theyellowbook blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: ars

    Są recenzje dobre, są recenzje złe. Jest także dno. A jeżeli ktoś woli metaforykę sprośności bądź świństwa: koryto. Tym razem podzielę się tekstem, który już jakiś czas temu sprawił mi wiele radości, ale z różnych przyczyn nie mogłem się nim za bardzo chwalić (choć to słowo na wyrost, bo w zasadzie nie ma czym). A mianowicie chodzi o recenzję wystawy Grzegorza Sztabińskiego Wędrujące obrazy, którą napisała Ewa Bromberkowska, podówczas studentka, a obecnie absolwentka łódzkiej historii sztuki i doktorantka PAN (sic!).

    Postaram się jak najmniej odwoływać się do samej autorki, bo to ani miłe ani profesjonalne. Ale nie znajduję żadnej taryfy ulgowej dla samej recenzji od momentu, gdy zostaje ona upubliczniona (zwłaszcza, że o ile dobrze pamiętam, była zamieszczona na jeszcze jednej stronie internetowej. Część tekstu zacytuję tutaj, na
    wypadek, gdyby przywołana wersja także gdzieś zaginęła. Wbrew
    językowej przyzwoitości, zachowuję oryginalną pisownię).

    Przyznaję, że tekst stał się źródłem nieśmiertelnych cytatów, co przy odrobinie dystansu i entuzjazmu można policzyć mu na plus. Choćby sam początek:

    Grzegorz Sztabiński w studio nie nagrywa nowej płyty solowej z pseudo-kolędami i piosenkami świątecznymi, jak mają w zwyczaju ci, którzy zwykle siedzą w studio w okresie świątecznym.. „Składanka”, którą przygotował dla swoich wielbicieli, to bardziej uczta intelektualna przyprawiona o niecodzienne doznanie wzrokowe.

    Ciekawe, jak czuł się sam artysta, kiedy dowiedział się, o co autorka mogłaby go posądzić i jaką opinię dementuje. Internauci zapewne spytaliby się „WTF?”, krytycy sztuki zaś zastanowili, czy w dobrym guście jest mieszanie porządków galerii i dyskoteki w remizie. Autorka nie miała tego typu wątpliwości, dzięki czemu powstała reszta tekstu (czy zwróciliście uwagę na wymowne słowo „wielbicieli”?):

    Artysta nie ubrał się w czerwony strój Mikołaja, ale zaprezentował pokaz o wiele bardziej niebywały.

    Och, żeby nie było nieporozumień, w roku zorganizowania wystawy (2005) artysta miał 57 lat. Mimo to:

    Nie tańczy, nie śpiewa, ale w niezwykle wysublimowany sposób dociera do wnętrza nawet najbardziej opornych odbiorców posługując się środkami wyciszonymi, lecz wyjątkowo wymownymi. Jego milcząca muzyka brzmi w duszy tych, którzy doświadczyli tego pokazu tak, jak nieruchome pozornie obrazy wędrują w przestrzeni galerii.

    Autorka popisała się wyczuciem świątecznej konwencji. Melodyjny początek chciałoby się pociągnąć na notę jakiejś znanej pseudo–kolędy: „Nie tańczy, nie śpiewa, nie wspina się na drzewa”. Retoryka żenującego banału (odpowiadająca temu, czym wystawa nie była) została zestawiona z tryumfującą retoryką nieznośnej egzaltacji (która najwyraźniej należy opisywać, czym wystawa jest). Opisanie, jak sztuka ta jest wysublimowana, poruszająca najgłębsze struny w duszach omdlałych z zachwytu widzów jest jedynie mdlące i wywołuje niepokojące ruchy płynów głęboko w żołądku. Ale żeby nadmiar poezji nie zabił ogólnego efektu, odwołanie do doświadczenia odbiorców–konsumentów powraca w wielkim stylu:

    Pod warszawską megachoinką, w dzień trochę przerażającą, artysta Grzegorz Sztabiński zostawił prezent wszystkim miłośnikom sztuki nie tylko geometrycznej. 12.12.2005 przerwał czas przedświątecznej krzątaniny otwierając wystawę „Wędrujące obrazy” – idealny odpoczynek dla zmęczonych zakupami oczu i zapomnianego umysłu.

