theyellowbook blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: film

    Ostatnio dużo — i to dużo dobrego — się mówi o filmie Batman: Dark Knight. Nie powiem, że się temu dziwiłem, a już od wczoraj sam mam ochotę zabrać głos. Nie będę powtarzał peanów, jakie są rozgłaszane wszem i wobec w kolejnych recenzjach. Nie zamierzam wystawiać kolejnej noty 9,5/10 ani zgłaszać Heatha Ledgera do pośmiertnej nominacji do Oscara. Po prostu, zgadzam się z tymi wszystkimi opiniami i podpisuję pod każdą z osobna. Postanowiłem podzielić się kilkoma spostrzeżeniami, które uważam za nieco bardziej osobiste. No, może prócz jednego, które chyba ma charakter prawie ogólnoludzki, a od którego zacznę.

    Maggie Gyllenhaal, która przypomina poczciwą panią weterynarz, nie powinna się pojawić w tym filmie w innej roli niż statystka (najlepiej taka z gumową maską na głowie i sklejonymi rękami. Choć mogłaby mieć problemy z odegraniem trzęsienia się). Dramat! Nie wiem, czy to spojrzenie spaniela na nieco obrzmiałej twarzy było wystudiowane. Być może tak, bo repertuar min w stylu Księżniczki Lei, przypominającej sobie przepis na barszcz, opanowała w 100%. Jako jedyny.

    Rozumiem, że twórcy nie chcieli kolejnej plastikowej durnostojki u boku Batmana, ale pójście w konwencję holenderskiej mleczarki było przegięciem w drugą stronę. Dziewczyna nie potrafiła zagrać ani zakochania, ani desperacji, ani strachu. W łapach Jokera z nożem praktycznie wsadzonym do ust powinna przynajmniej drżeć, jeżeli nie płakać, ślinić się, kapać z nosa i dać upust pęcherzowi. Niestety, filmowa „Szpachel” zachowała zimną krew, jakby właśnie opuściła gabinet psychoterapeutki.

    Ale dość o niej, kto widział, ten wie co mam na myśli. A teraz garść innych spostrzeżeń i refleksji:

    1. Joker — przetłuszczony, śliniący się, ciamkający, był doskonały. Ech, to chyba też wiedzą wszyscy, ale nie sposób o tym nie wspomnieć..

    2. Scenariusz był wspaniały. W zasadzie składał się z trzech nowelek połączonych w jedną, spójną całość. W kilku momentach czułem, że zbliża się jakiś punkt kulminacyjny i było mi przykro, że film zaraz się skończy. A nie skończył. Po seansie poczułem się naprawdę dobrze… nakarmiony.

    3. Sceny akcji były świetne. Pomijając świetne zdjęcia i szybki montaż, uwagę przyciągały naprawdę błyskotliwe pomysły na aranżacje kolejnych pościgów czy akcji w wieżowcach.

    4. Skoro już poruszyłem kwestie architektury: Gotham było mało „Gotham” (to wczoraj ustalaliśmy z Soffi). Zabrakło choćby najdrobniejszego akcentu gotykpunkowego. A przecież między wieżowce można było wcisnąć mała katedrę. Albo „zaostrzyć” kilka zbyt płaskich dachów wieżowców. Skoro miasto jest lustrzanym odbiciem samego Batmana, jakiś mroczny akcent powinien się był pojawić. Jedyna prawdziwie gothamska scena to była defilada na wąskiej ulicy między nachylającymi się ku niej kamienicami.

    5. Moim zdaniem najmocniejszą scena filmu był dramat dwóch statków. Uważam, że była to mocna i gorzka aluzja wobec polityki Georga Busha:
    — pokazała, że demokracja jest formą zawoalowanej dyktatury. Ludzie wybierają, ale to ktoś im mówi, spośród czego;
    — wskazała, że w sercu samej demokracji też drzemie rozkład. Ludzie nie są dobrzy (nie z natury, ale z wyboru) i podejmują okrutne decyzje. Jako masa nie powstrzymają się przed wykluczeniem czy rytem ofiarniczym. Nierozwiązana pozostaje tylko kwestia odpowiedzialności. To, że kluczyk w detonatorze był jeden, uratowało ludziom życie. Gdyby dało się użyć go zbiorowo, tłum nie miałby z tym problemów (stąd np. rytuały kamienowania, w których uczestniczy cała zbiorowość);
    — pierwszą naprawdę moralną osobą w tej sytuacji okazał się więzień — uważam, że jego pomarańczowy strój, przywodzący na myśl Guantanamo, nie był wybrany przypadkowo. Nawet Amerykanie kojarzą kolor strojów niepokornych więźniów z tym więzieniem — wystarczy wspomnieć akcję Banksy’ego w Disneylandzie.

