytelniku, jesteś moim czytelnikiem idealnym: z optymizmem zakładam Twoją dobrą wolę, chęć sympatycznej dyskusji oraz obycie podobne do mojego.

    Tematem moich przemyśleń będą sztuki wszelakie, wszak przyjęty przeze mnie wzór zobowiązuje. Fachowo zajmuję się sztuką, literaturą, filmem, komiksem oraz szeroko pojętymi tekstami kultury. Będę sobie wyciągał niektóre spośród nich i, przyjmując postawę krytyczną, odbędę intelektualne podróże. Dokąd mnie zawiodą? Tego jeszcze nie wiem, ale to navigare necesse est.


    • RSS