    Autorce udało się tu odwołać do: a) doświadczenia ogólnoludzkiego (bo każdy jakoś się przed świętami krząta, więc czemu nie miałby się chwilkę pokrzątać w galerii); b) doświadczenia osobistego (przebijająca się przez tekst trauma spowodowana widokiem warszawskich megachoinek); c) myślenia abstrakcyjnego (osób, które będą się zastanawiać, czym jest zapomniany umysł. Ale i tak go nie znajdą — bo zapomniały). Zanim ktoś zdąży otrząsnąć się z szoku, język rodem z super ekspresowej prasy o faktach powraca:

    Nie harcuje tutaj wciskający dzieciom cukierki dziadek Mikołaj z bandą elfów i nadgorliwych sprzedawców. To oaza ładu i składu, ciszy i spokoju, ulga dla oczu i wyzwanie dla umysłu. Warto wybrać się do stolicy by odwiedzić tą wystawę.

    I znów, kiedy internauci zakrzykną „OMG!”, krytycy zaczną się zastanawiać, czy aby na pewno chadzają na te same wystawy, co autorka. Oddechu jednak nie będzie! Bo oto nadchodzi zmyślna próbka wykorzystania z inwencją języka:

    Szanowne obrazy przybyły tutaj z Łodzi, aby zawisnąć na szanownych ścianach i rozciągnąć się po szanownych podłogach. Szanowni zwiedzający, po przybyciu do galerii wspinają się po budzących respekt szanownych, marmurowych schodach, które wspaniale budują szanowne napięcie przed nadchodzącym silnym przeżyciem estetycznym (i równie silnym przeżyciem intelektualnym). Przedświąteczne wędrówki szanownie przerwane zostały na moment pokazem wędrujących obrazów, które wcale nie wędrują.

    Moje kwiczące wyczucie słowa i estetyki z kwikiem waliło głową w ścianę i kwiląc rozciągnęło się na podłodze. Tej kwiecistej wypowiedzi nie skwituję, bo język z kwikiem odwalił kitę. Lektura tekstu już na tym etapie jest silnym przeżyciem estetycznym i intelektualnym, choć należałoby mówić nie o zasłudze, a o winie. Niestety:

    W dobie powszechnej technicyzacji taki tytuł sugeruje raczej ekspozycję jakiegoś kolejnego, rządnego sławy pomyleńca, który dzięki przeróżnym elektronicznym zabiegom wprawia płótna w fizyczny ruch. Dzięki Bogu (lub ogólnie pojętej Opatrzności) Grzegorz Sztabiński nie urządził swoim odbiorcom rewii na ścianie i zachował zdrowy rozsądek przeciwstawiając się technologii pożerającej każdy milimetr ludzkiej codzienności.

    Znów, wczuwam się w skórę artysty, który czyta takie rzeczy na swój temat. Tego naprawdę nie skomentuję.

    Grzegorz Sztabiński stworzył w przestrzeni galerii salę egzaminacyjną. Zwiedzających powinno się wpuszczać pojedynczo lub dwójkami tak, aby w ciszy i spokoju mogli doświadczyć intelektualnego oświecenia. Tym razem jednak nie Profesor a jego dzieła stawiają pytania.. często udowadniające widzowi jego niewiedzę.