    6. Batman i Joker zostali zestawieni fenomenalnie, a jednocześnie inaczej niż to dyktuje tradycja. Wcześniej Joker był dokładnym odbiciem Batmana, obaj pogrążeni byli w szaleństwie. Różnica polegała na tym, że jeden się mu poddawał, a drugi dokonywał freudowskiego wyparcia, kanalizując energie na czynienie sprawiedliwości.

    W Dark Knight ta kwestia się zmieniła. Nie do końca nawet jest tak, że zgodnie z mitologicznym schematem jeden uosabia Porządek, a drugi Chaos. To coś więcej. Joker świetnie zdiagnozował sytuację. Porządkiem było społeczeństwo, czyli gromada ludzi wraz z ich zarządcami i instytucjami. Porządek jest wbrew pozorom siłą dynamiczną, nie znoszącą zbytniej stabilizacji. Cały system społeczny może się przewrócić do góry nogami pod wpływem katastrof i rewolucji, ale Ład znów zapanuje, dostosuje się do nowych okoliczności. Po raz kolejny zdefiniuje swoje Centrum, nałoży stygmaty na Peryferia i zmarginalizuje je, wyprze albo złoży w ofierze w imię Świętego Spokoju.

    Na tym marginesie są właśnie dwaj dziwacy, dwa wyrzutki, dwa freaki. Joker znów błyskotliwie nazwał ich relację w pięknej sentencji: This is what happens when an unstoppable force meets an immovable object. Joker jest chaosem — Batman jest Constans. Tym, co nie może się zmienić niezależnie od jakichkolwiek czynników zewnętrznych. Porządek zaś działa pomiędzy oraz poza nimi, to na zmianę zmieniająca się i krzepnąca magma.

    Nie spodziewałem się, ze Mroczny Rycerz da mi tyle do myślenia ani że popchnie refleksje w tę stronę. Jestem bardzo ciekaw, kto będzie kolejnym przeciwnikiem Batmana (bo z Jokera pewnie na razie zrezygnują) i czy ich relacja zostanie sproblematyzowana na równie zaskakującym, wysokim poziomie.

    Przed udaniem się na film Sierociniec (reż. Juan Antonio Bayona, 2007) jak zwykle unikałem jego recenzji. Mam tak od czasów japońskiego Ringu, który sobie zaspoilowałem, czytając krótką notę w „Gazecie Wyborczej”. Do kina poszedłem z informacjami, że film ma wymiar katartyczny oraz że posiada morał. Brzmiało naiwnie, ciut nieprawdopodobnie. Nie obawiałem się głupawej „bajeczki z przesłaniem”, bo wiedziałem, że jest straszny i że markuje go Guillermo del Toro — scenarzysta i reżyser świetnego Labiryntu fauna.

    Polecam recenzję autorstwa Huberta Spali w dziale filmowym Poltergeista. Uważam ją za bardzo zgrabnie napisaną i pokazująca najważniejsze aspekty filmu bez zdradzania fabuły. Tym, który nie widzieli Sierocińca, a mają nadzieję jeszcze go zobaczyć, proponuje poprzestać na tej recenzji. Ja pozwolę sobie na kilka spoilerów, gdyż chciałbym trochę szerzej skomentować dzieło Bayona.

    Film opowiada historię Laury, która przeprowadza się z mężem i synkiem do starego domu, który kiedyś był sierocińcem, gdzie sama spędziła dzieciństwo. Teraz, mając pełną i szczęśliwą rodzinę, postanawia założyć rodzinny dom dziecka dla upośledzonych sierot i kontynuować chlubną historię miejsca. Niestety, nie wszystko jest tak, jak być powinno. Przede wszystkim syn bohaterki jest adoptowany, a w dodatku śmiertelnie chory, co rodzice skrzętnie przed nim ukrywają. Po drugie, sam dom napiętnowany jest mroczną historią, której echa powracają po latach.

