Byłem bodajże w II klasie podstawówki, gdy pewnego popołudnia, siedząc samemu w domu, włączyłem TVP 2. Akurat leciały wideoklipy. Wtedy nagle zobaczyłem coś niesamowitego, połączenie onirycznych scen z muzyka, która w jednej chwili podbiła moje serce. Kiedy klip miał się ku końcowi, usilnie starałem się zapamiętać nazwę zespołu — najwyraźniej to nie był jeszcze czas, kiedy człowiek otacza się setką fiszek z zapiskami. Wiedziałem, że słowa te i tak mi się ulotnią szybko, ale może przy odrobinie wysiłku, kiedyś odkopię je z archiwum pamięci. Tylko trzy słowa, ale po angielsku, trudne do zapamiętania dla dziecka: Dead Can Dance. Zapamiętaniem tytułu wideoklipu — The Carnival Is Over nawet nie zawracałem sobie głowy. A jednak wszystko tam zostało.

Minęło kilka lat. Były wakacje, chyba między V a VI klasą podstawówki. Jurata, w czasach, gdy jeszcze była kurortem dużo bardziej przyjaznym turystom. W kawiarni Juratka sprzedawano niezapomniane lody jagodowe, na ulicach były stragany w fajnymi rzeczami, dobrego gatunku, a nie wakacyjnym chłamem spod sztandaru jaskrawego ręcznika i bezsmakowych gofrów. I to przy głównej ulicy stał stragan–stojak z mnóstwem kaset z muzyką. Idąc odwróciłem głowę i przeskanowałem tylko wzrokiem nazwy zespołów i tytuły. Bdłąk!!! Grom z jasnego nieba (pozdrawiam pana Heraklita). Ależ to TO! Niemożliwe! Kupiłem, sprawdziłem. Na kasecie nie było tamtej piosenki sprzed lat, ale po wysłuchaniu pierwszej piosenki nie miałem już żadnych wątpliwości.

Tak zaczęła się moja przygoda z Dead Can Dance. Zanim znalazłem kasetę (bo to były wciąż czasy kaset) z The Carnival Is Over, minęły jeszcze ze cztery albumy. Zebrałem wszystkie oprócz nie rozpowszechnianego albumu Garden of the Arcane Delights (gdzie są tylko 4 piosenki) oraz dwóch kompilacji. W muzyce tego zespołu najbardziej zachwycił mnie głos wokalistki, Lisy Gerrard. Wokal Brendana Perry był dla mnie na drugim planie, choć oba głosy występowały w utworach razem,świetnie się dopełniają. Prawdopodobnie tak właśnie wyglądał kryzys zespołu: Brendan miał być czołowym piosenkarzem, Lisa zaś miała przede wszystkim robić całe tło instrumentalno–wokalne. Tymczasem kilka piosenek, na których zaśpiewała solo, przyciągnęło uwagę odbiorców i wkrótce zaczęła wychodzić na pierwszy plan. Tak rodzi się artystyczna zazdrość, żywioł okrutny.

Informacje o zespole były bardzo skąpe, wciąż była to dla mnie epoka przedinternetowa. Znalazłem jedną, cienką książeczkę na temat Dead Can Dance. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem zdjęcia wokalistów, których do tej pory mogłem sobie tylko wyobrażać. Anielska Lisa z koroną splecionych, złotych włosów. Brendan, który wyglądał jak podejrzany Plastuś, efekt maskowany na kilku zdjęciach hiszpańską bródką (Plastuś z Różą w Zębach). Od momentu, gdy dowiedziałem się, że mężem Lisy jest Polak, miałem nadzieję, że takie koneksje mogą doprowadzić do zorganizowania koncertu w Polsce. Najwyraźniej przeceniłem ducha patriotyzmu.

