theyellowbook blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: krytyka

    Ostatnio dużo — i to dużo dobrego — się mówi o filmie Batman: Dark Knight. Nie powiem, że się temu dziwiłem, a już od wczoraj sam mam ochotę zabrać głos. Nie będę powtarzał peanów, jakie są rozgłaszane wszem i wobec w kolejnych recenzjach. Nie zamierzam wystawiać kolejnej noty 9,5/10 ani zgłaszać Heatha Ledgera do pośmiertnej nominacji do Oscara. Po prostu, zgadzam się z tymi wszystkimi opiniami i podpisuję pod każdą z osobna. Postanowiłem podzielić się kilkoma spostrzeżeniami, które uważam za nieco bardziej osobiste. No, może prócz jednego, które chyba ma charakter prawie ogólnoludzki, a od którego zacznę.

    Maggie Gyllenhaal, która przypomina poczciwą panią weterynarz, nie powinna się pojawić w tym filmie w innej roli niż statystka (najlepiej taka z gumową maską na głowie i sklejonymi rękami. Choć mogłaby mieć problemy z odegraniem trzęsienia się). Dramat! Nie wiem, czy to spojrzenie spaniela na nieco obrzmiałej twarzy było wystudiowane. Być może tak, bo repertuar min w stylu Księżniczki Lei, przypominającej sobie przepis na barszcz, opanowała w 100%. Jako jedyny.

    Rozumiem, że twórcy nie chcieli kolejnej plastikowej durnostojki u boku Batmana, ale pójście w konwencję holenderskiej mleczarki było przegięciem w drugą stronę. Dziewczyna nie potrafiła zagrać ani zakochania, ani desperacji, ani strachu. W łapach Jokera z nożem praktycznie wsadzonym do ust powinna przynajmniej drżeć, jeżeli nie płakać, ślinić się, kapać z nosa i dać upust pęcherzowi. Niestety, filmowa „Szpachel” zachowała zimną krew, jakby właśnie opuściła gabinet psychoterapeutki.

    Ale dość o niej, kto widział, ten wie co mam na myśli. A teraz garść innych spostrzeżeń i refleksji:

    1. Joker — przetłuszczony, śliniący się, ciamkający, był doskonały. Ech, to chyba też wiedzą wszyscy, ale nie sposób o tym nie wspomnieć..

    2. Scenariusz był wspaniały. W zasadzie składał się z trzech nowelek połączonych w jedną, spójną całość. W kilku momentach czułem, że zbliża się jakiś punkt kulminacyjny i było mi przykro, że film zaraz się skończy. A nie skończył. Po seansie poczułem się naprawdę dobrze… nakarmiony.

    3. Sceny akcji były świetne. Pomijając świetne zdjęcia i szybki montaż, uwagę przyciągały naprawdę błyskotliwe pomysły na aranżacje kolejnych pościgów czy akcji w wieżowcach.

    4. Skoro już poruszyłem kwestie architektury: Gotham było mało „Gotham” (to wczoraj ustalaliśmy z Soffi). Zabrakło choćby najdrobniejszego akcentu gotykpunkowego. A przecież między wieżowce można było wcisnąć mała katedrę. Albo „zaostrzyć” kilka zbyt płaskich dachów wieżowców. Skoro miasto jest lustrzanym odbiciem samego Batmana, jakiś mroczny akcent powinien się był pojawić. Jedyna prawdziwie gothamska scena to była defilada na wąskiej ulicy między nachylającymi się ku niej kamienicami.

    5. Moim zdaniem najmocniejszą scena filmu był dramat dwóch statków. Uważam, że była to mocna i gorzka aluzja wobec polityki Georga Busha:
    — pokazała, że demokracja jest formą zawoalowanej dyktatury. Ludzie wybierają, ale to ktoś im mówi, spośród czego;
    — wskazała, że w sercu samej demokracji też drzemie rozkład. Ludzie nie są dobrzy (nie z natury, ale z wyboru) i podejmują okrutne decyzje. Jako masa nie powstrzymają się przed wykluczeniem czy rytem ofiarniczym. Nierozwiązana pozostaje tylko kwestia odpowiedzialności. To, że kluczyk w detonatorze był jeden, uratowało ludziom życie. Gdyby dało się użyć go zbiorowo, tłum nie miałby z tym problemów (stąd np. rytuały kamienowania, w których uczestniczy cała zbiorowość);
    — pierwszą naprawdę moralną osobą w tej sytuacji okazał się więzień — uważam, że jego pomarańczowy strój, przywodzący na myśl Guantanamo, nie był wybrany przypadkowo. Nawet Amerykanie kojarzą kolor strojów niepokornych więźniów z tym więzieniem — wystarczy wspomnieć akcję Banksy’ego w Disneylandzie.

    6. Batman i Joker zostali zestawieni fenomenalnie, a jednocześnie inaczej niż to dyktuje tradycja. Wcześniej Joker był dokładnym odbiciem Batmana, obaj pogrążeni byli w szaleństwie. Różnica polegała na tym, że jeden się mu poddawał, a drugi dokonywał freudowskiego wyparcia, kanalizując energie na czynienie sprawiedliwości.

    W Dark Knight ta kwestia się zmieniła. Nie do końca nawet jest tak, że zgodnie z mitologicznym schematem jeden uosabia Porządek, a drugi Chaos. To coś więcej. Joker świetnie zdiagnozował sytuację. Porządkiem było społeczeństwo, czyli gromada ludzi wraz z ich zarządcami i instytucjami. Porządek jest wbrew pozorom siłą dynamiczną, nie znoszącą zbytniej stabilizacji. Cały system społeczny może się przewrócić do góry nogami pod wpływem katastrof i rewolucji, ale Ład znów zapanuje, dostosuje się do nowych okoliczności. Po raz kolejny zdefiniuje swoje Centrum, nałoży stygmaty na Peryferia i zmarginalizuje je, wyprze albo złoży w ofierze w imię Świętego Spokoju.

    Na tym marginesie są właśnie dwaj dziwacy, dwa wyrzutki, dwa freaki. Joker znów błyskotliwie nazwał ich relację w pięknej sentencji: This is what happens when an unstoppable force meets an immovable object. Joker jest chaosem — Batman jest Constans. Tym, co nie może się zmienić niezależnie od jakichkolwiek czynników zewnętrznych. Porządek zaś działa pomiędzy oraz poza nimi, to na zmianę zmieniająca się i krzepnąca magma.

    Nie spodziewałem się, ze Mroczny Rycerz da mi tyle do myślenia ani że popchnie refleksje w tę stronę. Jestem bardzo ciekaw, kto będzie kolejnym przeciwnikiem Batmana (bo z Jokera pewnie na razie zrezygnują) i czy ich relacja zostanie sproblematyzowana na równie zaskakującym, wysokim poziomie.

    No i stało się. Pani Muzykalność wyciągnęła mnie na Open’er Festival (4–6. lipca 2008 r.). Z początku miałem opory, gdyż zespół, na którym mi najbardziej zależało — Beirut — odwołał koncert. Pani Offowość zaś była nieco zawiedziona z powodu kolejnej artystki, która się wykruszyła, czyli M.I.A.. Tak się jednak złożyło, że jeszcze kilka znajomych zgłosiło się na wyjazd i względy towarzyskie w pewnym stopniu przeważyły. A choć z powodu obowiązków pani Pilność nie mogliśmy dojechać do Gdańska na czas, pojawiliśmy się tam na drugi i trzeci dzień.

    Miałem trochę obaw względem koncertów, przede wszystkim samej ich formuły. Na miejscu część z nich się rozwiała, a inne przeciwnie, objawiły swoje jeszcze bardziej podstępne oblicze. W kwestii samych wykonawców miałem różne uczucia, choć były zespoły, które chciałem usłyszeć na żywo, to dużej części albo nie znałem, albo zupełnie mnie nie interesowała (jak Jay–Z).

    Ogólnie występy artystów oceniam bardzo pozytywnie. Nawet Jay–Z, który był z trochę innej bajki, postawił na zrobienie show, co mu wyszło całkiem fajnie. Dobre nagłośnienie, dynamiczne oświetlenie i dekoracje ustawiane osobno dla każdego zespołu, wprowadzały klimat i sprawiały, że wszystkie występy były unikatowe. A teraz garść konkretów:

    Interpol — uczciwie, nie pamiętam tego występu. Żadna z ich piosenek nie wyryła mi się w pamięci. Słuchając ich kawałków na MySpace faktycznie coś świta, że mogli to śpiewać, choć jutro i tak pewnie nie będę tego pamiętał. Cóż, na mnie działają głównie słodkie, wysokie wokale (tak, tak, Lisa Gerrard), a na koncercie Interpol oddziaływał głównie gitarami basowymi i perkusją. Odbiór odbywał się bardziej brzuchem niż uchem. Dopiero słuchanie tego na spokojnie, w domu, z dobrymi słuchawkami zaczyna działać jak powinno.

