theyellowbook blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 3.2008

    Byłem bodajże w II klasie podstawówki, gdy pewnego popołudnia, siedząc samemu w domu, włączyłem TVP 2. Akurat leciały wideoklipy. Wtedy nagle zobaczyłem coś niesamowitego, połączenie onirycznych scen z muzyka, która w jednej chwili podbiła moje serce. Kiedy klip miał się ku końcowi, usilnie starałem się zapamiętać nazwę zespołu — najwyraźniej to nie był jeszcze czas, kiedy człowiek otacza się setką fiszek z zapiskami. Wiedziałem, że słowa te i tak mi się ulotnią szybko, ale może przy odrobinie wysiłku, kiedyś odkopię je z archiwum pamięci. Tylko trzy słowa, ale po angielsku, trudne do zapamiętania dla dziecka: Dead Can Dance. Zapamiętaniem tytułu wideoklipu — The Carnival Is Over nawet nie zawracałem sobie głowy. A jednak wszystko tam zostało.

    Minęło kilka lat. Były wakacje, chyba między V a VI klasą podstawówki. Jurata, w czasach, gdy jeszcze była kurortem dużo bardziej przyjaznym turystom. W kawiarni Juratka sprzedawano niezapomniane lody jagodowe, na ulicach były stragany w fajnymi rzeczami, dobrego gatunku, a nie wakacyjnym chłamem spod sztandaru jaskrawego ręcznika i bezsmakowych gofrów. I to przy głównej ulicy stał stragan–stojak z mnóstwem kaset z muzyką. Idąc odwróciłem głowę i przeskanowałem tylko wzrokiem nazwy zespołów i tytuły. Bdłąk!!! Grom z jasnego nieba (pozdrawiam pana Heraklita). Ależ to TO! Niemożliwe! Kupiłem, sprawdziłem. Na kasecie nie było tamtej piosenki sprzed lat, ale po wysłuchaniu pierwszej piosenki nie miałem już żadnych wątpliwości.

    Tak zaczęła się moja przygoda z Dead Can Dance. Zanim znalazłem kasetę (bo to były wciąż czasy kaset) z The Carnival Is Over, minęły jeszcze ze cztery albumy. Zebrałem wszystkie oprócz nie rozpowszechnianego albumu Garden of the Arcane Delights (gdzie są tylko 4 piosenki) oraz dwóch kompilacji. W muzyce tego zespołu najbardziej zachwycił mnie głos wokalistki, Lisy Gerrard. Wokal Brendana Perry był dla mnie na drugim planie, choć oba głosy występowały w utworach razem,świetnie się dopełniają. Prawdopodobnie tak właśnie wyglądał kryzys zespołu: Brendan miał być czołowym piosenkarzem, Lisa zaś miała przede wszystkim robić całe tło instrumentalno–wokalne. Tymczasem kilka piosenek, na których zaśpiewała solo, przyciągnęło uwagę odbiorców i wkrótce zaczęła wychodzić na pierwszy plan. Tak rodzi się artystyczna zazdrość, żywioł okrutny.

    Informacje o zespole były bardzo skąpe, wciąż była to dla mnie epoka przedinternetowa. Znalazłem jedną, cienką książeczkę na temat Dead Can Dance. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem zdjęcia wokalistów, których do tej pory mogłem sobie tylko wyobrażać. Anielska Lisa z koroną splecionych, złotych włosów. Brendan, który wyglądał jak podejrzany Plastuś, efekt maskowany na kilku zdjęciach hiszpańską bródką (Plastuś z Różą w Zębach). Od momentu, gdy dowiedziałem się, że mężem Lisy jest Polak, miałem nadzieję, że takie koneksje mogą doprowadzić do zorganizowania koncertu w Polsce. Najwyraźniej przeceniłem ducha patriotyzmu.

    W muzyce uwielbiam dwie rzeczy. Po pierwsze, kiedy jest minorowa. Jeśli utrzymana jest w tonacji Dur to dobrze, jeśli jest wzniosła. Taka muzyka oczyszcza emocje. Po drugie, kiedy prowokuje wyobraźnię, pobudza do snucia własnych historii, obrazów (tu przypominają mi się sesje RPG, na których nieodmiennie obecne było Dead Can Dance, inspirujące również wiele scenariuszy). Przez wiele lat Yulunga miała pierwszeństwo przed wszystkimi innymi utworami.

    Tymczasem odkrywałem krok po kroku, że poza wąska grupką przyjaciół, która dopiero się formowała, prawie nikt nie zna albo nie przepada za Dead Can Dance. Najczęstszą nań reakcją było niezrozumienie muzyki: bo za smutna, bo za dziwna. Oczywiście, byłem tym przejęty, ale raczej nie ciesząc się swoją oryginalnością, tylko ukrywając zainteresowania dla siebie. Jakoś nie dałem sobie wmówić sekciarstwa ani stanów depresyjnych i tak doczekałem się solowych płyt Lisy Gerrard. Każdy kolejny album jest lepszy od poprzedniego, dojrzalszy. Stylistycznie nawiązują do różnych tradycji muzycznych świata, od korzeni wczesnochrześcijańskich po muzykę Indian Ameryki Północnej.

    W końcu nadszedł rok 2005, a wraz z nim wieść o reaktywacji zespołu na czas trwania jednej trasy koncertowej, która miała być ostatnią. Co więcej, jeden z koncertu miał się odbyć w Warszawie! Pełen szczęścia odkładałem pieniądze i szykowałem się, żeby zamówić bilet w Empiku… niestety, rozeszły się w niecałe dwa tygodnie, a na Allegro chodziły po absurdalnych cenach. I tak oto moje marzenie miało pozostać niespełnione. Słyszałem nagranie z koncertu, pojawiło się tam sporo genialnych utworów, które nie znajdują się na żadnym z albumów, efekt naprawdę wstrząsający. Podejrzewam, że pojawienie na występie zakończyłoby się dla mnie zbieraniem chłonną ściereczką Viledy. A przynajmniej, utopieniem się we własnej wodzie morskiej.