    Hmm… Czy to coś komuś przypomina? Dlaczego nagle zamiast słowa „artysta” pojawia się „Profesor? Czy przypadkiem nie jest on jednocześnie profesorem, wykładającym na historii sztuki, ewentualnie szefem katedry? Czy jest tu wyczuwalna jakaś mgiełka aluzji? Dlaczego recenzentka robi wybieg w kierunku egzaminu, tego jak się odbywa i sugeruje, że jest to wydarzenie prawie erotyczne. Bo przy takiej dawce lukru i pachnącego lubrykantu należałoby już mówić o niesmacznym, upublicznionym uwodzeniu. A to „udowadnianie niewiedzy” wywołuje obraz uczennicy w zbyt kusej spódniczce, która informuje nauczyciela, że chciałaby zaliczyć egzamin ustnie. Brr…

    Po tym szokującym wstępie następuje kulejący opis wystawy, który stawia raczej nie na wartość poznawczą, tylko na poślizgową. Niemniej na jego podstawie (wyłaczając opinie recenzentki jako jawnie stronnicze i mające mało wspólnego z wystawą, a całkiem sporo ze wszystkim innym) można wyrobić sobie zdanie o samym wydarzeniu. Po tej krótkiej przerwie wracamy do tekstu, który zmierza już ku zakończeniu:

    Obrazy Grzegorza Sztabińskiego wędrują. I nie musi ich wcale artysta nosić na plecach.

    Widzicie to? Człap, człap, człap…

    Wędrują wzdłuż ścian ekspozycji, przeplatają się, łączą, wpływają na siebie. A swoją drogą, cóż innego mogły by robić te obrazy? Przecież życie jest drogą, wędrówką, ciągłym przemieszczaniem. Kiedy oglądamy wędrującą wystawę stajemy na moment w miejscu, aby później obejrzane prace wędrować mogły w naszych umysłach.

    A to z kolei jest taka słowna słoma, którą recenzent upycha przestrzeń swojej wypowiedzi, gdy uświadamia sobie, że w istocie nie ma nic do powiedzenia (analogicznie do krytyczki, która wypowiadając się o wspomnianej wystawie Ti tabu dibu daj naplotła wyssanych z palca bzdur o kościołach i świętych atmosferach). Mi się to kojarzy z dziecięcym gaworzeniem, składaniem bliskoznacznych lub spokrewnionych słów w kolejne zdania, memłane na wszystkie strony. Ale zaraz po tym następuje ostateczny, powalający strzał, ostateczna penetracja:

    Prace Grzegorza Sztabińskiego zajmują miejsce w pamięci każdego widza – brawo za wypełnienie kategorii doniosłości! Są wyzwaniem intelektualnym i równocześnie silnym przeżyciem estetycznym. Nie przeczę jednak, że do odbioru tych obrazów wiedza, wyczucie i zdolność analizowania są niezbędne. A czy taki odbiór będzie prawidłowy? Nie wiem. Wiem tylko jaką kolejną wystawę planuje Grzegorz Sztabiński.

    Gdzie jest ręcznik? Gdzie jest ręcznik?!!

    Wiem – ale nie powiem.. Tak jak on sam robi ukrywając swoje obrazy i serwując nam zabawę w „dwa światy” – ukryty i dostrzegalny (.. dobrze, że nie w Bar Europa).

    Wreszcie! I w tym zdaniu autorka się ostatecznie zdradziła. Oto świat jej wyobraźni, przestrzeń, w której poruszają się nawet rozważania o sztuce. Jak to czytam uszy mi spadają. Uszy spadają i tipsy lecą. Koniu w ogóle grzywa linii się i w ogóle róg się złamał, jak czytałem.

    P.S. Mała prywata. Jak sądzicie, u kogo recenzentka pisała pracę magisterską?

    Wspomniany przeze mnie w poprzednim wpisie „kryzys sztuki” jest moim zdaniem nowym mitem naszej kultury (mitem w ujęciu Barthesa, czyli opowieścią fałszującą lub re–kreującą rzeczywistość). Jak już zasugerowałem, jego funkcjonowanie jest spowodowane dwoma czynnikami. Jeden jest oczywistą konsekwencją następowania nowych czasów, które bywają ciężkie do uniesienia dla osób zanurzonych w kategoriach przeszłości. Niektórzy nie radzą sobie z nowymi postulatami kultury i krytykują je, negują i próbują przywrócić to, do czego sami byli przyzwyczajeni. Drugi czynnik to instytucja w interesie której jest to, żeby krytyka się chwiała, czyli rynek sztuki.