    Pewnego dnia po kłótni z mamą mały Simon znika. Zaczynają się trwające miesiącami poszukiwania, w trakcie których główna bohaterka doświadcza rzeczy, które zdają się być na granicy jawy i snu, przerażającej rzeczywistości i szaleństwa. Poznaje historię dzieci, które mieszkały niegdyś w sierocińcu. Dowiaduje się o małym Thomasie, synu jednej z pracownic, który miał zdeformowaną twarz. Matka wstydząc się jego wyglądu, kazała mu nosić na głowie worek–maskę i ukrywała go w domu. Pozostałe dzieci, które również były ułomne na rożne sposoby — niewidome, bez kończyn, głuche — wytykały Thomasa palcami, doprowadzając niezamierzenie do tragedii i śmierci chłopca. Dalsze konsekwencje były jeszcze bardziej dramatyczne.

    Historia dzieci jest tłem dla wydarzeń z czasów głównej bohaterki. Musi ona przejść całą drogę przez przeszłość, aby odzyskać syna. Największą siłę oddziaływania ma niesamowite napięcie i budowanie nastroju lęku, a także świadoma gra najbardziej klasycznymi chwytami i motywami kina grozy: od dynamicznych ujęć, zbliżeń, wydłużonych perspektyw, poprzez narastająca muzykę zapowiadającą wydarzenia, aż po obrazy starego domostwa, opuszczonej latarni morskiej, skrzypiących ścian budynku czy zamaskowanego dziecka. należy jednak docenić także grę z baśniowością, która nie jest sugerowana wprost (jak w Labiryncie fauna) ale poprzez pojedyncze motywy: pakt z „duchami”, podjęcie gry, magiczne życzenie spełnione w typowy, „elfi” sposób.

    Jednak to, co stanowi największą wartość filmu jest poza dialogiem z tradycją filmów grozy czy baśniowością. Sierociniec jest poniekąd krytyką samych horrorów, czy też sposobów myślenia o świecie, jakie są w nich prezentowane. Oto mamy sytuację: jest grupa dzieci, każde z nich inną „ułomnością”. Thomas o zdeformowanej twarzy mógłby być jednym z nich, tak samo inny, a więc tak samo normalny. Jednak uprzedzenia matki spowodowały, że został naznaczony. Głupi worek, symbol wstydu i niepogodzenia kobiety z jej losem, a nie jej faktycznej skazy u dziecka, zaistniał jako stygmat. To on stworzył Thomasa dziwakiem i pociągnął szereg tragicznych konsekwencji. Postawione zostaje pytanie o przyczynę tragedii. już w filmie zostało powiedziane, że dzieci były niewinne, nie rozumiały konsekwencji, jakie mogła mieć ich okrutna zabawa. Wskazanie na matkę pozostało w sferze niedopowiedzeń, ale jest niezwykle mocne i poruszające.

    Renarracja motywu kozła ofiarnego, jaka została podjęta w Sierocińcu zasługuje na szczególną uwagę. Pod warstwą dreszczowca (grubą i przekonującą) snuta jest druga opowieść, krytykująca krzywdzące praktyki ludzi, głupie mechanizmy obronne przed niezrozumiałym, których opłakane konsekwencje ponoszą inni. Przejmująca jest scena, w której grupka sierot siada by posłuchać bajki. Wśród nich jest także mały Thomas, który zdjął z głowy hańbiącą maskę. Owszem, jego twarz nie jest ładna, ale jest on po prostu małym chłopcem słuchającym opowieści, a nie monstrum z opowieści grozy. Dzieci nie są potworami, to dorośli je takimi tworzą♠♠.

    _____________
    ♠ Nota brzmiała mniej–więcej tak: „ple ple kaseta ple dziewczynka wychodzi ple. Ostatnich kilka minut jest prawdziwym wyścigiem z czasem”. Przez cały seans, dokładnie opisany w tych kilku zdaniach czekałem na wydarzenie przełomowy moment, który miał otworzyć tę zaskakująca część filmu. Niestety. Problem w tym, że to faktycznie było kilka ostatnich minut. A może nawet krócej. Bo to, czego oczekiwałem nigdy nie nastąpiło, sam wyścig z czasem był pokazywany pod napisami końcowymi. Takie rzeczy powinno się karać.
    ♠♠ Sierocniec można więc odczytać jako próbę rehabilitacji tych dziesiątków dziecięcych czupiradeł, które skolonizowały ogromną część horrorów, straszących ostatnio z ekranów kin.