    Jedną z najciekawszych cech z muzyce Dead Can Dance, a potem na solowych płytach Lisy, to „język”, w którym śpiewa wokalistka, czyli brak języka jako takiego. Modeluje śpiewane słowa w zależności od muzyki, jej tematu, ukrytej opowieści. Używa słowa jako plastycznej materii, którą dowolnie formuje, a następnie wyciska na emocjach słuchaczy. Jednak najmocniejszą stroną tej muzyki jest to, co nazwałem śpiewaniem ku światłu. Chodzi o strukturę analogiczną do budowy muzyki buddyjskiej. Utwór zaczyna się niskimi dźwiękami, ciemnością, z której nagle wybija się w czystych dźwiękach wzwyż, ku światłu. Dla mnie wrażenie jest niesamowite, siła melodii wyrywa wręcz z ciała ku innym sferom. Co więcej, ta muzyka w ciągu kilku sekund potrafi wycisnąć potok łez (podobno moja zmarła już babcia reagowała tak na muzykę Chopina). Przykład: uważam, że Aria jest prawie za piękna.

    Na koniec bardzo ciekawa kompilacja, wideoklip Mylene Farmer z piosenką Persephone Dead Can Dance. Rudowłosa jako Kozioł Ofiarny, założycielski mord i agon z Minotaurem.

    _____________
    ♠ Dead Can Dance, Dead Can Dance (1984), Spleen and Ideal (1985), Within the Realm of a Dying Sun (1987), The Serpent’s Egg (1988), Aion (1990), A Passage in Time (1991), Into the Labyrinth (1993), Toward the Within (1994), Spiritchaser (1996), Wake (2003).
    ♠ Lisa Gerrard, The Mirror Pool (1995), Duality (1998), Immortal Memory (2004), A Thousand Roads (2005), The Silver Tree (2006).

    Mądre przysłowie mówi: Okazja czyni złodzieja. Czyni ludzi także kilkoma innymi osobami. Na przykład: oglądaczami filmów grozy. Jakiś czas temu stwierdziłem, że nie obejrzę filmu Piła (reż. James Wan, 2004 r.), gdyż odrzuca mnie ideowo i moralnie. Ohydne plakaty — oczywiście w sposób zamierzony i jakże skuteczny — epatując z miejskich billboardów, w przestrzeni publicznej, użytkowanej przez ludzi o rozmaitej wrażliwości (w tym dzieci, które chłoną reklamy jak gąbka), wykreśliły definitywnie ten tytuł z listy filmów, które zamierzałem obejrzeć. W międzyczasie usłyszałem kilka informacji na jego temat, które z jednej strony mnie odepchnęły, ale z drugiej zasiały ziarno ciekawości. Tymczasem sam film wpadł mi w ręce, a że miałem chwilę czasu, poddałem się pokusie i obejrzałem go.

    Nie będę robił reklamy ani anty–reklamy Pile, bo i nie ma po co. Film zawierał wszystkie elementy, których się spodziewałem: bezsensowną przemoc, epatowanie okrucieństwem, poniżanie człowieczeństwa oraz cielesności, patologiczne i nie akceptowalne z punktu widzenia widza motywacje antagonisty. Pomysł karygodny. Jednocześnie rozczarował mnie, bo spodziewałem się, że dokona masakry na mojej psychice i byłem gotów w każdej chwili go wyłączyć. Tymczasem klapa, skoro udało mi się do niego zdystansować na tyle, żeby wyobrażać sobie jak ta wszystkie wygibasy musiały smutno wyglądać na planie filmowym, a jeśli wszedłem w świat wykreowany, to czułem jedynie współczucie. Sam fakt obejrzenia filmu zainspirował po raz któryż moje rozważania, po co ludzie oglądają filmy grozy? Co więcej, dlaczego niekiedy je lubią?

    Z punktu widzenia etyki uważam, że horrory są godne potępienia. Bazują na pierwotnych lękach, odwołują się do prywatnych bądź zbiorowych urazów, grają nimi niemiłosiernie i w sposób niekontrolowany. Coraz częściej proponowane są nam horrory i thrillery bez happy endu (inna rzecz, czy wcześniej na pewno takowy miały), co dyskwalifikuje patrzenia na nie w kontekście katharsis, oczyszczenia emocji, niepokojów, stresów. W zasadzie bilans jawi się jako obliczony na niekorzyść widza. Wciąż jednak niezmiennie ludzie udają się na filmy tego gatunku, czy to do kina, czy do wypożyczalni DVD. I szczerze mówiąc, nie widzę tutaj jednej odpowiedzi na żadne z pytań, które można tu postawić. Próba dojścia do jakichś rozsądnych wniosków jawi mi się jako cały dialog, który od pewnego momentu prowadzi do nikąd albo kończy się postawieniem pytania do psychologów, którzy badają to zjawisko.

    Psychomachia między Angelusem a Diabolusem
    o duszycę audiowizualyjów oglądacza

    Dramatis personae: Angelus, Diabolus, Psychologus.

