No i stało się. Pani Muzykalność wyciągnęła mnie na Open’er Festival (4–6. lipca 2008 r.). Z początku miałem opory, gdyż zespół, na którym mi najbardziej zależało — Beirut — odwołał koncert. Pani Offowość zaś była nieco zawiedziona z powodu kolejnej artystki, która się wykruszyła, czyli M.I.A.. Tak się jednak złożyło, że jeszcze kilka znajomych zgłosiło się na wyjazd i względy towarzyskie w pewnym stopniu przeważyły. A choć z powodu obowiązków pani Pilność nie mogliśmy dojechać do Gdańska na czas, pojawiliśmy się tam na drugi i trzeci dzień.

Miałem trochę obaw względem koncertów, przede wszystkim samej ich formuły. Na miejscu część z nich się rozwiała, a inne przeciwnie, objawiły swoje jeszcze bardziej podstępne oblicze. W kwestii samych wykonawców miałem różne uczucia, choć były zespoły, które chciałem usłyszeć na żywo, to dużej części albo nie znałem, albo zupełnie mnie nie interesowała (jak Jay–Z).

Ogólnie występy artystów oceniam bardzo pozytywnie. Nawet Jay–Z, który był z trochę innej bajki, postawił na zrobienie show, co mu wyszło całkiem fajnie. Dobre nagłośnienie, dynamiczne oświetlenie i dekoracje ustawiane osobno dla każdego zespołu, wprowadzały klimat i sprawiały, że wszystkie występy były unikatowe. A teraz garść konkretów:

Interpol — uczciwie, nie pamiętam tego występu. Żadna z ich piosenek nie wyryła mi się w pamięci. Słuchając ich kawałków na MySpace faktycznie coś świta, że mogli to śpiewać, choć jutro i tak pewnie nie będę tego pamiętał. Cóż, na mnie działają głównie słodkie, wysokie wokale (tak, tak, Lisa Gerrard), a na koncercie Interpol oddziaływał głównie gitarami basowymi i perkusją. Odbiór odbywał się bardziej brzuchem niż uchem. Dopiero słuchanie tego na spokojnie, w domu, z dobrymi słuchawkami zaczyna działać jak powinno.

CocoRosie — to najbardziej wyczekiwany przeze mnie koncert z całego Open’er i największe rozczarowanie! Otóż z niewiadomych mi i raczej niewyjaśnialnych powodów organizatorzy postanowili strzelić sobie samobója. Jeden z najoryginalniejszych występów odbył się bowiem w namiocie — ogromnym, ale cóż znaczy „ogrom” w porównaniu z rzeszą ludzi, która do niego wtargnęła, żeby zobaczyć siostry Casady. Ścisk był taki, że z musieliśmy opuścić namiot razem z panią Wściekłość, która miała łzy w oczach. Do tego dopiero jak wyszliśmy zaczęto grac fajniejsze kawałki, co tylko zwiększyło rozgoryczenie. A żeby nas jeszcze pogrążyć w pretensjach, podczas koncertu Sex Pistols podniesiono poły namiotu, ułatwiając komunikację, uczestniczenie w koncercie i rozładowując tłum. Za późno się uczycie na błędach, państwo organizatorzy!

Gentleman — słyszałem, że to było jedno z największych wydarzeń Open’er. Tymczasem… sprawa ma się identycznie jak z Interpolem. Może nawet gorzej, bo słuchanie kawałków na MySpace niewiele mi przypomina. Niemniej telewizja jest zachwycona zespołem, być może bez niej nawet bym nie pamiętał, że ktoś taki występował. W krótkim wywiadzie udzielonym reporterom wokalista wyjawił, że chce, aby na świecie zapanował pokój. Był tak uroczo i naiwnie tym przejęty, że pewnie mówił szczerze. Ale do reggae chyba mnie nie przekonał.

Erykah Badu — Wielka Spóźniona Open’era. Absolutna rewelacja. Gigantyczna osobowość, promieniująca ze sceny. Gospelowy głos, zdolny kruszyć kryształy. Nigdy nie wnikałem w jej biografię ani teksty jej piosenek, więc występ był dla mnie dużym zaskoczeniem. Po pierwsze, w jednym z utworów śpiewała o Elohimie. Nie wiem, do jakiej opcji religijnej tym nawiązywała, ale z pewnością jest daleko od chrześcijańskiej ortodoksji. Po drugie, jeden z utworów miał ściśle szamański charakter. Erykah najpierw zapytała się zebranych, czy lubią śnić, następnie zaczęła przedziwny zaśpiew, wtórując sobie grą na prostym bębenku. Tu nie mam wątpliwości, że nawiązała do tradycji duchowych podróży, w których przewodnikiem był magiczny instrument.