    Mądre przysłowie mówi: Okazja czyni złodzieja. Czyni ludzi także kilkoma innymi osobami. Na przykład: oglądaczami filmów grozy. Jakiś czas temu stwierdziłem, że nie obejrzę filmu Piła (reż. James Wan, 2004 r.), gdyż odrzuca mnie ideowo i moralnie. Ohydne plakaty — oczywiście w sposób zamierzony i jakże skuteczny — epatując z miejskich billboardów, w przestrzeni publicznej, użytkowanej przez ludzi o rozmaitej wrażliwości (w tym dzieci, które chłoną reklamy jak gąbka), wykreśliły definitywnie ten tytuł z listy filmów, które zamierzałem obejrzeć. W międzyczasie usłyszałem kilka informacji na jego temat, które z jednej strony mnie odepchnęły, ale z drugiej zasiały ziarno ciekawości. Tymczasem sam film wpadł mi w ręce, a że miałem chwilę czasu, poddałem się pokusie i obejrzałem go.

    Nie będę robił reklamy ani anty–reklamy Pile, bo i nie ma po co. Film zawierał wszystkie elementy, których się spodziewałem: bezsensowną przemoc, epatowanie okrucieństwem, poniżanie człowieczeństwa oraz cielesności, patologiczne i nie akceptowalne z punktu widzenia widza motywacje antagonisty. Pomysł karygodny. Jednocześnie rozczarował mnie, bo spodziewałem się, że dokona masakry na mojej psychice i byłem gotów w każdej chwili go wyłączyć. Tymczasem klapa, skoro udało mi się do niego zdystansować na tyle, żeby wyobrażać sobie jak ta wszystkie wygibasy musiały smutno wyglądać na planie filmowym, a jeśli wszedłem w świat wykreowany, to czułem jedynie współczucie. Sam fakt obejrzenia filmu zainspirował po raz któryż moje rozważania, po co ludzie oglądają filmy grozy? Co więcej, dlaczego niekiedy je lubią?

    Z punktu widzenia etyki uważam, że horrory są godne potępienia. Bazują na pierwotnych lękach, odwołują się do prywatnych bądź zbiorowych urazów, grają nimi niemiłosiernie i w sposób niekontrolowany. Coraz częściej proponowane są nam horrory i thrillery bez happy endu (inna rzecz, czy wcześniej na pewno takowy miały), co dyskwalifikuje patrzenia na nie w kontekście katharsis, oczyszczenia emocji, niepokojów, stresów. W zasadzie bilans jawi się jako obliczony na niekorzyść widza. Wciąż jednak niezmiennie ludzie udają się na filmy tego gatunku, czy to do kina, czy do wypożyczalni DVD. I szczerze mówiąc, nie widzę tutaj jednej odpowiedzi na żadne z pytań, które można tu postawić. Próba dojścia do jakichś rozsądnych wniosków jawi mi się jako cały dialog, który od pewnego momentu prowadzi do nikąd albo kończy się postawieniem pytania do psychologów, którzy badają to zjawisko.

    Psychomachia między Angelusem a Diabolusem
    o duszycę audiowizualyjów oglądacza

    Dramatis personae: Angelus, Diabolus, Psychologus.