    Angelus: Jądrem ludzkiego lęku jest nieustający strach przed śmiercią. Oglądanie filmów, które go aktywują, wyzwala to, co człowieka najbardziej boli. Nic nie jest w stanie ukoić tego lęku, rozdrapywanie go jest wątpliwe moralnie. Film grozy jest rodzajem rozrywki, tymczasem dokonuje czegoś, co nie należy do jego zadań — wręcz przeciwnie, unieszczęśliwia człowieka.
    Diabolus: Ale czyż to nie jest strach kontrolowany? Wszak kiedy człowiek boi się czegoś realnego, nie ma na to wpływu, stąd jego niekontrolowane lęki i problemy. Oglądając film w każdej chwili może wyłączyć telewizor, wyjść z kina, czy zamknąć oczy. A korzyścią jest to, że może świadomie i z możliwością zaniechania poddać się fantazji, w której będzie mógł skorygować swoje zachowanie, bać się — nie musząc.
    A: Czyżby tak było, jak mówisz? Ilu ludzi widziałeś w życiu, wychodzących z kina? Ile osób wyłączy telewizor czy komputer? Narracja rządzi się swoimi prawami i zachęca widzów do oglądania rozwikłaniem fabuły. Ciekawość to pułapka, w którą się wpada, mając nadzieję, że zrekompensujemy nią straty emocjonalne. To okrutna iluzja. Ileż razy zdarzało się, że po obejrzeniu filmu ktoś wychodził z kina zdegustowany i zaniepokojony? Albo bał się ciemności lub miał irracjonalne lęki? Seans się kończy, ale strach pozostaje, wyciągnięty spod szafy i zakamarków psychiki.
    D: Ale czy w ogóle możemy mówić o strachu? Kiedy się boimy na serio, uciekamy, robimy wszystko, żeby pozbyć się źródła złych emocji. Jak zatem nazwać oglądanie z wypiekami filmu, wpatrywanie się weń z otwartymi oczami? Co się dzieje z widzem, przeżywa uczucie wzniosłości? Nabożnej trwogi? Może wychodzenie z seansu z urazem jest błędem po stronie widza, który zajmuje nieodpowiednią postawę? Albo jest przypadkiem, jak w momencie, gdy ktoś popełnia faux pas mówiąc lekko o czymś, co dla drugiej osoby okazuje się traumatycznym przeżyciem?
    A: Nieważne, jak nazwiesz to, co się dzieje, efekty są te same — opłakane. Nawet jeśli widz nie staje się ofiarą lęku, to oglądając nieludzkie sceny, werystycznie ukazywane kaźnie, jakich doświadczają ludzie, jego próg wrażliwości obniża się. Ludzie uodporniają się na cudza krzywdę, ból, poniżenie. Ten karygodny proceder dokonuje się we wszystkich dziedzinach mass–mediów, ale w filmach grozy jest podstawowym sposobem oddziaływania. Skutki są oczywiste, wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się z ludźmi, poczytać gazety. Oczywiście, to nie jest bezpośredni efekt oglądania horrorów, nie ma co popadać w przesadę. Niemniej nie ma wątpliwości, że jest to czynnik „wspomagający” i jako taki nie powinien być akceptowany.
    D: Naprawdę uważasz, że to jest obniżanie wrażliwości? Pomyśl o ludziach lata temu, kiedy widok martwego człowieka, zabijanie się, syf, były na porządku dziennym. Teraz mamy medycynę, hospitalizację, higienę — rzeczy makabryczne, śmierć, zostały usunięte sprzed naszych oczu. Jesteśmy wydelikaceni, w większości ludzi niespodziewany widok krwi albo trupa wywołuje histerię. Odrobina odporności byłaby wręcz wskazana. A film na pewno nie przesunie jej zbyt drastycznie.
    A: A od kiedy filmy rozrywkowe mają być narzędziami oswajania nas ze śmiercią i ludzkim okrucieństwem? A argument, że ludzie kiedyś byli bardziej uodpornieni na rzeczy złe, a my jesteśmy wydelikaceni, jest nie tylko nie do zaakceptowania, co błędny. Bo nie ma jednej uniwersalnej „wrażliwości”, która jest wysoka lub niska. Jest zasadnicza różnica między znoszeniem widoku śmierci osoby bliskiej, ofiary wojny a ofiary zwykłego bestialstwa i bezinteresownego okrucieństwa. Zamazywanie takich kontekstów i wartości jest co najmniej wątpliwe moralnie, Diabolusie.
    D: A co ja poradzę, skoro taka jest moja metoda? Taki po prostu jestem!
    A: Może chciałbyś porozmawiać ze specjalistą?
    D: Tak, może przy okazji wyjaśni nam, o co tym ludziom chodzi — bo jakie są moje intencje, to ja świetnie wiem. Psychologusie, dopomóż!
    Psychologus: Wchodzi i zaczyna grzebać w notatkach. Robi to tak długo, że kurtyna opada ze zniecierpliwienia.

    Psycholog nie odpowiedział, ponieważ sam nie wiem, jakie są wyjaśnienia tego fenomenu, a domyślam się, że są różnorakie, liczne, niekiedy pewnie uzależnione od tezy samego badacza. Kiedy o tym myślę, żongluję trochę przytaczanymi argumentami i choć przychylam się do jednych, wciąż nie sformułowałem dla siebie ostatecznego zdania. Nie ulega jednak wątpliwości, że współczesne filmy grozy po prostu przeciągają strunę, w stronę, która wcale nie jest konstytutywna gatunkowo. Bo kategoria grozy zaczyna się po prostu dezaktualizować na rzecz makabry, odczłowieczenia.