    CocoRosie — to najbardziej wyczekiwany przeze mnie koncert z całego Open’er i największe rozczarowanie! Otóż z niewiadomych mi i raczej niewyjaśnialnych powodów organizatorzy postanowili strzelić sobie samobója. Jeden z najoryginalniejszych występów odbył się bowiem w namiocie — ogromnym, ale cóż znaczy „ogrom” w porównaniu z rzeszą ludzi, która do niego wtargnęła, żeby zobaczyć siostry Casady. Ścisk był taki, że z musieliśmy opuścić namiot razem z panią Wściekłość, która miała łzy w oczach. Do tego dopiero jak wyszliśmy zaczęto grac fajniejsze kawałki, co tylko zwiększyło rozgoryczenie. A żeby nas jeszcze pogrążyć w pretensjach, podczas koncertu Sex Pistols podniesiono poły namiotu, ułatwiając komunikację, uczestniczenie w koncercie i rozładowując tłum. Za późno się uczycie na błędach, państwo organizatorzy!

    Gentleman — słyszałem, że to było jedno z największych wydarzeń Open’er. Tymczasem… sprawa ma się identycznie jak z Interpolem. Może nawet gorzej, bo słuchanie kawałków na MySpace niewiele mi przypomina. Niemniej telewizja jest zachwycona zespołem, być może bez niej nawet bym nie pamiętał, że ktoś taki występował. W krótkim wywiadzie udzielonym reporterom wokalista wyjawił, że chce, aby na świecie zapanował pokój. Był tak uroczo i naiwnie tym przejęty, że pewnie mówił szczerze. Ale do reggae chyba mnie nie przekonał.

    Erykah Badu — Wielka Spóźniona Open’era. Absolutna rewelacja. Gigantyczna osobowość, promieniująca ze sceny. Gospelowy głos, zdolny kruszyć kryształy. Nigdy nie wnikałem w jej biografię ani teksty jej piosenek, więc występ był dla mnie dużym zaskoczeniem. Po pierwsze, w jednym z utworów śpiewała o Elohimie. Nie wiem, do jakiej opcji religijnej tym nawiązywała, ale z pewnością jest daleko od chrześcijańskiej ortodoksji. Po drugie, jeden z utworów miał ściśle szamański charakter. Erykah najpierw zapytała się zebranych, czy lubią śnić, następnie zaczęła przedziwny zaśpiew, wtórując sobie grą na prostym bębenku. Tu nie mam wątpliwości, że nawiązała do tradycji duchowych podróży, w których przewodnikiem był magiczny instrument.

    Goldfrapp — nigdy wcześniej nie spotkałem się bezpośrednio z twórczością Alison Goldfrapp, ale mam wrażenie, że moje ucho dawniej wyłapywało z tła jej muzykę, gdyż brzmiała znajomo. Przyjemnie było jej posłuchać: posmak lat 80., lekki aromat kiczu. I kolejne „magiczne” zaskoczenie po Eryce Badu. Na koncernie występowały 3 wokalistki (w tym Alison). W tle, za muzykami stał stroik z poroża zatkniętego na słup, ze zwisającymi z niego wstążkami w kolorach różu, błękitu i bieli. Dodatkowo na instrumentach stały sztuczne zwierzęta: sowa i kruk. biorąc pod uwagę, że zespół pochodzi z Wysp Brytyjskich, nawiązanie do kultów Potrójnej Bogini i Rogatego Pana nie są przypadkiem. To niezwykle ciekawe, gdyż sama muzyka nie jest żadnym przetworzeniem motywów folkowych, nawiązanie musi być więc głębsze.

    Massive Attack — drugi z bardziej wyczekiwanych przeze mnie zespołów. Po koncercie mam nieco mieszane uczucia. A nawet nie mieszane — bardzo wyraźnie podzielone. Niezwykle mi się podobały wszystkie utwory, w których nie śpiewał główny wokalista, czyli m.in. Teardrop, Angel i Unfinished sympathy. Niestety, nie mogę się pogodzić estetycznie z panem wokalistą, który według mnie śpiewał wszystko na dwóch nutach i za cały swój taniec miał kręcenie młynka łapkami. To punkt sporny z panią Wrażliwość, która uważa, że wokalista ma seksowny głos i równie seksownie się porusza. De gustibus… Faktycznym zgrzytem dla mnie było wyświetlanie na planszy za zespołem sentencji. To zabawne, bo kamery, które przekazywały sytuację ze sceny na telebimy ani razu nie pokazały żadnego z tych zdań od początku do końca. Niemniej, jedna po drugiej, leciały tam życiowe, pro–wolnościowe i pro–tolerancyjne mądrości. Jak dla mnie zabieg był za mocno retoryczny, jeżeli Massive Attack chce nadać swojej twórczości tak mocno ideologiczny wydźwięk, to te teksty powinny być wyśpiewane, a nie przekazywane pobocznym medium. Na szczęście tę niedoróbkę pomysłu zrekompensowało mi wykonanie wspomnianego Angel, podczas którego grał nie tylko głos wokalisty, ale również powódź czysto–białego światła. To jedyny utwór, który zdołał otworzyć dla mnie niebo podczas Open’er.

    Chemical Brothers — niestety, pomysł na prezentację — która sama w sobie była świetna i zasługuje na najwyższą ocenę — absolutnie się nie zgadza z tym, co uważam cenne w samym zjawisku koncertu. Dla mnie jego sednem jest bezpośrednie obcowanie z żywym artystą, odbiór dzieła tworzonego tu–i–teraz, gdzie każde działanie sceniczne natychmiast wywiera bezpośredni wpływ na unikatowe wykonanie. Niestety, Chemical Brothers mają założenie, że ukrywają siebie jako osoby i każą obcować widzom z elektronicznymi (re)prezentacjami. Jak wspomniałem, ich poziom był bardzo wysoki, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ktoś trochę ze mnie kpi. Ja oglądam nakręcony wcześniej obraz z muzyką, a sami artyści właśnie jedzą kiełbaski w części gastronomicznej gdyńskiego lotniska. Gdybym oceniał występ w kategoriach kina, ocena może byłaby inna. Niestety, gdy się zorientowałem, ze już nie zobaczę grających muzyków, szybko opuściłem koncert.

    Podsumowując Open’er jako całość, mam kilka spostrzeżeń, dotyczących samego koncertu, jak i kwestii ogólniejszych:

    ♠ Z jednej strony Open’er został zorganizowany fenomenalnie: świetne miejsce, armia obsługi, profesjonalny sprzęt, zapewniona higiena w postaci Miasteczek ToiToi, rozstawione w pewnej odległości od scen punkty gastronomiczne, zapewniony przejazd autobusami z i do miasta, dodatkowe atrakcje, etc. Z drugiej strony te same punkty można przemienić na minusy, biorąc pod uwagę rzesze ludzi, którzy się pojawili. Mam wrażenie, że organizatorzy zupełnie nie panowali nad liczbą gości i sprzedanych biletów. Każdego dnia, mniej więcej w czasie rozpoczęcia pierwszych koncertów, brakowało bransoletek, które były przepustkami na kolejne dni. Już to wskazuje, że przygotowanych wejściówek było mniej niż uczestników. Efekt: nieznośne zagęszczenie ludzi, ścisk na koncertach, problemy organizacyjne (gigantyczne kolejki do punktów z bransoletkami, punktów wymiany pieniędzy na festiwalowe kupony, etc.), katastrofa komunikacyjna po koncertach drugiego dnia, gdy kilka tysięcy osób próbowało wsiąść do opieszale podjeżdżających autobusów.

    ♠ Dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że artyści, po których się tego zupełnie nie spodziewałem, w oryginalny i chyba dość głęboki sposób nawiązują do bardzo starych tradycji.

    ♠ Cieszę się, że po raz pierwszy mogłem jeść chińskie jedzenie z charakterystycznego, kartonowego pudełeczka, które do tej pory znałem tylko z amerykańskich filmów ;)

    ♠ Pomimo tego, że niektóre występy były naprawdę świetne, formuła koncertu na wolnym powietrzu nie bardzo mi odpowiada. Chyba preferuję kontemplacyjny sposób odbierania muzyki (i koncerty przeznaczonych do tego w salach). Z małymi wyjątkami nie angażuję się cieleśnie w słuchanie utworów, więc banda pogujących i rzucających się w amoku sąsiadów jest niezwykle irytująca. To samo mogę powiedzieć o osobach, które nagle zaczynają o czymś głośno rozmawiać i „brzęczeć” nad uchem, oraz o braniu kogoś „na barana”. Chociaż rozumiem intencje (sam bym wziął na ramiona panią Ciekawość), wielka, zasłaniająca scenę, czarna sylweta Pani Dziuni, falującej nad głowami zebranych dwoma kubkami piwa, może doprowadzić do furii.

