Śniła mi się dzisiaj mysz. Ta sama, która wczoraj wieczorem łaskawie przecwałowała susami przez przedpokój, prezentując mi swój brązowy zad i ogon. Zarówno na jawie, jak i we śnie, mieliśmy z myszą małe problemy komunikacyjne: otóż nie rozumiała moich intencji, aby polubownie się pożegnać. Nie planuję jej ścinać głowy ani mumifikować jakimś świństwem — niemniej we śnie prawie oberwała jakąś pałą. Co więcej, urosła do rozmiarów młodego kota, czym mnie dodatkowo wkurzyła (no bo o ile więcej musiałaby jeść!).

Zaczynam podejrzewać, że ta mysz ma reprezentować mnie: przemykającego się z kąta w kąt przez miejsce, gdzie nie czuje się dobrze, a gdzie zostaje dla świętego spokoju i jedzenia. A skoro nie chcę, żeby ktoś mi uciął głowę albo zmumifikował, powinienem przemyśleć swoją postawę (przemyśliwuję i czekam na energy packa). Myszy i ludzie w nowym wymiarze.

W Lost Sawyer czytał Ludzi i myszy. Jego analogon z Queer as folk, Brian, nie czyta — ale gdyby trafił na bezludną wyspę, to na pewno by zaczął. Zwłaszcza, że w okresie posuchy zawsze pozostałaby półprzymknięta książka (bonus: wiedziałby, gdzie skończył; antybonus: trudno by było wrócić do poprzednich stron).

Krisznamurti powiedział kiedyś: „Człowiek jest samotny jak ogień, jak kwiat, ale nie zdaje sobie sprawy z ogromu i nieskazitelności tego stanu”. Dziś dowiedziałem się, że zapewne odnajduję w sobie Krisznamurtiego. Mam nadzieję, że okaże się sympatyczny.

Wpis zainspirowany promieniem z kosmosu, który trafił mnie dziś wielokrotnie (z częstotliwością większą niż u pewnego kozła, który materializował się w Acapulco).