    A na jaki haczyk sam daję się łapać? Na fabułę. Uwielbiam fabularne smaczki, podniecające zagadki i inteligentne rozwiązania (co jeszcze nie znaczy, że za każdym razem je znajduję). Są one dla mnie ciekawe, gdyż zarówno horrory jak i thrillery realizują schemat inicjacyjny, opisany przez Josepha Campbella w Potędze mitu. To, co odróżnia filmy grozy od opartych na tych samych wzorcach innych produkcji pop–kulturowych, od komiksów o superbohaterach po gwiezdne epopeje, to inicjowanie w śmierć i w zło. Niestety, nieszczęściem współczesnej kultury jest utracenie sacrum w jego pozytywnym wymiarze. Dehumanizacja człowieka, jego kondycji i różnych przypadków pogłębia jeszcze poczucie pustki. Odpowiedzią jest szukania rozwiązań po drugiej stronie: doświadczanie swoistego numinosum w obcowaniu z tym, co bezwzględnie złe. Zapewne takie zainteresowanie nie jest wyłącznym rysem współczesności, smutny jest tylko brak alternatywy. A także to, że pomimo pewnego, „z grubsza”, rysu inicjacyjnego, o żadnej faktycznej inicjacji nie ma mowy. To jest od początku do końca forma rozrywki. A że lubię różne renarracją mitów i schematów mitycznych, od czasu do czasu daję się złapać filmowi po to, żeby podpatrzeć jakiś smaczek.

    Jeszcze inną kategorię filmów grozy stanowią filmy jednoznacznie złe, w których, co najśmieszniejsze, wspomniany campbellowski schemat realizuje się najpełniej. A oglądanie buziek umazanych błękitną farbą, gumowych macek, rzężących czupiradeł i złowieszczo trzęsących się chaszczy, ma swój specyficzny retro–urok. Ostatnio dostałem do recenzji tego typu perełkę, czyli film pt. Lęk (reż. Paddy Breathnach, 2006 r.), co jest bardzo dowolnym tłumaczeniem angielskiego Shrooms. Na początku było ekscytująco (w swojej naiwności myślałem, ze to będzie opowieść o złych faerie), potem było śmiesznie, potem beznadziejnie, a na koniec tak żenująco, że znów śmiesznie. Oglądałem go z Panią Straszność, więc miałem wyrzuty sumienia, że zmarnowałem jej ponad godzinę życia. Ale mieliśmy potem o czym rozmawiać. W filmie wyczuwa się z jednej strony samą konwencję, a z drugiej, jak na dłoni widać, jak strasznie ją poturbowano.

    Pozostaje pytanie: po co w ogóle interesować się horrorami i thrillerami? Wszak odniesienia mitologiczne i to w lepszym wydaniu można znaleźć w bardziej dojrzałych dziełach. Cóż, jest jedna rzecz, którą uważam za doniosłą w kinie grozy, ale jako zjawisku, nie w konkretnych realizacjach. Obrazuje ono nie tylko lęki we współczesnej kulturze, ale często mówi o problemach ludzi znacznie więcej. Fascynujące jest zjawisko japońskiego (a także koreańskiego, o innych dalekowschodnich nie wiem) horroru, w którym główny temat, rozpatrywany na wszelkie możliwe strony, jest funkcjonowanie Przedmiotu. Począwszy od nawiedzonych taśm wideo, poprzez telefony komórkowe, przez które mówią zmarli, opętane komputery, a na upiornych butach na obcasie kończąc, służą mieszkańcom wschodniej Azji jako symbol ich problemu z relacją do współczesnej kultury i technologii. Przedmioty, produkty ludzkie, uniezależniają się od swoich twórców i powoli przejmują nad nimi kontrolę. Po zdjęciu kostiumu opowieści o duchach, pozostaje czysty problem: w jakim stopniu Przedmioty uprzedmiotawiają używającego? Jak długo i do jakiego stopnia mogę utrzymać swoją podmiotowość? Jakie tożsamości przyjmuję, jakie są mi narzucone, kiedy spotykam się z Przedmiotem? Pytania nie są banalne, są tematem licznych badań i przypuszczeń antropologii współczesności oraz nowych mediów. Okazuje się, że prawdy o człowieku objawiają się nie w tym, czego pożądamy, co o sobie stwierdzamy, ale w rzeczach, których się boimy i w naszych uprzedzeniach przed groźnym innym.

    _____________
    ♠ Joseph Campbell, Potęga mitu, przeł. I. Kania, Znak, Kraków 2004.

    Zapach jest najbardziej zaniedbywanym ze zmysłów. Za pierwszorzędny kulturowo uważamy wzrok, potem słuch, jako te, które odbierają treści na duży dystans. Pozostałe trzy są „kontaktowe”, ale choć węch zbiera informacje z szerszego otoczenia, traktowany jest jako mniej ważny. Oczywiście, taki układ jest niezgodny z ludzką praktyką, gdzie to właśnie wrażenia, na których się nie skupiamy, odgrywają najistotniejszą rolę.

    Każdemu zmysłowi prócz węchu przynależą całe „utwory”, zaadresowane właśnie do nich. Wzrok i słuch mają oczywiście wszystkie sztuki audio–wizualne. Dla smaku tworzy się uczty i rozmaite instytucje posiłków (i choć węch ma ogromny udział w smakowaniu, nikt by się nie zgodził na ograniczenie wytwornej kolacji do wąchania garnków). Nawet dotyk zyskał uznanie w postaci całych zakładów zaspokajania jego potrzeb w postaci saun, masażu, jacuzzi, basenów z biczami wodnymi, ciepłych źródeł. Chyba nie można tego porównać z używaniem perfum, odświeżaczy, czy nawet aromaterapią. A wizyty w perfumerii po piątej buteleczce stają się dla powonienia torturą.