    Dzieła sztuki to inna forma pieniądza, sponsorowanie artystów, galerii i branie udziału w aukcjach jest dobrą formą inwestycji. I choć mamy wspaniałych marszandów sztuki, to nie ma co się oszukiwać, pan Włodek od produkcji guzików też będzie chciał mieć „takie ładne, kolorowe kwiaty w wazonie” na ścianie. Bo sztuka (oraz „sztuka”) to także znak statusu (bądź „statusu”). Zatem w największym interesie ludzi sztuki jest promowanie jak najliczniejszych dzieł, wynajdywanie twórców, którzy za kilka lat będą się świetnie sprzedawać, wystawiać ich, zachwalać, opakowywać i wciskać w ręce ludziom, którzy i tak mają za dużo pieniędzy.

    Jaki tego efekt? Zbyt poważna krytyka może być niebezpieczna. Znawca rozpozna miernotę, pokaże grube nici, którymi zszywane są śmieszne płócienka, jednym komentarzem zdemaskuje pustkę ziejącą za butną miną, apaszką i grubymi okularami pana artysty. Wspomnijmy wielkie nazwiska modernizmu i awangardy. Byli wśród nich literaci, filozofowie, genialni matematycy. Ludzie, których listy i zapiski drukowane są w licznych tomach, a na ich podstawie budowano teorie i programy artystyczne. I choć sami otaczali się uczniami, nie wszyscy odbierali klasyczne wykształcenie, a wielu zrywało ze swoimi mistrzami. A teraz mamy taką sytuację, że aby zaistnieć w świecie sztuki, już w trakcie studiowania na ASP trzeba wyrobić sobie imię. Tyle, że uczelnia może zapewnić tylko dobry warsztat, nie sprawi, że dana osoba naprawdę będzie miała cokolwiek do powiedzenia.

    A teraz konkretny przykład. Wystawa Rafała Jakubowicza pt. Ti tabu dibu daj w łódzkim Atlasie Sztuki (otwarcie 7. IX. 2007 r.). Jedna z tych wystaw, których nie znoszę, które mogę przejrzeć na wskroś po obejrzeniu zdjęć. Oto one:



    Pierwsze zdjęcie, czyli sala na lewo od wejścia do galerii. Wszystko w bieli. Na podłodze leży biała piłka. Na ścianie namalowana na płótnie plansza od kosza.
    To wszystko.
    Zdjęcie drugie, przedstawia salę po prawej. Ciąg luster na jednej ścianie, na podłodze steppery z wikliny.
    To wszystko.
    Przyznaję się, nie poszedłem na tę wystawę, szkoda mi było czasu. I byłaby mi zupełnie obojętna, gdybym nie zobaczył w telewizji regionalnej programu o wernisażu. Wypowiedzieli się: Artysta, Wykładowca Akademicki (tu: w roli krytyka z Atlasa) oraz pani Krytyczka Artystyczna. Zaczyna się cyrk.

    Akt I: Dziennikarz wydusza komentarz z Artysty.

    D: Co chciał pan powiedzieć w swojej instalacji?
    A: No… Ja odwołuję się do… Holocaustu… No i tego…

    Tutaj następuje desperacka próba wyciągnięcia z Artysty czegokolwiek. On zaś powoli osuwa się w sobie tylko znany wymiar, okulary zachodzą mgłą.

    D: A czy pan w ogóle lubi sport?
    A: Nie.

    I na tej żałosnej, nieusuniętej przez redaktora wymianie zdań rozmowa utknęła i się skończyła. Od tego momentu przyglądałem się uważniej programowi.

    Akt II: Wykładowca wypowiada się o wystawie.