    ♠ Najbardziej fascynujące dla mnie spostrzeżenie, jakie poczyniłem, to kulturowe znaczenie grania ciałem podczas uczestnictwa w koncercie. Takie zachowanie zmienia się wraz z czasami i nie mam pojęcia, od czego ono zależy (być może od występów piosenkarzy na teledyskach, których zachowanie jest kopiowane przez fanów). A konkretnie: podczas skandowania i innych podobnych czynności, ludzie podnoszą w górę pięści i machają/wygrażają nimi. Często też wzmacniając efekt, wyciągają palec wskazujący, dzięki czemu ich ruch przypomina pouczanie. Kiedyś robiono „meksykańską falę”, wznoszono w górę zapalniczki i falowano nimi. Dzisiaj grozi się paluszkiem. Jestem ciekaw, jakie ukryte treści są tym wyrażane — podejrzewam, że to znak przesycenia muzyki niejawną, ale silną agresją. Wyuczeni na tym słuchacze reagują również zachowaniem wyrażającym przemoc.

    Chociaż w głównej mierze — z małymi, ale cennymi wyjątkami — traktuję festiwal jako ciekawostkę, wyjazd był ogromnym sukcesem towarzyskim. Poznałem kilka przesympatycznych osób oraz zostałem podstępnie zarażony muzyką Santogold, która nie jest dla mnie klasycznie piękna, ale chodziła mi po głowie nieprzerwanie przez kilka dni. Udało mi się również bardzo wypocząć dzięki wizycie… w aqua parku. Dzika Rzeka okazała się strzałem w dziesiątkę, podobnie jak dwie wodne zjeżdżalnie. Nie sądziłem, że kilkugodzinne pływanie w gorącej wodzie może być aż tak odprężające. Dziękuję wszystkim, którzy umilili mi wyjazd, dzięki Wam będzie niezapomnianym, pięknym doświadczeniem.

    Przed udaniem się na film Sierociniec (reż. Juan Antonio Bayona, 2007) jak zwykle unikałem jego recenzji. Mam tak od czasów japońskiego Ringu, który sobie zaspoilowałem, czytając krótką notę w „Gazecie Wyborczej”. Do kina poszedłem z informacjami, że film ma wymiar katartyczny oraz że posiada morał. Brzmiało naiwnie, ciut nieprawdopodobnie. Nie obawiałem się głupawej „bajeczki z przesłaniem”, bo wiedziałem, że jest straszny i że markuje go Guillermo del Toro — scenarzysta i reżyser świetnego Labiryntu fauna.

    Polecam recenzję autorstwa Huberta Spali w dziale filmowym Poltergeista. Uważam ją za bardzo zgrabnie napisaną i pokazująca najważniejsze aspekty filmu bez zdradzania fabuły. Tym, który nie widzieli Sierocińca, a mają nadzieję jeszcze go zobaczyć, proponuje poprzestać na tej recenzji. Ja pozwolę sobie na kilka spoilerów, gdyż chciałbym trochę szerzej skomentować dzieło Bayona.

    Film opowiada historię Laury, która przeprowadza się z mężem i synkiem do starego domu, który kiedyś był sierocińcem, gdzie sama spędziła dzieciństwo. Teraz, mając pełną i szczęśliwą rodzinę, postanawia założyć rodzinny dom dziecka dla upośledzonych sierot i kontynuować chlubną historię miejsca. Niestety, nie wszystko jest tak, jak być powinno. Przede wszystkim syn bohaterki jest adoptowany, a w dodatku śmiertelnie chory, co rodzice skrzętnie przed nim ukrywają. Po drugie, sam dom napiętnowany jest mroczną historią, której echa powracają po latach.

    Pewnego dnia po kłótni z mamą mały Simon znika. Zaczynają się trwające miesiącami poszukiwania, w trakcie których główna bohaterka doświadcza rzeczy, które zdają się być na granicy jawy i snu, przerażającej rzeczywistości i szaleństwa. Poznaje historię dzieci, które mieszkały niegdyś w sierocińcu. Dowiaduje się o małym Thomasie, synu jednej z pracownic, który miał zdeformowaną twarz. Matka wstydząc się jego wyglądu, kazała mu nosić na głowie worek–maskę i ukrywała go w domu. Pozostałe dzieci, które również były ułomne na rożne sposoby — niewidome, bez kończyn, głuche — wytykały Thomasa palcami, doprowadzając niezamierzenie do tragedii i śmierci chłopca. Dalsze konsekwencje były jeszcze bardziej dramatyczne.

    Historia dzieci jest tłem dla wydarzeń z czasów głównej bohaterki. Musi ona przejść całą drogę przez przeszłość, aby odzyskać syna. Największą siłę oddziaływania ma niesamowite napięcie i budowanie nastroju lęku, a także świadoma gra najbardziej klasycznymi chwytami i motywami kina grozy: od dynamicznych ujęć, zbliżeń, wydłużonych perspektyw, poprzez narastająca muzykę zapowiadającą wydarzenia, aż po obrazy starego domostwa, opuszczonej latarni morskiej, skrzypiących ścian budynku czy zamaskowanego dziecka. należy jednak docenić także grę z baśniowością, która nie jest sugerowana wprost (jak w Labiryncie fauna) ale poprzez pojedyncze motywy: pakt z „duchami”, podjęcie gry, magiczne życzenie spełnione w typowy, „elfi” sposób.

    Jednak to, co stanowi największą wartość filmu jest poza dialogiem z tradycją filmów grozy czy baśniowością. Sierociniec jest poniekąd krytyką samych horrorów, czy też sposobów myślenia o świecie, jakie są w nich prezentowane. Oto mamy sytuację: jest grupa dzieci, każde z nich inną „ułomnością”. Thomas o zdeformowanej twarzy mógłby być jednym z nich, tak samo inny, a więc tak samo normalny. Jednak uprzedzenia matki spowodowały, że został naznaczony. Głupi worek, symbol wstydu i niepogodzenia kobiety z jej losem, a nie jej faktycznej skazy u dziecka, zaistniał jako stygmat. To on stworzył Thomasa dziwakiem i pociągnął szereg tragicznych konsekwencji. Postawione zostaje pytanie o przyczynę tragedii. już w filmie zostało powiedziane, że dzieci były niewinne, nie rozumiały konsekwencji, jakie mogła mieć ich okrutna zabawa. Wskazanie na matkę pozostało w sferze niedopowiedzeń, ale jest niezwykle mocne i poruszające.

    Renarracja motywu kozła ofiarnego, jaka została podjęta w Sierocińcu zasługuje na szczególną uwagę. Pod warstwą dreszczowca (grubą i przekonującą) snuta jest druga opowieść, krytykująca krzywdzące praktyki ludzi, głupie mechanizmy obronne przed niezrozumiałym, których opłakane konsekwencje ponoszą inni. Przejmująca jest scena, w której grupka sierot siada by posłuchać bajki. Wśród nich jest także mały Thomas, który zdjął z głowy hańbiącą maskę. Owszem, jego twarz nie jest ładna, ale jest on po prostu małym chłopcem słuchającym opowieści, a nie monstrum z opowieści grozy. Dzieci nie są potworami, to dorośli je takimi tworzą♠♠.

    _____________
    ♠ Nota brzmiała mniej–więcej tak: „ple ple kaseta ple dziewczynka wychodzi ple. Ostatnich kilka minut jest prawdziwym wyścigiem z czasem”. Przez cały seans, dokładnie opisany w tych kilku zdaniach czekałem na wydarzenie przełomowy moment, który miał otworzyć tę zaskakująca część filmu. Niestety. Problem w tym, że to faktycznie było kilka ostatnich minut. A może nawet krócej. Bo to, czego oczekiwałem nigdy nie nastąpiło, sam wyścig z czasem był pokazywany pod napisami końcowymi. Takie rzeczy powinno się karać.
    ♠♠ Sierocniec można więc odczytać jako próbę rehabilitacji tych dziesiątków dziecięcych czupiradeł, które skolonizowały ogromną część horrorów, straszących ostatnio z ekranów kin.

    Mądre przysłowie mówi: Okazja czyni złodzieja. Czyni ludzi także kilkoma innymi osobami. Na przykład: oglądaczami filmów grozy. Jakiś czas temu stwierdziłem, że nie obejrzę filmu Piła (reż. James Wan, 2004 r.), gdyż odrzuca mnie ideowo i moralnie. Ohydne plakaty — oczywiście w sposób zamierzony i jakże skuteczny — epatując z miejskich billboardów, w przestrzeni publicznej, użytkowanej przez ludzi o rozmaitej wrażliwości (w tym dzieci, które chłoną reklamy jak gąbka), wykreśliły definitywnie ten tytuł z listy filmów, które zamierzałem obejrzeć. W międzyczasie usłyszałem kilka informacji na jego temat, które z jednej strony mnie odepchnęły, ale z drugiej zasiały ziarno ciekawości. Tymczasem sam film wpadł mi w ręce, a że miałem chwilę czasu, poddałem się pokusie i obejrzałem go.