    Nie jest to jednak obowiązująca zasada, którą można tłumaczyć budową mózgu i hierarchizacją zmysłów. W mojej ukochanej, japońskiej epoce Heian funkcjonowała wspaniała sztuka komponowania zapachów. Wiele uwagi poświęcała temu XI–wieczna pisarka Murasaki Shikibu, zręczna portrecistka kultury dworskiej. Opisywała eleganckie spotkania, podczas których dworzanie wykonywali kadzidlane mieszanki pachnących składników, zakopywali je na długie miesiące, aby fermentowały w glebie, a w końcu prezentowali i porównywali swoje dzieła podczas uroczystej ceremonii. Oczywiście, Murasaki pochwaliła się, że jej kompozycja Czerń wygrała taki konkurs, zapisała nawet przepis na nią.

    Ciekawe jest, że to właśnie wzrok wspiera działanie zapachu, opisuje go, proponuje ideową interpretację, stanowi synestezyjną metaforę. Jest to absolutnie oczywiste, kiedy wchodzi się do perfumerii, gdzie na półkach grają setki flakonów, skrystalizowanych snów najlepszych projektantów. W końcu nie jest możliwością powąchania wszystkich perfum, ba, już po kilku zapachach nos staje się obolałym, nieczynnym receptorem. Jako atraktory pozostają atrakcyjne, opisowe nazwy i piękne opakowania.

    Tak się złożyło, że moje myśli podążyły tymi samymi drogami, co Murasaki, kiedy znalazłem zapach, który ostatnio podbił moje serce, czyli Black XS Paco Rabanne. Przyznaję, że „czerń” to fantastyczna metafora zapachu, która doskonale realizuje się w przypadku tych perfum. można je opisać synestezyjnie jako głębokie, mroczne, matowe. Pachną leśnymi owocami, mchem, magnetyzują. Ich dokładny skład to:
    Nuty głowy: kalabryjska cytryna, owoc kalamanzi.
    Nuty serca: praliny, cynamon, balsam tolu, czarny kardamon.
    Baza: drewno palisandru, czarna ambra, paczula.
    Kompozycję opisuje wzornictwo gotyckie: czerń z bielą, gotycki krój pisma oraz róża. Nie wiem, jak długo będzie moda na tego rodzaju design — dużo czerni i gotycka wstawka albo arabeskowa aplikacja — ale zapach jest ponadczasowy. Dziękuję Murasaki za podpowiedź, a Aliss za wspieranie mnie w pachnieniu!

    _____________
    ♠ Biografia Murasaki Shikibu została odtworzona przez Lisę Dalby na podstawie oryginalnych zapisków japońskiej pisarki, jej poematów, a także innej zebranej dokumentacji. Por.: Lisa Dalby, Opowieści Murasaki, przeł. M. Krygier, Albatros, Warszawa 2003.

    Jean–Paul Marat leży w wannie. Z martwej dłoni wysuwa mu się pióro, na którym powoli zasycha atrament. Obok, na ziemi leży nóż, jeszcze ciepły od świeżej krwi i śladu dłoni morderczyni, Charlotty Corday.

    Jacques Louis David, Śmierć Marata, 1793 r.

    Marat, wielokrotnie zmuszany do ukrywania i przedzierania się przez podmiejskie kanały, zapadł na chorobę skóry. Ulgę w związanych z nią cierpieniach przynosiło mu spoczywanie w wannie, wypełnionej wodą. Obraz Jacquesa Louisa Davida przedstawia mebel, wyściełany białym materiałem, na jego brzegach położono deskę pisarską, przykrytą suknem. Obok mały stolik, a na nim kałamarz, zapasowe pióro, porozrzucane fiszki z notatkami. Tak prezentuje się nietypowe biuro Marata, spędzając tu długie godziny nie próżnował. Oddawał się pisaniu, przyjmował gości (jako ostatnią wpuścił swoją zabójczynię), wszystko ku chwale Rewolucji i nowego porządku świata.

    Pomijając aspekt chorobowy, pomysł na pisanie w wannie jest absolutnie genialny. Z mojego doświadczenia wynika, że najlepsze i najbardziej zaskakujące pomysły rodzą się w dwóch łazienkowych okolicznościach: pod prysznicem i na sedesie.

    Cóż, wyznanie brzmi odważnie, ale z drugiej strony różne łazienkowe „posiedzenia” często zamieniają się w instytucje. W toaletach nierzadko pojawiają się stojaki na prasę, półki z lekkimi lekturami, że o czytaniu w wannie nie wspomnę. Niemcy, jako naród obarczony największą skatologiczna mania, doprowadzili systemy oznaczania toalet do rangi rozwiniętej sztuki użytkowej. Wydarzenia pielęgnacji ciała, jego oczyszczania w rożnych aspektach, wydaje się całkowicie odintelektualizowane. Ot, seria rytualnych gestów, powtarzanych przez każdego (lub prawie każdego. To prawie w przypadku dużej części naszego społeczeństwa przynosi skutki katastrofalne). Wbrew pozorom takie wyłączenie rożnych kompetencji mózgu przenosi jego pracę w inne rejony. Kiedy w ogólnym odprężeniu wyłącza się powierzchniowy strumień myśli, uruchamia się ten głębszy, pomagający w przyswajaniu czytanych treści, bądź inspirujący do własnych przemyśleń. I już po chwili można lecieć przez mieszkanie, świecąc gołym ciałem, żeby jak najszybciej zapisać ulotna myśl, która nagle spłynęła w kaskadzie natchnienia.