    Angelus: Jądrem ludzkiego lęku jest nieustający strach przed śmiercią. Oglądanie filmów, które go aktywują, wyzwala to, co człowieka najbardziej boli. Nic nie jest w stanie ukoić tego lęku, rozdrapywanie go jest wątpliwe moralnie. Film grozy jest rodzajem rozrywki, tymczasem dokonuje czegoś, co nie należy do jego zadań — wręcz przeciwnie, unieszczęśliwia człowieka.
    Diabolus: Ale czyż to nie jest strach kontrolowany? Wszak kiedy człowiek boi się czegoś realnego, nie ma na to wpływu, stąd jego niekontrolowane lęki i problemy. Oglądając film w każdej chwili może wyłączyć telewizor, wyjść z kina, czy zamknąć oczy. A korzyścią jest to, że może świadomie i z możliwością zaniechania poddać się fantazji, w której będzie mógł skorygować swoje zachowanie, bać się — nie musząc.
    A: Czyżby tak było, jak mówisz? Ilu ludzi widziałeś w życiu, wychodzących z kina? Ile osób wyłączy telewizor czy komputer? Narracja rządzi się swoimi prawami i zachęca widzów do oglądania rozwikłaniem fabuły. Ciekawość to pułapka, w którą się wpada, mając nadzieję, że zrekompensujemy nią straty emocjonalne. To okrutna iluzja. Ileż razy zdarzało się, że po obejrzeniu filmu ktoś wychodził z kina zdegustowany i zaniepokojony? Albo bał się ciemności lub miał irracjonalne lęki? Seans się kończy, ale strach pozostaje, wyciągnięty spod szafy i zakamarków psychiki.
    D: Ale czy w ogóle możemy mówić o strachu? Kiedy się boimy na serio, uciekamy, robimy wszystko, żeby pozbyć się źródła złych emocji. Jak zatem nazwać oglądanie z wypiekami filmu, wpatrywanie się weń z otwartymi oczami? Co się dzieje z widzem, przeżywa uczucie wzniosłości? Nabożnej trwogi? Może wychodzenie z seansu z urazem jest błędem po stronie widza, który zajmuje nieodpowiednią postawę? Albo jest przypadkiem, jak w momencie, gdy ktoś popełnia faux pas mówiąc lekko o czymś, co dla drugiej osoby okazuje się traumatycznym przeżyciem?
    A: Nieważne, jak nazwiesz to, co się dzieje, efekty są te same — opłakane. Nawet jeśli widz nie staje się ofiarą lęku, to oglądając nieludzkie sceny, werystycznie ukazywane kaźnie, jakich doświadczają ludzie, jego próg wrażliwości obniża się. Ludzie uodporniają się na cudza krzywdę, ból, poniżenie. Ten karygodny proceder dokonuje się we wszystkich dziedzinach mass–mediów, ale w filmach grozy jest podstawowym sposobem oddziaływania. Skutki są oczywiste, wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się z ludźmi, poczytać gazety. Oczywiście, to nie jest bezpośredni efekt oglądania horrorów, nie ma co popadać w przesadę. Niemniej nie ma wątpliwości, że jest to czynnik „wspomagający” i jako taki nie powinien być akceptowany.
    D: Naprawdę uważasz, że to jest obniżanie wrażliwości? Pomyśl o ludziach lata temu, kiedy widok martwego człowieka, zabijanie się, syf, były na porządku dziennym. Teraz mamy medycynę, hospitalizację, higienę — rzeczy makabryczne, śmierć, zostały usunięte sprzed naszych oczu. Jesteśmy wydelikaceni, w większości ludzi niespodziewany widok krwi albo trupa wywołuje histerię. Odrobina odporności byłaby wręcz wskazana. A film na pewno nie przesunie jej zbyt drastycznie.
    A: A od kiedy filmy rozrywkowe mają być narzędziami oswajania nas ze śmiercią i ludzkim okrucieństwem? A argument, że ludzie kiedyś byli bardziej uodpornieni na rzeczy złe, a my jesteśmy wydelikaceni, jest nie tylko nie do zaakceptowania, co błędny. Bo nie ma jednej uniwersalnej „wrażliwości”, która jest wysoka lub niska. Jest zasadnicza różnica między znoszeniem widoku śmierci osoby bliskiej, ofiary wojny a ofiary zwykłego bestialstwa i bezinteresownego okrucieństwa. Zamazywanie takich kontekstów i wartości jest co najmniej wątpliwe moralnie, Diabolusie.
    D: A co ja poradzę, skoro taka jest moja metoda? Taki po prostu jestem!
    A: Może chciałbyś porozmawiać ze specjalistą?
    D: Tak, może przy okazji wyjaśni nam, o co tym ludziom chodzi — bo jakie są moje intencje, to ja świetnie wiem. Psychologusie, dopomóż!
    Psychologus: Wchodzi i zaczyna grzebać w notatkach. Robi to tak długo, że kurtyna opada ze zniecierpliwienia.

    Psycholog nie odpowiedział, ponieważ sam nie wiem, jakie są wyjaśnienia tego fenomenu, a domyślam się, że są różnorakie, liczne, niekiedy pewnie uzależnione od tezy samego badacza. Kiedy o tym myślę, żongluję trochę przytaczanymi argumentami i choć przychylam się do jednych, wciąż nie sformułowałem dla siebie ostatecznego zdania. Nie ulega jednak wątpliwości, że współczesne filmy grozy po prostu przeciągają strunę, w stronę, która wcale nie jest konstytutywna gatunkowo. Bo kategoria grozy zaczyna się po prostu dezaktualizować na rzecz makabry, odczłowieczenia.