    Nie będę robił reklamy ani anty–reklamy Pile, bo i nie ma po co. Film zawierał wszystkie elementy, których się spodziewałem: bezsensowną przemoc, epatowanie okrucieństwem, poniżanie człowieczeństwa oraz cielesności, patologiczne i nie akceptowalne z punktu widzenia widza motywacje antagonisty. Pomysł karygodny. Jednocześnie rozczarował mnie, bo spodziewałem się, że dokona masakry na mojej psychice i byłem gotów w każdej chwili go wyłączyć. Tymczasem klapa, skoro udało mi się do niego zdystansować na tyle, żeby wyobrażać sobie jak ta wszystkie wygibasy musiały smutno wyglądać na planie filmowym, a jeśli wszedłem w świat wykreowany, to czułem jedynie współczucie. Sam fakt obejrzenia filmu zainspirował po raz któryż moje rozważania, po co ludzie oglądają filmy grozy? Co więcej, dlaczego niekiedy je lubią?

    Z punktu widzenia etyki uważam, że horrory są godne potępienia. Bazują na pierwotnych lękach, odwołują się do prywatnych bądź zbiorowych urazów, grają nimi niemiłosiernie i w sposób niekontrolowany. Coraz częściej proponowane są nam horrory i thrillery bez happy endu (inna rzecz, czy wcześniej na pewno takowy miały), co dyskwalifikuje patrzenia na nie w kontekście katharsis, oczyszczenia emocji, niepokojów, stresów. W zasadzie bilans jawi się jako obliczony na niekorzyść widza. Wciąż jednak niezmiennie ludzie udają się na filmy tego gatunku, czy to do kina, czy do wypożyczalni DVD. I szczerze mówiąc, nie widzę tutaj jednej odpowiedzi na żadne z pytań, które można tu postawić. Próba dojścia do jakichś rozsądnych wniosków jawi mi się jako cały dialog, który od pewnego momentu prowadzi do nikąd albo kończy się postawieniem pytania do psychologów, którzy badają to zjawisko.

    Psychomachia między Angelusem a Diabolusem
    o duszycę audiowizualyjów oglądacza

    Dramatis personae: Angelus, Diabolus, Psychologus.

    Angelus: Jądrem ludzkiego lęku jest nieustający strach przed śmiercią. Oglądanie filmów, które go aktywują, wyzwala to, co człowieka najbardziej boli. Nic nie jest w stanie ukoić tego lęku, rozdrapywanie go jest wątpliwe moralnie. Film grozy jest rodzajem rozrywki, tymczasem dokonuje czegoś, co nie należy do jego zadań — wręcz przeciwnie, unieszczęśliwia człowieka.
    Diabolus: Ale czyż to nie jest strach kontrolowany? Wszak kiedy człowiek boi się czegoś realnego, nie ma na to wpływu, stąd jego niekontrolowane lęki i problemy. Oglądając film w każdej chwili może wyłączyć telewizor, wyjść z kina, czy zamknąć oczy. A korzyścią jest to, że może świadomie i z możliwością zaniechania poddać się fantazji, w której będzie mógł skorygować swoje zachowanie, bać się — nie musząc.
    A: Czyżby tak było, jak mówisz? Ilu ludzi widziałeś w życiu, wychodzących z kina? Ile osób wyłączy telewizor czy komputer? Narracja rządzi się swoimi prawami i zachęca widzów do oglądania rozwikłaniem fabuły. Ciekawość to pułapka, w którą się wpada, mając nadzieję, że zrekompensujemy nią straty emocjonalne. To okrutna iluzja. Ileż razy zdarzało się, że po obejrzeniu filmu ktoś wychodził z kina zdegustowany i zaniepokojony? Albo bał się ciemności lub miał irracjonalne lęki? Seans się kończy, ale strach pozostaje, wyciągnięty spod szafy i zakamarków psychiki.
    D: Ale czy w ogóle możemy mówić o strachu? Kiedy się boimy na serio, uciekamy, robimy wszystko, żeby pozbyć się źródła złych emocji. Jak zatem nazwać oglądanie z wypiekami filmu, wpatrywanie się weń z otwartymi oczami? Co się dzieje z widzem, przeżywa uczucie wzniosłości? Nabożnej trwogi? Może wychodzenie z seansu z urazem jest błędem po stronie widza, który zajmuje nieodpowiednią postawę? Albo jest przypadkiem, jak w momencie, gdy ktoś popełnia faux pas mówiąc lekko o czymś, co dla drugiej osoby okazuje się traumatycznym przeżyciem?
    A: Nieważne, jak nazwiesz to, co się dzieje, efekty są te same — opłakane. Nawet jeśli widz nie staje się ofiarą lęku, to oglądając nieludzkie sceny, werystycznie ukazywane kaźnie, jakich doświadczają ludzie, jego próg wrażliwości obniża się. Ludzie uodporniają się na cudza krzywdę, ból, poniżenie. Ten karygodny proceder dokonuje się we wszystkich dziedzinach mass–mediów, ale w filmach grozy jest podstawowym sposobem oddziaływania. Skutki są oczywiste, wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się z ludźmi, poczytać gazety. Oczywiście, to nie jest bezpośredni efekt oglądania horrorów, nie ma co popadać w przesadę. Niemniej nie ma wątpliwości, że jest to czynnik „wspomagający” i jako taki nie powinien być akceptowany.
    D: Naprawdę uważasz, że to jest obniżanie wrażliwości? Pomyśl o ludziach lata temu, kiedy widok martwego człowieka, zabijanie się, syf, były na porządku dziennym. Teraz mamy medycynę, hospitalizację, higienę — rzeczy makabryczne, śmierć, zostały usunięte sprzed naszych oczu. Jesteśmy wydelikaceni, w większości ludzi niespodziewany widok krwi albo trupa wywołuje histerię. Odrobina odporności byłaby wręcz wskazana. A film na pewno nie przesunie jej zbyt drastycznie.
    A: A od kiedy filmy rozrywkowe mają być narzędziami oswajania nas ze śmiercią i ludzkim okrucieństwem? A argument, że ludzie kiedyś byli bardziej uodpornieni na rzeczy złe, a my jesteśmy wydelikaceni, jest nie tylko nie do zaakceptowania, co błędny. Bo nie ma jednej uniwersalnej „wrażliwości”, która jest wysoka lub niska. Jest zasadnicza różnica między znoszeniem widoku śmierci osoby bliskiej, ofiary wojny a ofiary zwykłego bestialstwa i bezinteresownego okrucieństwa. Zamazywanie takich kontekstów i wartości jest co najmniej wątpliwe moralnie, Diabolusie.
    D: A co ja poradzę, skoro taka jest moja metoda? Taki po prostu jestem!
    A: Może chciałbyś porozmawiać ze specjalistą?
    D: Tak, może przy okazji wyjaśni nam, o co tym ludziom chodzi — bo jakie są moje intencje, to ja świetnie wiem. Psychologusie, dopomóż!
    Psychologus: Wchodzi i zaczyna grzebać w notatkach. Robi to tak długo, że kurtyna opada ze zniecierpliwienia.

    Psycholog nie odpowiedział, ponieważ sam nie wiem, jakie są wyjaśnienia tego fenomenu, a domyślam się, że są różnorakie, liczne, niekiedy pewnie uzależnione od tezy samego badacza. Kiedy o tym myślę, żongluję trochę przytaczanymi argumentami i choć przychylam się do jednych, wciąż nie sformułowałem dla siebie ostatecznego zdania. Nie ulega jednak wątpliwości, że współczesne filmy grozy po prostu przeciągają strunę, w stronę, która wcale nie jest konstytutywna gatunkowo. Bo kategoria grozy zaczyna się po prostu dezaktualizować na rzecz makabry, odczłowieczenia.

    A na jaki haczyk sam daję się łapać? Na fabułę. Uwielbiam fabularne smaczki, podniecające zagadki i inteligentne rozwiązania (co jeszcze nie znaczy, że za każdym razem je znajduję). Są one dla mnie ciekawe, gdyż zarówno horrory jak i thrillery realizują schemat inicjacyjny, opisany przez Josepha Campbella w Potędze mitu. To, co odróżnia filmy grozy od opartych na tych samych wzorcach innych produkcji pop–kulturowych, od komiksów o superbohaterach po gwiezdne epopeje, to inicjowanie w śmierć i w zło. Niestety, nieszczęściem współczesnej kultury jest utracenie sacrum w jego pozytywnym wymiarze. Dehumanizacja człowieka, jego kondycji i różnych przypadków pogłębia jeszcze poczucie pustki. Odpowiedzią jest szukania rozwiązań po drugiej stronie: doświadczanie swoistego numinosum w obcowaniu z tym, co bezwzględnie złe. Zapewne takie zainteresowanie nie jest wyłącznym rysem współczesności, smutny jest tylko brak alternatywy. A także to, że pomimo pewnego, „z grubsza”, rysu inicjacyjnego, o żadnej faktycznej inicjacji nie ma mowy. To jest od początku do końca forma rozrywki. A że lubię różne renarracją mitów i schematów mitycznych, od czasu do czasu daję się złapać filmowi po to, żeby podpatrzeć jakiś smaczek.