    Nie wiem, czy takie zjawisko jest powszechne, ale ja tak mam. I patrząc z tej perspektywy na historię, zauważyć można kilka miejsc kąpielowych i kloak, które odcisnęły się na kulturach świata:
    — kąpiel Archimedesa, w trakcie której zobaczył wodę, przelewająca się przez brzegi wanny, w momencie gdy do niej wszedł, sformułował swoje Prawo.
    — kąpiele Kleopatry w mleku ponoć zapewniały jej urodę. Co by się stało ze światem, gdyby nie uwiodła Marka Antoniusza?
    — toalety publiczne w Imperium Romanum były miejscami spotkań i dyskusji o polityce (z krótkimi przerwami na plum). Czy gdyby nie zbiorowe posiedzenia w towarzystwie instrumentów dętych, mielibyśmy dziś demokrację?
    — dygresja — może to Anaksymander wymyślił wierszyk:

    Siedzę sobie na sedesie
    I rozmyślam o bezkresie.

    — w starożytnym Rzymie Cloaca Maxima odprowadzała z miasta głupie pomysły, a zostawiała sny o wielkości. Pewnie po latach używania zapchała się.
    — kąpiel Chrystusa w wodach Jordanu w towarzystwie Jana Chrzciciela była momentem rozpoznania Jezusa jako Mesjasza. Woda potrafi więc otwierać oczy.
    — Marcin Luter sformułował swoich 95 tez, siedząc na toalecie. Jego poważnym problemom z kiszką zawdzięczamy Reformację. Ciekawe, że kał jest symbolicznie powiązany z pieniędzmi (pecunia non olet to tylko jeden z tropów), a Luter występował m.in. przeciw odpustom. Pobudzający intelektualnie i duchowo aspekt sedesu jest niepodważalny.
    — analogicznie do Rzymu, przeciwnicy demokracji to ci, którzy mieli problemy z wydalaniem. O ironio! Kiedy Mao Zedong odwiedził Stalina i został zaproszony na basen, ku przerażeniu Rosjan zdefekował sobie do wody. Często jednak miewał problemy z wypróżnianiem i jego żona musiała mu pomagać, wygrzebując co twardsze cząstki palcami. Ponoć inny geniusz komunizmu, Ho Chi Minh, miał fobię na punkcie wydalania. Zasiadłszy na nocniku okrywał się szczelnie kołdrą, żeby nie słyszeć i nie czuć najbardziej oczywistej z czynności cielesnych. Oto, do czego prowadzi negowanie wewnętrznej kupy.
    — kąpiele (tudzież ich brak) Ludwika XIV. co by się stało, gdyby Dwór Słońca inaczej podchodził do higieny, gdyby uwierzył w wodę i mydło, a nie zapudrowanie, perfumowanie i odkruszanie? Być może jedna z przyczyn Rewolucji był smród wyperukowanych ciał, niosący się na Paryż od Wersalu? Może gdyby Rosja tamtych czasów miała inny wzorzec do naśladowania, jej dzieje też by się inaczej potoczyły?
    — jedna z legend podaje, że caryca
    Katarzyna II zginęła na sedesie — od wbudowanego weń
    sprężynowego ostrza. Podobny los spotkał Henryka III Walezego, zadźganego w wygódce. Wychodek, zazwyczaj zagrażający jedynie
    nosowi, czasem też oczom, okazuje się mieć potencjał królobójczy
    i historycznie wywrotowy. Może gdyby jakaś niecna klapa wcześniej
    przytrzasnęła Katarzynę, uniknęlibyśmy rozbiorów Polski?
    Fontanna Marcela Duchampa (czyli sygnowany pisuar), to najsłynniejsze ready–made, kamień milowy oznaczający przełom w dziejach sztuki świata. Biała, porcelanowa muszla, „rzucona w twarz widowni”, spowodowała konieczność redefinicji pojęć sztuki, piękna, artysty. Według niektórych spowodowała kryzys — ale co spotyka ludzi mających problem z odchodem: patrz punkt wyżej.

    Marcel Duchamp, Fontanna, 1917 r.

    Patrząc na to wszystko można odnieść wrażenie, że w Japonii powstaje niezauważona kontr–kultura filozofów. Zapewne to otaczający ich mróz i rozleniwiająca, ciepła woda sprawiły, że jeszcze nie opanowali świata.

    Japońskie makaki, siedzące w gorącym źródle w Nagano

    Na koniec spotkanie obu łaziebnych żywiołów. Synteza opróżniania i obmywania: spłukiwanie. Zmazywanie znaków pisanych przez ciało na białej powierzchni. Zacieranie śladów tajemnic alchemicznego nigredo, objawionych przez wnętrze człowieka

    Fluuuuszzzzzzzzzzzzzz!

    Rokoko było zjawiskiem w dziejach kultury, które pomimo swojej ulotności, wycisnęło piętno w zbiorowej wyobraźni. Mit złotej klatki, niekończącego się karnawału, w którym złocone i koronkowe maski przykrywają wypudrowane do nieludzkiej bieli twarze, jest wciąż żywy.

    Sądzę, że przyczyną popularności rokoka jest skojarzenie go z maskaradą, której uczestnicy są doskonale świadomi obowiązujących konwencji, pławią się w niej do granic życia, ale też potrafią puścić oko, odsłonić kostium bez wybijania się z roli. Nasza kultura lubi podobne gry pozorami, nadpisywanie rzeczywistości dekadenckimi narracjami, stąd też taka interpretacja czasów Króla Słońce.

    Estetyka rokokowa w swoich założeniach idzie w parze z vogue, hiper–estetyką wymuskania i przegięcia. Korzystają z tych samych scenariuszy i rekwizytów. W centrum zainteresowania znajduje się przeestetyzowane i wystylizowane ludzkie ciało — bohater opowieści. Pokazywane jest jako nonszalancko oraz spontanicznie ustawione i eleganckie: wyprostowane, spięte, szczupłe. Prezentuje się w wymyślnych gestach i wystudiowanych pozach. Jego przygody to flirt, miłostki, sprawy błahe, na które mogą sobie pozwolić ludzie lekkomyślni i wolni.