    A na jaki haczyk sam daję się łapać? Na fabułę. Uwielbiam fabularne smaczki, podniecające zagadki i inteligentne rozwiązania (co jeszcze nie znaczy, że za każdym razem je znajduję). Są one dla mnie ciekawe, gdyż zarówno horrory jak i thrillery realizują schemat inicjacyjny, opisany przez Josepha Campbella w Potędze mitu. To, co odróżnia filmy grozy od opartych na tych samych wzorcach innych produkcji pop–kulturowych, od komiksów o superbohaterach po gwiezdne epopeje, to inicjowanie w śmierć i w zło. Niestety, nieszczęściem współczesnej kultury jest utracenie sacrum w jego pozytywnym wymiarze. Dehumanizacja człowieka, jego kondycji i różnych przypadków pogłębia jeszcze poczucie pustki. Odpowiedzią jest szukania rozwiązań po drugiej stronie: doświadczanie swoistego numinosum w obcowaniu z tym, co bezwzględnie złe. Zapewne takie zainteresowanie nie jest wyłącznym rysem współczesności, smutny jest tylko brak alternatywy. A także to, że pomimo pewnego, „z grubsza”, rysu inicjacyjnego, o żadnej faktycznej inicjacji nie ma mowy. To jest od początku do końca forma rozrywki. A że lubię różne renarracją mitów i schematów mitycznych, od czasu do czasu daję się złapać filmowi po to, żeby podpatrzeć jakiś smaczek.

    Jeszcze inną kategorię filmów grozy stanowią filmy jednoznacznie złe, w których, co najśmieszniejsze, wspomniany campbellowski schemat realizuje się najpełniej. A oglądanie buziek umazanych błękitną farbą, gumowych macek, rzężących czupiradeł i złowieszczo trzęsących się chaszczy, ma swój specyficzny retro–urok. Ostatnio dostałem do recenzji tego typu perełkę, czyli film pt. Lęk (reż. Paddy Breathnach, 2006 r.), co jest bardzo dowolnym tłumaczeniem angielskiego Shrooms. Na początku było ekscytująco (w swojej naiwności myślałem, ze to będzie opowieść o złych faerie), potem było śmiesznie, potem beznadziejnie, a na koniec tak żenująco, że znów śmiesznie. Oglądałem go z Panią Straszność, więc miałem wyrzuty sumienia, że zmarnowałem jej ponad godzinę życia. Ale mieliśmy potem o czym rozmawiać. W filmie wyczuwa się z jednej strony samą konwencję, a z drugiej, jak na dłoni widać, jak strasznie ją poturbowano.

    Pozostaje pytanie: po co w ogóle interesować się horrorami i thrillerami? Wszak odniesienia mitologiczne i to w lepszym wydaniu można znaleźć w bardziej dojrzałych dziełach. Cóż, jest jedna rzecz, którą uważam za doniosłą w kinie grozy, ale jako zjawisku, nie w konkretnych realizacjach. Obrazuje ono nie tylko lęki we współczesnej kulturze, ale często mówi o problemach ludzi znacznie więcej. Fascynujące jest zjawisko japońskiego (a także koreańskiego, o innych dalekowschodnich nie wiem) horroru, w którym główny temat, rozpatrywany na wszelkie możliwe strony, jest funkcjonowanie Przedmiotu. Począwszy od nawiedzonych taśm wideo, poprzez telefony komórkowe, przez które mówią zmarli, opętane komputery, a na upiornych butach na obcasie kończąc, służą mieszkańcom wschodniej Azji jako symbol ich problemu z relacją do współczesnej kultury i technologii. Przedmioty, produkty ludzkie, uniezależniają się od swoich twórców i powoli przejmują nad nimi kontrolę. Po zdjęciu kostiumu opowieści o duchach, pozostaje czysty problem: w jakim stopniu Przedmioty uprzedmiotawiają używającego? Jak długo i do jakiego stopnia mogę utrzymać swoją podmiotowość? Jakie tożsamości przyjmuję, jakie są mi narzucone, kiedy spotykam się z Przedmiotem? Pytania nie są banalne, są tematem licznych badań i przypuszczeń antropologii współczesności oraz nowych mediów. Okazuje się, że prawdy o człowieku objawiają się nie w tym, czego pożądamy, co o sobie stwierdzamy, ale w rzeczach, których się boimy i w naszych uprzedzeniach przed groźnym innym.

    _____________
    ♠ Joseph Campbell, Potęga mitu, przeł. I. Kania, Znak, Kraków 2004.


    • RSS