W muzyce uwielbiam dwie rzeczy. Po pierwsze, kiedy jest minorowa. Jeśli utrzymana jest w tonacji Dur to dobrze, jeśli jest wzniosła. Taka muzyka oczyszcza emocje. Po drugie, kiedy prowokuje wyobraźnię, pobudza do snucia własnych historii, obrazów (tu przypominają mi się sesje RPG, na których nieodmiennie obecne było Dead Can Dance, inspirujące również wiele scenariuszy). Przez wiele lat Yulunga miała pierwszeństwo przed wszystkimi innymi utworami.

Tymczasem odkrywałem krok po kroku, że poza wąska grupką przyjaciół, która dopiero się formowała, prawie nikt nie zna albo nie przepada za Dead Can Dance. Najczęstszą nań reakcją było niezrozumienie muzyki: bo za smutna, bo za dziwna. Oczywiście, byłem tym przejęty, ale raczej nie ciesząc się swoją oryginalnością, tylko ukrywając zainteresowania dla siebie. Jakoś nie dałem sobie wmówić sekciarstwa ani stanów depresyjnych i tak doczekałem się solowych płyt Lisy Gerrard. Każdy kolejny album jest lepszy od poprzedniego, dojrzalszy. Stylistycznie nawiązują do różnych tradycji muzycznych świata, od korzeni wczesnochrześcijańskich po muzykę Indian Ameryki Północnej.

W końcu nadszedł rok 2005, a wraz z nim wieść o reaktywacji zespołu na czas trwania jednej trasy koncertowej, która miała być ostatnią. Co więcej, jeden z koncertu miał się odbyć w Warszawie! Pełen szczęścia odkładałem pieniądze i szykowałem się, żeby zamówić bilet w Empiku… niestety, rozeszły się w niecałe dwa tygodnie, a na Allegro chodziły po absurdalnych cenach. I tak oto moje marzenie miało pozostać niespełnione. Słyszałem nagranie z koncertu, pojawiło się tam sporo genialnych utworów, które nie znajdują się na żadnym z albumów, efekt naprawdę wstrząsający. Podejrzewam, że pojawienie na występie zakończyłoby się dla mnie zbieraniem chłonną ściereczką Viledy. A przynajmniej, utopieniem się we własnej wodzie morskiej.

Jedną z najciekawszych cech z muzyce Dead Can Dance, a potem na solowych płytach Lisy, to „język”, w którym śpiewa wokalistka, czyli brak języka jako takiego. Modeluje śpiewane słowa w zależności od muzyki, jej tematu, ukrytej opowieści. Używa słowa jako plastycznej materii, którą dowolnie formuje, a następnie wyciska na emocjach słuchaczy. Jednak najmocniejszą stroną tej muzyki jest to, co nazwałem śpiewaniem ku światłu. Chodzi o strukturę analogiczną do budowy muzyki buddyjskiej. Utwór zaczyna się niskimi dźwiękami, ciemnością, z której nagle wybija się w czystych dźwiękach wzwyż, ku światłu. Dla mnie wrażenie jest niesamowite, siła melodii wyrywa wręcz z ciała ku innym sferom. Co więcej, ta muzyka w ciągu kilku sekund potrafi wycisnąć potok łez (podobno moja zmarła już babcia reagowała tak na muzykę Chopina). Przykład: uważam, że Aria jest prawie za piękna.

Na koniec bardzo ciekawa kompilacja, wideoklip Mylene Farmer z piosenką Persephone Dead Can Dance. Rudowłosa jako Kozioł Ofiarny, założycielski mord i agon z Minotaurem.

_____________
♠ Dead Can Dance, Dead Can Dance (1984), Spleen and Ideal (1985), Within the Realm of a Dying Sun (1987), The Serpent’s Egg (1988), Aion (1990), A Passage in Time (1991), Into the Labyrinth (1993), Toward the Within (1994), Spiritchaser (1996), Wake (2003).
♠ Lisa Gerrard, The Mirror Pool (1995), Duality (1998), Immortal Memory (2004), A Thousand Roads (2005), The Silver Tree (2006).