    Jeszcze inną kategorię filmów grozy stanowią filmy jednoznacznie złe, w których, co najśmieszniejsze, wspomniany campbellowski schemat realizuje się najpełniej. A oglądanie buziek umazanych błękitną farbą, gumowych macek, rzężących czupiradeł i złowieszczo trzęsących się chaszczy, ma swój specyficzny retro–urok. Ostatnio dostałem do recenzji tego typu perełkę, czyli film pt. Lęk (reż. Paddy Breathnach, 2006 r.), co jest bardzo dowolnym tłumaczeniem angielskiego Shrooms. Na początku było ekscytująco (w swojej naiwności myślałem, ze to będzie opowieść o złych faerie), potem było śmiesznie, potem beznadziejnie, a na koniec tak żenująco, że znów śmiesznie. Oglądałem go z Panią Straszność, więc miałem wyrzuty sumienia, że zmarnowałem jej ponad godzinę życia. Ale mieliśmy potem o czym rozmawiać. W filmie wyczuwa się z jednej strony samą konwencję, a z drugiej, jak na dłoni widać, jak strasznie ją poturbowano.

    Pozostaje pytanie: po co w ogóle interesować się horrorami i thrillerami? Wszak odniesienia mitologiczne i to w lepszym wydaniu można znaleźć w bardziej dojrzałych dziełach. Cóż, jest jedna rzecz, którą uważam za doniosłą w kinie grozy, ale jako zjawisku, nie w konkretnych realizacjach. Obrazuje ono nie tylko lęki we współczesnej kulturze, ale często mówi o problemach ludzi znacznie więcej. Fascynujące jest zjawisko japońskiego (a także koreańskiego, o innych dalekowschodnich nie wiem) horroru, w którym główny temat, rozpatrywany na wszelkie możliwe strony, jest funkcjonowanie Przedmiotu. Począwszy od nawiedzonych taśm wideo, poprzez telefony komórkowe, przez które mówią zmarli, opętane komputery, a na upiornych butach na obcasie kończąc, służą mieszkańcom wschodniej Azji jako symbol ich problemu z relacją do współczesnej kultury i technologii. Przedmioty, produkty ludzkie, uniezależniają się od swoich twórców i powoli przejmują nad nimi kontrolę. Po zdjęciu kostiumu opowieści o duchach, pozostaje czysty problem: w jakim stopniu Przedmioty uprzedmiotawiają używającego? Jak długo i do jakiego stopnia mogę utrzymać swoją podmiotowość? Jakie tożsamości przyjmuję, jakie są mi narzucone, kiedy spotykam się z Przedmiotem? Pytania nie są banalne, są tematem licznych badań i przypuszczeń antropologii współczesności oraz nowych mediów. Okazuje się, że prawdy o człowieku objawiają się nie w tym, czego pożądamy, co o sobie stwierdzamy, ale w rzeczach, których się boimy i w naszych uprzedzeniach przed groźnym innym.

    _____________
    ♠ Joseph Campbell, Potęga mitu, przeł. I. Kania, Znak, Kraków 2004.

    Ostatnio dużym zainteresowaniem cieszy się pisarstwo Jacka Dehnela, szczególnie po wydaniu nagrodzonej Paszportem Polityki 2006 powieści Lala. Zdania najczęściej polaryzują się na dwóch biegunach, albo są pełne zachwytu nad dehnelowskim językiem, jego sposobem narracji i trudnym tematem, którego się podjął, albo narzekają na zadęcie autora, pełną afektacji autokreację. Przeczytałem Lalę i poszerzyłem znajomość twórczości Dehnela o tomik poezji Brzytwa okamgnienia.

    Jak sam autor napisał na tyle okładki: „Lala to książka gadana, a zatem książka o wielu sprawach”. Zdanie to trafnie opisuje sposób narracji. Tematem autobiograficznej powieści jest snucie historii, które porywają ludzi, czasy, wykorzystują rzeczywistość jako grunt, na którym prowadzą swoje ulotne życie. Bohaterką jest babcia Dehnela, która na starość zaprzestała swojej najcenniejszej sztuki, opowiadania. On zaś jako narrator staje się spadkobiercą tego zwyczaju i przywołuje z pamięci rozmaite obrazy z dzieciństwa oraz zasłyszane anegdoty i łączy je w prawie cielesną tkan(in)(k)ę. Jedna osoba zaczyna prząść opowieść, która się toczy się na swoich prawach, powrót w narracji do planu rzeczywistego może odbyć się w innym czasie i miejscu, w rękach innego tkacza.

    Anegdoty dotyczą biografii babci, zarówno z czasów jej młodości, jak i okresu, którego Jacek Dehnel był już świadkiem. Utrzymane w tonie wspomnień o dawnej arystokracji, ukazują ciągłość korzeni autora, tradycji i świadomości pochodzenia. Wraz z opowieściami narrator buduje swój mit, wcielany w życie. Odebranie dobrego wykształcenia, zajmowanie się sztukami godnymi dobrze urodzonych, ogłada, piękne wysławianie się, wiedza na tematy rozmaite od doskonałej orientacji w savoir–vivre po znawstwo w dziedzinie roślin ogrodowych.

    Nie ma w tym nic dziwnego, Dehnel na co dzień stara się pokazać, że jest w istocie człowiekiem starej daty. Pojawia się pytanie, na ile jest to zachowanie autentyczne (co jest postulowane poprzez powieść), a na ile to poza, wypreparowana strategia zachowania, obliczona na kreację konkretnego wizerunku. Sądzę, że właśnie ten punkt rozważań jest źródłem krytyki Lali, a także niektórych wierszy z Brzytwy…. Przyjęcie takiego etosu opiera się na milczącym założeniu odróżnienia się od masy, plebsu. Zajmowanie się sprawami wysublimowanymi i godnymi, zakłada całe tło rzeczy pospolitych, którymi zajmują się ludzie nieskomplikowani.

    W tekście odbiorca nie został zdefiniowany jako przedstawiciel którejś z grup, ale biorąc pod uwagę typowego czytelnika, nie trudno poczuć się milcząco oskarżonym o bylejakość. Z drugiej strony czy Dehnel jest winien za kompleksy innych lub za rodzinę, w której się urodził? I dlaczego w ogóle rozważać jego ponadprzeciętną kulturę w kategoriach winy? Powodem może być afektacja, pobrzmiewająca w jego stylu pisania, która łatwo odczytać jako przechwalanie się i zadzieranie nosa. To już pozostaje kwestią indywidualnej lektury i konstrukcji psychicznej czytelnika.

    Samo snucie opowieści w tak gawędziarski sposób motywowane jest wychowaniem wśród kobiet. Znajduję tu analogię do Lubiewa Michała Witkowskiego, którą można również umotywować nieskrywanym homoseksualizmem obu pisarzy (choć w Brzytwie… Dehnel pisze o tym z dużą klasą i poetyckim wyczuciem). Tam, gdzie Witkowski paple, plotkuje, po ciotowsku szczebiocze o kolejnych zaliczanych lujach, tam Dehnel snuje „babskie” piętrowe opowieści o ludziach, ich historiach, gdzie jedna biografia rozwija się jak kłącze, kwitnie nową historią, która znów meandruje w nieprzewidzianym wcześniej kierunku. W jednym i drugim przypadku afektacja, przemożna i niedająca się poskromić regułami potrzeba narracji powodują to, że tekst jest cielesny i żywy. Obaj pisarze mają też w sobie tę Księżnę Udzielną (peruka, muszka, buteleczka trucizny i kochanek pod krynoliną), Witkowski się w nią wciela i ją odgrywa w licznych tekstowych przebierankach, Dehnel zaś powołuje ją swoim drzewem genealogicznym. Pierwszy z nich wprowadził do polskiej literatury głos przegiętej ciotki i zyskał akceptację, drugi pokazuje, jak można jeszcze inaczej pisać o doświadczeniach hetero–nie–normatywnych (choć niekoniecznie związanych z erotyką).

    Lala jest bardzo piękną biografią starej kobiety oraz pożegnaniem z nią i jej opowieściami. Jest też autobiografią, wobec której można mieć pewne zastrzeżenia — choć osobiście nie mam z nią problemów. Posiadanie wielu zalet, zapewnionych wychowaniem i wykształceniem to rzecz piękna (zapewniona przez innych), ale prawdziwym powodem do dumy są nasze osobiste dobre wybory. Jak to się prezentuje w tej książce zależy od indywidualnego odbioru.