Goldfrapp — nigdy wcześniej nie spotkałem się bezpośrednio z twórczością Alison Goldfrapp, ale mam wrażenie, że moje ucho dawniej wyłapywało z tła jej muzykę, gdyż brzmiała znajomo. Przyjemnie było jej posłuchać: posmak lat 80., lekki aromat kiczu. I kolejne „magiczne” zaskoczenie po Eryce Badu. Na koncernie występowały 3 wokalistki (w tym Alison). W tle, za muzykami stał stroik z poroża zatkniętego na słup, ze zwisającymi z niego wstążkami w kolorach różu, błękitu i bieli. Dodatkowo na instrumentach stały sztuczne zwierzęta: sowa i kruk. biorąc pod uwagę, że zespół pochodzi z Wysp Brytyjskich, nawiązanie do kultów Potrójnej Bogini i Rogatego Pana nie są przypadkiem. To niezwykle ciekawe, gdyż sama muzyka nie jest żadnym przetworzeniem motywów folkowych, nawiązanie musi być więc głębsze.

Massive Attack — drugi z bardziej wyczekiwanych przeze mnie zespołów. Po koncercie mam nieco mieszane uczucia. A nawet nie mieszane — bardzo wyraźnie podzielone. Niezwykle mi się podobały wszystkie utwory, w których nie śpiewał główny wokalista, czyli m.in. Teardrop, Angel i Unfinished sympathy. Niestety, nie mogę się pogodzić estetycznie z panem wokalistą, który według mnie śpiewał wszystko na dwóch nutach i za cały swój taniec miał kręcenie młynka łapkami. To punkt sporny z panią Wrażliwość, która uważa, że wokalista ma seksowny głos i równie seksownie się porusza. De gustibus… Faktycznym zgrzytem dla mnie było wyświetlanie na planszy za zespołem sentencji. To zabawne, bo kamery, które przekazywały sytuację ze sceny na telebimy ani razu nie pokazały żadnego z tych zdań od początku do końca. Niemniej, jedna po drugiej, leciały tam życiowe, pro–wolnościowe i pro–tolerancyjne mądrości. Jak dla mnie zabieg był za mocno retoryczny, jeżeli Massive Attack chce nadać swojej twórczości tak mocno ideologiczny wydźwięk, to te teksty powinny być wyśpiewane, a nie przekazywane pobocznym medium. Na szczęście tę niedoróbkę pomysłu zrekompensowało mi wykonanie wspomnianego Angel, podczas którego grał nie tylko głos wokalisty, ale również powódź czysto–białego światła. To jedyny utwór, który zdołał otworzyć dla mnie niebo podczas Open’er.

Chemical Brothers — niestety, pomysł na prezentację — która sama w sobie była świetna i zasługuje na najwyższą ocenę — absolutnie się nie zgadza z tym, co uważam cenne w samym zjawisku koncertu. Dla mnie jego sednem jest bezpośrednie obcowanie z żywym artystą, odbiór dzieła tworzonego tu–i–teraz, gdzie każde działanie sceniczne natychmiast wywiera bezpośredni wpływ na unikatowe wykonanie. Niestety, Chemical Brothers mają założenie, że ukrywają siebie jako osoby i każą obcować widzom z elektronicznymi (re)prezentacjami. Jak wspomniałem, ich poziom był bardzo wysoki, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ktoś trochę ze mnie kpi. Ja oglądam nakręcony wcześniej obraz z muzyką, a sami artyści właśnie jedzą kiełbaski w części gastronomicznej gdyńskiego lotniska. Gdybym oceniał występ w kategoriach kina, ocena może byłaby inna. Niestety, gdy się zorientowałem, ze już nie zobaczę grających muzyków, szybko opuściłem koncert.