    Kanonicznym przykładem jest piosenka Madonny — piosenkarkę można uznać za matkę vogue, Królową Słońce — w jej rokokowej interpretacji choreograficznej:

    Tekst piosenki jest mottem estetyki vogue, przez którą można współcześnie patrzeć na rokoko:

    (…) All you need is your own imagination
    So use it that’s what it’s for
    Go inside, for your finest inspiration
    Your dreams will open the door

    It makes no difference if you’re black or white
    If you’re a boy or a girl
    If the music’s pumping it will give you new life
    You’re a superstar, yes, that’s what you are, you know it (…)

    Jednym z elementów performansu jest odgrywanie płci w których męskość i kobiecość posiadają swoje silne wzorce oraz atrybuty. Obecnie źródłami wizerunków są gwiazdy showbiznesu, aktorzy, piosenkarze i modele płci obojga; dawniej — Król Słońce, dworscy modnisie, bohaterowie bukolicznych romansów. Wyrażanie płci za pomocą emblematów jest inspiracją do gry form i transgresji, gdyż prawdą jest to, co jest przedstawiane, oznaczane. Stąd zarówno vogue, jak i rokoko są językami, w których wyraża się zjawisko queer. Przykładem pierwszego jest film Paris is burning (reż. Jennie Livingston, 1990 r.), którego fabuła toczy się wokół balu drag queen, na gdzie clou programu jest taniec vogue. Przykładem działania mitu rokoka jest Lubiewo Michała Witkowskiego. Oto kilka przebieranek:

    Lukrecja — pięćdziesiąt lat, gładko ogolona twarz, cyniczny, także gruby. Czarne, zżarte grzybicą paznokcie. (…) Lukrecja pomógł Patrycji, tej dziwce, jakoś znalazła się dla niego praca szatniarza w którymś z robotniczych domów kultury. Odtąd zadaniem Patrycji było wydawanie piłeczek do ping–ponga, bo młodzi działacze przychodzili grac do klubowej świetlicy. Praca lekka, płatna jak każda inna, cały dzień Patrycja piła kawę w szklance musztardówce, plotkowała z woźną i żyła nadchodzącą nocą. Czasami pozostawała na dyżurze do rana w charakterze nocnego ciecia. Wtedy wyobrażała sobie, że jest barokowa damą, ma wielka krynolinę, wysoka perukę i jedzie karetą do kochanka. Że nazywa się jakoś tak zupełnie nie do wymówienia i zasłania się wielkim wachlarzem. Z dachu kapało do wiadra, za oknem wył wiatr, ale ona wstawała, robiła sobie grzałką kawę na zmianę z herbatą, dodawała do tego wódki i wracała do swojej karety, do Wersalu, do sukni tak wielkich, że pod ich kloszami można zmieścić kilku kochanków i buteleczkę z trucizną. (s. 9–11)

    Dżesika myła brudne szyby w szpitalnym korytarzu i widziała w nich swoje odbicie jako Alexis. Być może z powodu odległości, mroku, czy czegokolwiek innego, brudny fartuch Dżesiki, pełen numerów ewidencyjnych i fioletowych pieczątek wyglądał w szybie jak ta biała suknia, którą w ostatnim odcinku miała na sobie Alexis. Jej spocone loki stawały się nowiutka trwałą. Dżesika aż oniemiała z zachwytu i zdumienia. (…) I Dżesika była szczęśliwa, i szalała i była cała wielka dama! Zadzierała nosa, pozwalała pacjentom podawać sobie ogień i nigdy za niego nie dziękowała. Główkę wysoko trzymała, włosy kręciła na lokówkę, usta smarowała pomadką ochronną i bawiła się, że to szminka. Często dosiadała się do innych salowych i sprzątaczek, siadała w ich pakamerze i była najpierwsza z nich!
    — Pan Zdzisio (Dżesika miała na imię, niestety, Zdzisław) to siada jak królowa, nogę na nogę założy, chleba z masłem z obiadu nie chce jeść! A papierosa pali w szklanej lufce! O, tak pali, tak pali! — I nie mogły zrozumieć salowe, dlaczego pan Zdzisio, ta nasza królowa, nigdy nie zaczepi żadnej z nich. (s. 33–35)

    Lubiewo Witkowskiego zostało przyjęte bardzo ciepło i zostało uznane za istotny głos, który pojawił się w polskiej literaturze (o pozostałe książki można się spierać). Powodami są m.in. opisywanie świata PRL–u z punktu widzenia kogoś, kto żył tamtymi czasami i nie potrafi odnaleźć się we współczesności, a także wprowadzenie do dyskursu literackiego cioty — przegiętej, niepoprawnej politycznie, jawnie eksponującej swoje uzależnienie od seksu. Sądzę, że innym czynnikiem, który uwodzi czytelników jest wirtualny świat odgrywanych ról i auto–narracji. Na poziomie fantastycznej gry, nie dającej się sprowadzić do wymiaru „realnego” (na szczęście/niestety?), możliwe było stworzenie hiper–rzeczywistości, w której obowiązujące wartości (piękna, blichtru, szczęścia, orgazmu) nie mają swoich negatywnych odpowiedników. Próba powołania ich kończyła zabawę, zawieszała grę, która wyrzucając z niej przeniewiercę, pozostała niezbrukana

    Od wspomnianych tendencji można zrobić jeszcze odwołania do dużego obszaru sztuki użytkowej, czerpiącej zarówno z vogue, jak i, w dalekich echach, z rokoka.