    Inną sprawą jest Brzytwa okamgnienia, która jest tomem bardzo dojrzałych i intymnych wierszy. Po raz pierwszy czytałem tak piękne utwory o miłości mężczyzny do mężczyzny, bez tkliwości ani brutalnego agonu. Jednak najbardziej ujął mnie wiersz, który uważam za przeuroczy i błyskotliwy. Dedykuję go wszystkim, którzy przez nieuwagę zgubili sens życia.

    Przyjęcie

    Stoją za oknem strome ciemności,
    ciemność przychodzi do okien gości

    A za ciemnością idą zwierzęta,
    żaden bestiariusz ich nie spamięta.

    Za zwierzętami śmierć biała kroczy,
    śmierć sześcioskrzydła, na skrzydłach oczy.

    Stają u okien. Patrzą do środka.
    Bardzo się zmieni kto je napotka.

    W środku tłum, książki, meble i szklanki,
    czyli szkło, papier, drewno i tkanki.

    I śmierć, i bestia się rozpromienia,
    że się serwuje tyle jedzenia.

    Przez miłorzębu patrzą gałązki
    na nieświadome niczego kąski.

    Ty, jeśli czekasz jakichś morałów,
    nie czekaj dłużej. Czasu jest mało.

    Bądź dobry. Kochaj. Starzej się z wdziękiem.
    Zamki są słabe. Szyby są cienkie.

    _____________
    ♠ Jacek Dehnel, Lala, W.A.B., Warszawa 2007.
    Idem, Brzytwa okamgnienia, Biuro Literackie, Wrocław 2007.
    ♠ Michał Witkowski, Lubiewo, ha!art, Kraków 2005.

    Są recenzje dobre, są recenzje złe. Jest także dno. A jeżeli ktoś woli metaforykę sprośności bądź świństwa: koryto. Tym razem podzielę się tekstem, który już jakiś czas temu sprawił mi wiele radości, ale z różnych przyczyn nie mogłem się nim za bardzo chwalić (choć to słowo na wyrost, bo w zasadzie nie ma czym). A mianowicie chodzi o recenzję wystawy Grzegorza Sztabińskiego Wędrujące obrazy, którą napisała Ewa Bromberkowska, podówczas studentka, a obecnie absolwentka łódzkiej historii sztuki i doktorantka PAN (sic!).

    Postaram się jak najmniej odwoływać się do samej autorki, bo to ani miłe ani profesjonalne. Ale nie znajduję żadnej taryfy ulgowej dla samej recenzji od momentu, gdy zostaje ona upubliczniona (zwłaszcza, że o ile dobrze pamiętam, była zamieszczona na jeszcze jednej stronie internetowej. Część tekstu zacytuję tutaj, na
    wypadek, gdyby przywołana wersja także gdzieś zaginęła. Wbrew
    językowej przyzwoitości, zachowuję oryginalną pisownię).

    Przyznaję, że tekst stał się źródłem nieśmiertelnych cytatów, co przy odrobinie dystansu i entuzjazmu można policzyć mu na plus. Choćby sam początek:

    Grzegorz Sztabiński w studio nie nagrywa nowej płyty solowej z pseudo-kolędami i piosenkami świątecznymi, jak mają w zwyczaju ci, którzy zwykle siedzą w studio w okresie świątecznym.. „Składanka”, którą przygotował dla swoich wielbicieli, to bardziej uczta intelektualna przyprawiona o niecodzienne doznanie wzrokowe.

    Ciekawe, jak czuł się sam artysta, kiedy dowiedział się, o co autorka mogłaby go posądzić i jaką opinię dementuje. Internauci zapewne spytaliby się „WTF?”, krytycy sztuki zaś zastanowili, czy w dobrym guście jest mieszanie porządków galerii i dyskoteki w remizie. Autorka nie miała tego typu wątpliwości, dzięki czemu powstała reszta tekstu (czy zwróciliście uwagę na wymowne słowo „wielbicieli”?):

    Artysta nie ubrał się w czerwony strój Mikołaja, ale zaprezentował pokaz o wiele bardziej niebywały.

    Och, żeby nie było nieporozumień, w roku zorganizowania wystawy (2005) artysta miał 57 lat. Mimo to:

    Nie tańczy, nie śpiewa, ale w niezwykle wysublimowany sposób dociera do wnętrza nawet najbardziej opornych odbiorców posługując się środkami wyciszonymi, lecz wyjątkowo wymownymi. Jego milcząca muzyka brzmi w duszy tych, którzy doświadczyli tego pokazu tak, jak nieruchome pozornie obrazy wędrują w przestrzeni galerii.

    Autorka popisała się wyczuciem świątecznej konwencji. Melodyjny początek chciałoby się pociągnąć na notę jakiejś znanej pseudo–kolędy: „Nie tańczy, nie śpiewa, nie wspina się na drzewa”. Retoryka żenującego banału (odpowiadająca temu, czym wystawa nie była) została zestawiona z tryumfującą retoryką nieznośnej egzaltacji (która najwyraźniej należy opisywać, czym wystawa jest). Opisanie, jak sztuka ta jest wysublimowana, poruszająca najgłębsze struny w duszach omdlałych z zachwytu widzów jest jedynie mdlące i wywołuje niepokojące ruchy płynów głęboko w żołądku. Ale żeby nadmiar poezji nie zabił ogólnego efektu, odwołanie do doświadczenia odbiorców–konsumentów powraca w wielkim stylu:

    Pod warszawską megachoinką, w dzień trochę przerażającą, artysta Grzegorz Sztabiński zostawił prezent wszystkim miłośnikom sztuki nie tylko geometrycznej. 12.12.2005 przerwał czas przedświątecznej krzątaniny otwierając wystawę „Wędrujące obrazy” – idealny odpoczynek dla zmęczonych zakupami oczu i zapomnianego umysłu.

    Autorce udało się tu odwołać do: a) doświadczenia ogólnoludzkiego (bo każdy jakoś się przed świętami krząta, więc czemu nie miałby się chwilkę pokrzątać w galerii); b) doświadczenia osobistego (przebijająca się przez tekst trauma spowodowana widokiem warszawskich megachoinek); c) myślenia abstrakcyjnego (osób, które będą się zastanawiać, czym jest zapomniany umysł. Ale i tak go nie znajdą — bo zapomniały). Zanim ktoś zdąży otrząsnąć się z szoku, język rodem z super ekspresowej prasy o faktach powraca:

    Nie harcuje tutaj wciskający dzieciom cukierki dziadek Mikołaj z bandą elfów i nadgorliwych sprzedawców. To oaza ładu i składu, ciszy i spokoju, ulga dla oczu i wyzwanie dla umysłu. Warto wybrać się do stolicy by odwiedzić tą wystawę.

    I znów, kiedy internauci zakrzykną „OMG!”, krytycy zaczną się zastanawiać, czy aby na pewno chadzają na te same wystawy, co autorka. Oddechu jednak nie będzie! Bo oto nadchodzi zmyślna próbka wykorzystania z inwencją języka:

    Szanowne obrazy przybyły tutaj z Łodzi, aby zawisnąć na szanownych ścianach i rozciągnąć się po szanownych podłogach. Szanowni zwiedzający, po przybyciu do galerii wspinają się po budzących respekt szanownych, marmurowych schodach, które wspaniale budują szanowne napięcie przed nadchodzącym silnym przeżyciem estetycznym (i równie silnym przeżyciem intelektualnym). Przedświąteczne wędrówki szanownie przerwane zostały na moment pokazem wędrujących obrazów, które wcale nie wędrują.

    Moje kwiczące wyczucie słowa i estetyki z kwikiem waliło głową w ścianę i kwiląc rozciągnęło się na podłodze. Tej kwiecistej wypowiedzi nie skwituję, bo język z kwikiem odwalił kitę. Lektura tekstu już na tym etapie jest silnym przeżyciem estetycznym i intelektualnym, choć należałoby mówić nie o zasłudze, a o winie. Niestety:

    W dobie powszechnej technicyzacji taki tytuł sugeruje raczej ekspozycję jakiegoś kolejnego, rządnego sławy pomyleńca, który dzięki przeróżnym elektronicznym zabiegom wprawia płótna w fizyczny ruch. Dzięki Bogu (lub ogólnie pojętej Opatrzności) Grzegorz Sztabiński nie urządził swoim odbiorcom rewii na ścianie i zachował zdrowy rozsądek przeciwstawiając się technologii pożerającej każdy milimetr ludzkiej codzienności.

    Znów, wczuwam się w skórę artysty, który czyta takie rzeczy na swój temat. Tego naprawdę nie skomentuję.

    Grzegorz Sztabiński stworzył w przestrzeni galerii salę egzaminacyjną. Zwiedzających powinno się wpuszczać pojedynczo lub dwójkami tak, aby w ciszy i spokoju mogli doświadczyć intelektualnego oświecenia. Tym razem jednak nie Profesor a jego dzieła stawiają pytania.. często udowadniające widzowi jego niewiedzę.