    W: Artysta jest bardzo skromny i małomówny. To powoduje, że jego wypowiedź jest powściągliwa, stara się mówić niewiele…

    …a błysk w oku mówiącego świadczy, że Artysta w zasadzie nie powiedział nic. Doskonale utrzymana poważna twarz sprawiła zapewne, że niewielu widzów wyczuło ironię.

    W końcu nadszedł czas na wypowiedź, która wzburzyła mi krew w żyłach i spowodowała, że miałem ochotę napisać do Atlasa Sztuki, że rozumiem ambicje galerii, ale pewnych nadużyć nie wypada popełniać.

    Akt III: Pani Krytyczka Artystyczna rusza do ataku.

    Pani Krytyczka wypowiada się wystudiowanym głosem doświadczonej pensjonarki. Dokładnie takim, jakiego wypada używać mówiąc o sztuce do niewyrobionego artystycznie głupiątka z rozdziawioną gębą — czyli spokojnie, z namysłem, ciepło i cierpliwie.

    K: W tej sali widzimy takie wiklinowe steppery, które wyglądają jak klęczniki. I faktycznie w tym pomieszczaniu jest taka atmosfera skupienia jak w kościele.

    Mówiła to bez mrugnięcia okiem, wyraźnie się nakręcając. Osobiście mam głębsze przeżycia i przemyślenia jedząc jajko na miękko. Pani Krytyczka, nieczuła na moje niepomierne zdumienie, ciągnęła:

    K: Druga sala zaś jest cała biała. Ta niezwykła biel wycisza.

    No niezwykłe! Bo zazwyczaj galerie malowane są na fioletowo!

    K: Panuje tam tak napięta i pełna nabożeństwa atmosfera, że ludzie starają się jej nie zakłócić i gromadzą się w pierwszym pomieszczeniu.

    Czyżby ta prostoduszna istota nie zauważyła, że tam po prostu nie było co oglądać? Sherlock Holmes w spódnicy wykazał wszystkie konteksty, ukryte przed zezowatymi oczami profanów i nadał wystawię rangę drugiej Sykstyny.

    Wystawa była, krótko mówiąc, żenująca i tak właśnie wypadałoby ją określić. Odwołanie do Holocaustu traktuję jak gorzką kpinę — szkoda, że nikt nie postawił artysty w sytuacji, żeby mógł się wytłumaczyć z tego nadużycia. Ale nikt nie zrobi takiego faux pas przed milionami, wypada się mizdrzyć i sypać lukrowymi płatkami, żeby media chciały nas pokazywać/publikować. Nasza krytyka ma kryzys? Nie do końca, zapewne większość ludzi zebranych na wernisażu miało odczucia podobne do moich (pozostałym entuzjastom współczuję smaku — albo zazdroszczę szóstego zmysłu). Tyle, że nikt nie wyraził swoich spostrzeżeń głośno, tylko w kuluarach, w gronie znajomych.

    Teraz można by się zastanowić, czy przypadkiem nie brakuje nam po prostu miejsc do dyskusji i publikowania swoich różnych refleksji. Wiadomo, że część pism sponsorowana jest przez galerie, więc pilnuje języka. Inne zaś (np. dzienniki) mają i tak mnóstwo materiałów, każdy konar tekstu jest na wagę złota — zła wystawa dostanie prawdopodobnie zdawkową recenzję, a najprawdopodobniej jedynie suchą relację lub małe nic. Alternatywą są pisma niszowe, wydawane przez entuzjastów, grupy artystyczne czy studentów — ale te cierpią na problemy finansowe, a najprostsze źródła sponsoringu są jednocześnie tymi, które narzucają konkretny ton pisaniu. Ostatnią być może deską ratunku jest wypowiadanie się w internecie, który niesie ryzyko, że anonimowy ktokolwiek będzie się wypowiadał jakkolwiek o czymkolwiek. Ryzyko spore, zalew miernotą, banałem i spamem jest ogromny. Ale w końcu żyjemy w epoce odpowiedzialności, więc wybrałem między innymi i tę drogę, decydując się pisać do The Yellow Book.