    Ilustracja Anji Kroencke

    Uprawiają ją m.in. Jason Brooks, Orlando Hoetzal, czy Anja Kroencke. Kreowany przez nich świat, głównie świat reklamy, nowi wszelkie znamiona symulacji, szczególnie zaś ustanawiania wszystkiego w kontekście absolutnego piękna, które neguje kategorie grzechu i zła.

    Baśnie się nie zmieniają, nie ma drogi na skróty do kryształowego pałacu. Trzeba wysiłku i zręczności żeby utrzymać się w grze. Zbyt łatwo jest spaść do roli Kopciuszka, siedzącego w zaułku ulicy z makijażem rozmazanym od łez. Wszak w pewnym momencie maskarada może pokazać to, co ukrywa: histeryczny śmiech przez gorzkie łzy, puder i muszkę na syfilitycznej ranie.

    _____________
    ♠ Madonna, Vogue, [w:] soundtrack album I’m Breathless, 1990.
    ♠ Michał Witkowski, Lubiewo, ha!art, Kraków 2005.

    Dzisiaj mija rok mojego szczególnie intensywnego zainteresowania się jeżami (Erinaceus europaeus). Są to stworzenia niewątpliwie niedoceniane. Sedno ich jeżości, czyli kolczość, bywa interpretowana na ich niekorzyść. Fakt, że zabieranie się do czegoś jak pies do jeża nie wskazuje na zbytni zapał, ale chyba negatywny wydźwięk powiedzenia za bardzo promieniuje na same zwierzątka. Wszak kolce nie służą tu do atakowania, tylko bronienia się. I do tego przed zbyt wścibskimi nosami.

    Cechami charakterystycznymi jeży są: miłe mordki, miękkie uszy, długie kolce, śmieszne łapki, jeszcze śmieszniejsze ogony i czarne bądź brązowe, mokre nosy, w okolicy których gromadzi się ich cała jeżowatość. Do tego należy dodać spojrzenie czarnych, lśniących oczu, nie banalne, zdystansowane i przenikliwe.

    Gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, jakimi jeże są uroczymi istotami, oto ostateczny argument:

    Jeże są tematem wielu moich wspomnień z dzieciństwa, poczynając od dowcipu kulinarnego, poprzez ukochanego przyjaciela Krecika, bohaterze gry Sonic, a na Jeżu Jerzym kończąc.

    Wartość jeża dla kultury też jest istotna. Może nie pojawiał się w przesadnych ilościach, ale za to z klasą. W chrześcijaństwie odegrał rolę bohatera negatywnego, jako symbol sił nieczystych i grzeszników (w jednej paczce razem z np. dudkiem, który jakoby śmierdzi jak diabeł). Orient zaś docenił jego pozytywne moce, uznając za symbol słońca: zwinięty w kłębek jeż jest jak tarcza słoneczna, jego kolce jak promienie. W Japonii jeż to harinezumi, czyli „kolczasty szczur”, nadmienić jednak trzeba, że szczury były zwierzętami przynoszącymi pomyślność i bogactwo!

    Wkład jeży w filozofię i psychologię też się zaznaczył w dylemacie jeża. To myśl bardzo na czasie. Ludzie pragną bliskości, lecz zbliżanie się do drugiej osoby łączy się z zadawaniem ran. Czy wyjściem jest danie sobie spokoju? A może nauka jak to zrobić, żeby się za bardzo nie pokłuć?

    Sztuka pokazuje jeże rzadko, ale za to w sposób dojmujący. Ciekawe, że często bywają bohaterami opowieści chwytajacych za serce, bardzo smutnych i bardzo pięknych, jak np. książki dla dzieci Zimowy dzień i Zimowa noc. Człowiek–jeż jest jednym z bohaterów Sagi o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego, a którego pierwowzorem jest postać romantycznego potwora z Pięknej i Bestii. Znalazłem również pięknego jeża w nietytułowanym wierszu Joanny Ślósarskiej:

    od dłuższego czasu
    okłamuję Warunę
    pana miary i przeznaczenia
    że jest pijany
    i tka dziurawą sieć
    przez którą wypada mu na zawsze
    nastroszony jeż
    naszej miłości
    w apaszce bordo
    ponieważ Waruna
    nie podejrzewa mnie o kłamstwo
    sekretnie sprawdza swoje serce i umysł
    a w tym czasie
    nastroszony jeż
    naszej miłości
    w apaszce bordo
    naprawdę rozrywa sieć

    A w związku z jeżem mały przepis na coś dobrego. Potrzebne są:
    — jeżyny. Dowolna ilość, im więcej, tym smaczniej. Najładniejsze rosną przy Via Prulla;
    — sok wyciśnięty z pomarańczy;
    — cukier.
    Sok z pomarańczy wymieszać z rozsądną ilością cukru. Jeżyny nałożyć do miseczek, zalać sosem pomarańczowym, wymieszać. Brzmi banalnie, ale smakuje słonecznym latem.

    P.S. Apelujemy: wybaczcie jeżom, że są pchlarzami i ścierwojadkami. To nie ich wina. W ogrodach Pana będą miały grzebienie i w bród owoców.

    _____________
    Zimowy dzień; Zimowa noc, Egmont, Warszawa 2007.
    ♠ Andrzej Sapkowski, Ostatnie życzenie; Saga o Wiedźminie, SuperNOWA, Warszawa 1993–1999.
    ♠ Joanna Ślósarska, Z Nieogrodu, Corre Studio, Łódź 2001.


    • RSS