    Hmm… Czy to coś komuś przypomina? Dlaczego nagle zamiast słowa „artysta” pojawia się „Profesor? Czy przypadkiem nie jest on jednocześnie profesorem, wykładającym na historii sztuki, ewentualnie szefem katedry? Czy jest tu wyczuwalna jakaś mgiełka aluzji? Dlaczego recenzentka robi wybieg w kierunku egzaminu, tego jak się odbywa i sugeruje, że jest to wydarzenie prawie erotyczne. Bo przy takiej dawce lukru i pachnącego lubrykantu należałoby już mówić o niesmacznym, upublicznionym uwodzeniu. A to „udowadnianie niewiedzy” wywołuje obraz uczennicy w zbyt kusej spódniczce, która informuje nauczyciela, że chciałaby zaliczyć egzamin ustnie. Brr…

    Po tym szokującym wstępie następuje kulejący opis wystawy, który stawia raczej nie na wartość poznawczą, tylko na poślizgową. Niemniej na jego podstawie (wyłaczając opinie recenzentki jako jawnie stronnicze i mające mało wspólnego z wystawą, a całkiem sporo ze wszystkim innym) można wyrobić sobie zdanie o samym wydarzeniu. Po tej krótkiej przerwie wracamy do tekstu, który zmierza już ku zakończeniu:

    Obrazy Grzegorza Sztabińskiego wędrują. I nie musi ich wcale artysta nosić na plecach.

    Widzicie to? Człap, człap, człap…

    Wędrują wzdłuż ścian ekspozycji, przeplatają się, łączą, wpływają na siebie. A swoją drogą, cóż innego mogły by robić te obrazy? Przecież życie jest drogą, wędrówką, ciągłym przemieszczaniem. Kiedy oglądamy wędrującą wystawę stajemy na moment w miejscu, aby później obejrzane prace wędrować mogły w naszych umysłach.

    A to z kolei jest taka słowna słoma, którą recenzent upycha przestrzeń swojej wypowiedzi, gdy uświadamia sobie, że w istocie nie ma nic do powiedzenia (analogicznie do krytyczki, która wypowiadając się o wspomnianej wystawie Ti tabu dibu daj naplotła wyssanych z palca bzdur o kościołach i świętych atmosferach). Mi się to kojarzy z dziecięcym gaworzeniem, składaniem bliskoznacznych lub spokrewnionych słów w kolejne zdania, memłane na wszystkie strony. Ale zaraz po tym następuje ostateczny, powalający strzał, ostateczna penetracja:

    Prace Grzegorza Sztabińskiego zajmują miejsce w pamięci każdego widza – brawo za wypełnienie kategorii doniosłości! Są wyzwaniem intelektualnym i równocześnie silnym przeżyciem estetycznym. Nie przeczę jednak, że do odbioru tych obrazów wiedza, wyczucie i zdolność analizowania są niezbędne. A czy taki odbiór będzie prawidłowy? Nie wiem. Wiem tylko jaką kolejną wystawę planuje Grzegorz Sztabiński.

    Gdzie jest ręcznik? Gdzie jest ręcznik?!!

    Wiem – ale nie powiem.. Tak jak on sam robi ukrywając swoje obrazy i serwując nam zabawę w „dwa światy” – ukryty i dostrzegalny (.. dobrze, że nie w Bar Europa).

    Wreszcie! I w tym zdaniu autorka się ostatecznie zdradziła. Oto świat jej wyobraźni, przestrzeń, w której poruszają się nawet rozważania o sztuce. Jak to czytam uszy mi spadają. Uszy spadają i tipsy lecą. Koniu w ogóle grzywa linii się i w ogóle róg się złamał, jak czytałem.

    P.S. Mała prywata. Jak sądzicie, u kogo recenzentka pisała pracę magisterską?

    Poprzednio napisałem, jak widzę cyniczno–ekonomiczną twarz krytyki. Położyłbym jeszcze nacisk na przywołany „cynizm”. Wywołany jest brakiem uznanych kategorii oceny, a także naporem rynku sztuki. Wielu krytyków jako jedyną pozytywną wartość swojej pracy widzi skuteczność, która niekoniecznie musi iść w parze z rzetelnością czy zgodnością z własnymi przekonaniami. Strategie skuteczności zmieniają się, dostosowując do sytuacji. Kiedy jest szansa się przypodobać masowemu odbiorcy, używa się jego języka i schlebia prostym gustom. A kiedy dzieło zostało zaakceptowane instytucjonalnie (wystawa, promocja publikacji) łatwo jest przyjąć postawę „alternatywnego” kontestatora i wyśmiać to, co uznane. Oczywiście postawa sceptyczna jest jak najbardziej pożądana i nie należy przyjmować za pewnik opinii samozwańczych autorytetów. Jednak aby nie wyjść na klauna, wydawanie własnych opinii wypada oprzeć ka konkretnej wiedzy, a nie błahych przesłankach.

    Dla przykładu przytoczę recenzję książki Śnieg Orhana Pamuka, opublikowaną na Wrocławskim Portalu Studenckim. Ponieważ sam przygotowywałem się do napisania tekstu o tej powieści, sprawdziłem, jakie teksty pojawiły się w internecie, na co zwracają uwagę recenzenci, które wątki wydobywają, jakie mają spostrzeżenia i jakie są opinie. I wtedy trafiłem na wspomniany tekst, który był jednym z dłuższych. Najpierw miałem ochotę napisać do autora, ale zrezygnowałem, nie sądzę, żeby taka wiadomość wywarła jakiś efekt. Teraz korzystam z możliwości skomentowania tekstu w przestrzeni upublicznionej.

    Chciałbym się odnieść w zasadzie do dwóch punktów recenzji z Portalu Studenckiego, resztę pozostawiam ocenie innych czytelników. Bardzo zainteresował mnie wstęp, gdzie w pierwszych słowach czytamy:

    Wydaje się zrozumiałe, że ważną kwestią, a nawet problemem dla niektórych kluczowym będzie zasadność przyznania Orhanowi Pamukowi pewnej Nagrody, pewnego Pana, który był tak uprzejmy i wynalazł swego czasu dynamit.

    Odejdźmy jednak od tego, daleko precz. Odejdźmy, gdyż Nobel to sprawa trzeciorzędna, ocierająca się o spiskową teorię dziejów, o rozmaite konteksty polityczne, posługujące się spekulacjami, rozległą gamą hipotez, dywagowaniem.

    Brawo! Co za odwaga! Co za buta! Podważenie zasadności werdyktu międzynarodowej komisji ekspertów i odrzucenie Nagrody Nobla jako zbędnego kontekstu przy czytaniu Śniegu — cóż za śmiałe, poważne i świeże podejście! Ale czy autor na pewno potrafił zbudować solidne podstawy takiej krytyki i obronić swoją postawę?

    A może oplucie autorytetów jest banalnym chwytem dla ludzi, którzy nie czują się na siłach podjąć dyskusji na poziomie „dlaczego ocena była właśnie taka”, tylko pozbywają się tego typu dylematu i podejmują wyzwanie na swoim poziomie? Albo próbują pokazać swoją moralną i intelektualną wyższość nad zakurzonymi naukowcami w grubych okularach i swetrach z przetartymi łokciami?

    Według mnie odpowiedź na to pytanie w tym przypadku dostarcza ostatni akapit, podsumowujący przemyślenia autora:

    Należy wreszcie spytać: w jaki sposób Orhan Pamuk chciał zrewolucjonizować powieść polityczną? Przypuszczalnie, odpowiedzią mogłaby być groteskowość, rozluźniająca fabularne schematy, groteskowość znana już od Lawrence’a Stern’a i jego sentymentalnych podróży, czy „Kubusia Fatalisty…” Denisa Diderot.

    Pomijając aspekt formalny tekstu (zapis tytułu i odmiana obcojęzycznych imion i nazwisk), autor zaprezentował grunt, na którym rozpatruje Śnieg. Zastanawia mnie, czy nie powinno być mu wstyd odnosić powieść z początku XXI wieku do otworów z końca XVIII? Osobiście uważam, że to obnażające wyznanie, że jest się po zajęciach z początków powieści, które ustanowiły całą perspektywę odczytywania tekstu. Aż szkoda, że autor nie wyszedł z tego obszaru, sięgając np. po Franza Kafkę (w końcu to klasyka, a można próbować porównywać oniryczne atmosfery z Procesu i Śniegu) czy realistów rosyjskich w osobie Iwana Turgieniewa (na którego w końcu powołuje się Orhan Pamuk). Spojrzenie autora zaowocowało ostateczną konkluzją:

    Poza tym mnóstwo niepotrzebnie przydługich dyskusji, do siebie bezlitośnie podobnych, kopiowanych (rezultat – 550 stron, które się odczuwa na skórze). I pada ten „Śnieg”. Nieustannie. Za mało realistyczny, by brać go dosłownie, przezroczysty. Zbyt nieokreślony, by weń uwierzyć. Bez odczucia chłodu, sztuczny, filmowy chwyt. Za szybką odbiornika lub w śmiesznej, szklanej kuli. Nieczuły. Pada.