    _____________
    ♠ Rafał Jakubowicz, ti tabu dibu daj, Galeria Atlas Sztuki, 7. IX. 2007 r.–14. X. 2007 r.

    „Krytyka artystyczna przechodzi kryzys” — to znamienite zdanie jest powtarzane z lubością przez akademików, artystów i samych krytyków. Zdanie to ma wiele wariacji, w miejsce „krytyki” można wstawić np. „kulturę”, „sztukę” czy „etykę”. Czasami dodaje się przymiotnik „polska”. Co ciekawe, jedne zajęcia akademickie poświęcone krytyce zostały mniej–więcej tak właśnie skonkludowane na ostatnim spotkaniu. Cały rok poznawania koncepcji, nurtów myślowych, perspektyw po to tylko, żeby wysadzić to w powietrze bombą „relatywizmu” i z bezmyślną mina machać nogami, siedząc na ostygłych zgliszczach.

    To dla mnie ciekawy ewenement, że całą refleksję, jaką ludzie wynoszą z postmodernizmu to beznadziejne utyskiwanie na upadek Wielkich Narracji, kategorii Prawdy, Piękna i Dobra. Ale jakoś umyka im fakt, że w mediach mamy hiperestetyzację, wciąż powstają teksty dobre i nęcące do snucia przemyśleń. Nie, kategorie upadły — jedyną alternatywą jest tkwienie w modernistycznych rojeniach o rzeczywistości. Dziwi mnie, że nikt nie pyta o to, jaka to kategoria prawdy, jakie piękno, itd. A sądzę, że w tym właśnie tkwi sedno sprawy.

    Moim zdaniem myślenie postmodernistyczne to przede wszystkim myślenie o świecie w kategoriach odpowiedzialności. W szerokim odbiorze dostrzega się przede wszystkim wątek zdejmowania odpowiedzialności, czyli tego, jak jesteśmy manipulowani przez media, władzę wzroku, cybernetykę przestrzeni wirtualnych (za takie uważam np. narracje witryn sklepowych, reklam i przeróżnych instalacji w supermarketach). Nie ma już piękna, jest moda, zamiast prawdy karmimy się opiniami i newsami, dobro to już li tylko skuteczność bądź dobrobyt (swoją drogą, ciekawa gra słów z „dobro–byt”).

    Mnie z kolei najbardziej interesuje drugie oblicze tego dyskursu. To, że w istocie jesteśmy zmuszani do brania odpowiedzialności za swoje wybory, gdyż nie jesteśmy już w stanie powołać się na jakąś wyższą instancję, uznany system, która by sankcjonowała nasze akcje. To wszystko „już upadło”, więc albo trzeba podjąć wysiłek „wytłumaczenia się”, albo można oddać się w ręce zarządców, którzy zaopiekują się zmysłami, opiniami i kontem bankowym. Wszak demokracja zapewnia prawo do zrezygnowania z wolności. Ale
    czy warto?

    Oczywiście postuluję pierwszą propozycję. Wiem, że jest trudniejsza, wymaga pogłębiania wiedzy i poszerzania horyzontów. Wymaga postawy aktywnej, gdyż wszystkie wyznawane przez siebie wartości cały czas trzeba negocjować ze światem, który stawia opór na drodze do samodoskonalenia się. To droga przez labirynt: optymistycznie zakłada się, że istnieje jakiś ukryty cel, ale w danym momencie jest się skazanym na błądzenie. Za towarzyszy ma się jedynie własną Intuicję, Rozum i Rozsądek, a związek z nimi nie zawsze jest łatwy i pozbawiony podejrzeń oraz zdrad. Ale tylko na tej drodze, w wiecznym mroku i bez jakiejkolwiek pewności można mieć swoje własne, wypracowane i dojrzałe kategorie rzeczywistości.

    P.S. Do środka labiryntu wchodzi się przez Śmierć. Wnioski są oczywiste.
    P.P.S. Ciemności nie są złe(m), to w nich można dostrzec Blask.


    • RSS