Podsumowując Open’er jako całość, mam kilka spostrzeżeń, dotyczących samego koncertu, jak i kwestii ogólniejszych:

♠ Z jednej strony Open’er został zorganizowany fenomenalnie: świetne miejsce, armia obsługi, profesjonalny sprzęt, zapewniona higiena w postaci Miasteczek ToiToi, rozstawione w pewnej odległości od scen punkty gastronomiczne, zapewniony przejazd autobusami z i do miasta, dodatkowe atrakcje, etc. Z drugiej strony te same punkty można przemienić na minusy, biorąc pod uwagę rzesze ludzi, którzy się pojawili. Mam wrażenie, że organizatorzy zupełnie nie panowali nad liczbą gości i sprzedanych biletów. Każdego dnia, mniej więcej w czasie rozpoczęcia pierwszych koncertów, brakowało bransoletek, które były przepustkami na kolejne dni. Już to wskazuje, że przygotowanych wejściówek było mniej niż uczestników. Efekt: nieznośne zagęszczenie ludzi, ścisk na koncertach, problemy organizacyjne (gigantyczne kolejki do punktów z bransoletkami, punktów wymiany pieniędzy na festiwalowe kupony, etc.), katastrofa komunikacyjna po koncertach drugiego dnia, gdy kilka tysięcy osób próbowało wsiąść do opieszale podjeżdżających autobusów.

♠ Dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że artyści, po których się tego zupełnie nie spodziewałem, w oryginalny i chyba dość głęboki sposób nawiązują do bardzo starych tradycji.

♠ Cieszę się, że po raz pierwszy mogłem jeść chińskie jedzenie z charakterystycznego, kartonowego pudełeczka, które do tej pory znałem tylko z amerykańskich filmów ;)

♠ Pomimo tego, że niektóre występy były naprawdę świetne, formuła koncertu na wolnym powietrzu nie bardzo mi odpowiada. Chyba preferuję kontemplacyjny sposób odbierania muzyki (i koncerty przeznaczonych do tego w salach). Z małymi wyjątkami nie angażuję się cieleśnie w słuchanie utworów, więc banda pogujących i rzucających się w amoku sąsiadów jest niezwykle irytująca. To samo mogę powiedzieć o osobach, które nagle zaczynają o czymś głośno rozmawiać i „brzęczeć” nad uchem, oraz o braniu kogoś „na barana”. Chociaż rozumiem intencje (sam bym wziął na ramiona panią Ciekawość), wielka, zasłaniająca scenę, czarna sylweta Pani Dziuni, falującej nad głowami zebranych dwoma kubkami piwa, może doprowadzić do furii.

♠ Najbardziej fascynujące dla mnie spostrzeżenie, jakie poczyniłem, to kulturowe znaczenie grania ciałem podczas uczestnictwa w koncercie. Takie zachowanie zmienia się wraz z czasami i nie mam pojęcia, od czego ono zależy (być może od występów piosenkarzy na teledyskach, których zachowanie jest kopiowane przez fanów). A konkretnie: podczas skandowania i innych podobnych czynności, ludzie podnoszą w górę pięści i machają/wygrażają nimi. Często też wzmacniając efekt, wyciągają palec wskazujący, dzięki czemu ich ruch przypomina pouczanie. Kiedyś robiono „meksykańską falę”, wznoszono w górę zapalniczki i falowano nimi. Dzisiaj grozi się paluszkiem. Jestem ciekaw, jakie ukryte treści są tym wyrażane — podejrzewam, że to znak przesycenia muzyki niejawną, ale silną agresją. Wyuczeni na tym słuchacze reagują również zachowaniem wyrażającym przemoc.

Chociaż w głównej mierze — z małymi, ale cennymi wyjątkami — traktuję festiwal jako ciekawostkę, wyjazd był ogromnym sukcesem towarzyskim. Poznałem kilka przesympatycznych osób oraz zostałem podstępnie zarażony muzyką Santogold, która nie jest dla mnie klasycznie piękna, ale chodziła mi po głowie nieprzerwanie przez kilka dni. Udało mi się również bardzo wypocząć dzięki wizycie… w aqua parku. Dzika Rzeka okazała się strzałem w dziesiątkę, podobnie jak dwie wodne zjeżdżalnie. Nie sądziłem, że kilkugodzinne pływanie w gorącej wodzie może być aż tak odprężające. Dziękuję wszystkim, którzy umilili mi wyjazd, dzięki Wam będzie niezapomnianym, pięknym doświadczeniem.