    I oto, czego szuka autor w Śniegu. Realizmu. REALIZMU. Moim zdaniem mówiąc poważnie o tekstach kultury wypada używać tego terminu tylko w odniesieniu do nazwy nurtu artystycznego. Ale autor ma wobec „realizmu” wymagania: ma być ciekawy, zajmujący, rozrywkowy — nuda i błahe dialogi wciąż o tym samym już realistyczne nie są. A na dobra sprawę ujawnia się tylko to, jak płytko, powierzchownie czyta powieść. Chyba nie trzeba więcej komentować, dalsze wnioski pozostawiam innym. Podsumowując: uważam, że osoba, która podjęła się napisania tego tekstu jest niekompetentna, nie przygotowała się do swojego zadania, a zamieszczenie go na portalu studenckim źle świadczy o jego redaktorach.

    Inne wypowiedzi krytyczne o Śniegu szły o krok dalej, jeżeli chodzi o plan odniesienia, najczęściej sięgając do pisarzy (rzadziej filozofów) wspomnianych w książce. Podejście zdawałoby się poprawne, okazało się pułapką. Oceniający nie potrafili, nie chcieli, a może nie widzieli potrzeby, wyjścia poza ocenę planu dosłownego oraz politycznych nawiązań. Wszystko, co było inne — a co wg mnie stanowi sedno powieści — zostało uznane za udziwnienie, oryginalny zabieg, czasem nudnawy.

    W sumie jestem im wdzięczny, gdyż krytycy ci dali mi świetne argumenty, przemawiające za postulowaną przez Barthesa śmiercią autora. Kontekst biografii autora zamiast poszerzyć (np. o tradycję literacką Turcji; perskie źródła tureckiej poezji, istotnego tematu powieści; zasób motywów literackich, np. zakochania we śnie; tradycyjnych wzorów jak relacja mitycznych Bliźniąt, oparta na relacji Arymana i Ormuzda), zawęził ją do dosłownie potraktowanych intertekstów (bez podejrzenia o grę z nimi) oraz potraktowania odwołań politycznych jako najgłębszego z możliwych poziomów odczytu.

    Cóż mógłbym zasugerować? Zdrowy sceptycyzm na każdym kroku analizy tekstu (nie tylko na samym początku), ale także wobec siebie i swoich racji. Uważną lekturę tekstu (close reading) i dopiero w oparciu o nią formułowanie dalszych wniosków (nie rozumiem na przykład, dlaczego większość recenzentów uczepiła się — bezkrytycznie — do Turgieniewa, a pominęła przywoływanych filozofów, czy pojawiające się natrętnie piosenkę Roberta Peppina di Capri i fakt, że główny bohater powieści jest spod znaku Bliźniąt). No i wreszcie poszerzanie perspektywy, branie pod uwagę czasu i miejsca powstawania tekstu, jego miejsca w pejzażu całej sztuki oraz odniesienia do tradycji i innych dzieł.

    _____________
    ♠ Orhan Pamuk, Śnieg, przeł. A. Polat, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006.

    Wspomniany przeze mnie w poprzednim wpisie „kryzys sztuki” jest moim zdaniem nowym mitem naszej kultury (mitem w ujęciu Barthesa, czyli opowieścią fałszującą lub re–kreującą rzeczywistość). Jak już zasugerowałem, jego funkcjonowanie jest spowodowane dwoma czynnikami. Jeden jest oczywistą konsekwencją następowania nowych czasów, które bywają ciężkie do uniesienia dla osób zanurzonych w kategoriach przeszłości. Niektórzy nie radzą sobie z nowymi postulatami kultury i krytykują je, negują i próbują przywrócić to, do czego sami byli przyzwyczajeni. Drugi czynnik to instytucja w interesie której jest to, żeby krytyka się chwiała, czyli rynek sztuki.

    Dzieła sztuki to inna forma pieniądza, sponsorowanie artystów, galerii i branie udziału w aukcjach jest dobrą formą inwestycji. I choć mamy wspaniałych marszandów sztuki, to nie ma co się oszukiwać, pan Włodek od produkcji guzików też będzie chciał mieć „takie ładne, kolorowe kwiaty w wazonie” na ścianie. Bo sztuka (oraz „sztuka”) to także znak statusu (bądź „statusu”). Zatem w największym interesie ludzi sztuki jest promowanie jak najliczniejszych dzieł, wynajdywanie twórców, którzy za kilka lat będą się świetnie sprzedawać, wystawiać ich, zachwalać, opakowywać i wciskać w ręce ludziom, którzy i tak mają za dużo pieniędzy.

    Jaki tego efekt? Zbyt poważna krytyka może być niebezpieczna. Znawca rozpozna miernotę, pokaże grube nici, którymi zszywane są śmieszne płócienka, jednym komentarzem zdemaskuje pustkę ziejącą za butną miną, apaszką i grubymi okularami pana artysty. Wspomnijmy wielkie nazwiska modernizmu i awangardy. Byli wśród nich literaci, filozofowie, genialni matematycy. Ludzie, których listy i zapiski drukowane są w licznych tomach, a na ich podstawie budowano teorie i programy artystyczne. I choć sami otaczali się uczniami, nie wszyscy odbierali klasyczne wykształcenie, a wielu zrywało ze swoimi mistrzami. A teraz mamy taką sytuację, że aby zaistnieć w świecie sztuki, już w trakcie studiowania na ASP trzeba wyrobić sobie imię. Tyle, że uczelnia może zapewnić tylko dobry warsztat, nie sprawi, że dana osoba naprawdę będzie miała cokolwiek do powiedzenia.

    A teraz konkretny przykład. Wystawa Rafała Jakubowicza pt. Ti tabu dibu daj w łódzkim Atlasie Sztuki (otwarcie 7. IX. 2007 r.). Jedna z tych wystaw, których nie znoszę, które mogę przejrzeć na wskroś po obejrzeniu zdjęć. Oto one:



    Pierwsze zdjęcie, czyli sala na lewo od wejścia do galerii. Wszystko w bieli. Na podłodze leży biała piłka. Na ścianie namalowana na płótnie plansza od kosza.
    To wszystko.
    Zdjęcie drugie, przedstawia salę po prawej. Ciąg luster na jednej ścianie, na podłodze steppery z wikliny.
    To wszystko.
    Przyznaję się, nie poszedłem na tę wystawę, szkoda mi było czasu. I byłaby mi zupełnie obojętna, gdybym nie zobaczył w telewizji regionalnej programu o wernisażu. Wypowiedzieli się: Artysta, Wykładowca Akademicki (tu: w roli krytyka z Atlasa) oraz pani Krytyczka Artystyczna. Zaczyna się cyrk.

    Akt I: Dziennikarz wydusza komentarz z Artysty.

    D: Co chciał pan powiedzieć w swojej instalacji?
    A: No… Ja odwołuję się do… Holocaustu… No i tego…

    Tutaj następuje desperacka próba wyciągnięcia z Artysty czegokolwiek. On zaś powoli osuwa się w sobie tylko znany wymiar, okulary zachodzą mgłą.

    D: A czy pan w ogóle lubi sport?
    A: Nie.

    I na tej żałosnej, nieusuniętej przez redaktora wymianie zdań rozmowa utknęła i się skończyła. Od tego momentu przyglądałem się uważniej programowi.

    Akt II: Wykładowca wypowiada się o wystawie.

    W: Artysta jest bardzo skromny i małomówny. To powoduje, że jego wypowiedź jest powściągliwa, stara się mówić niewiele…

    …a błysk w oku mówiącego świadczy, że Artysta w zasadzie nie powiedział nic. Doskonale utrzymana poważna twarz sprawiła zapewne, że niewielu widzów wyczuło ironię.

    W końcu nadszedł czas na wypowiedź, która wzburzyła mi krew w żyłach i spowodowała, że miałem ochotę napisać do Atlasa Sztuki, że rozumiem ambicje galerii, ale pewnych nadużyć nie wypada popełniać.

    Akt III: Pani Krytyczka Artystyczna rusza do ataku.

    Pani Krytyczka wypowiada się wystudiowanym głosem doświadczonej pensjonarki. Dokładnie takim, jakiego wypada używać mówiąc o sztuce do niewyrobionego artystycznie głupiątka z rozdziawioną gębą — czyli spokojnie, z namysłem, ciepło i cierpliwie.

    K: W tej sali widzimy takie wiklinowe steppery, które wyglądają jak klęczniki. I faktycznie w tym pomieszczaniu jest taka atmosfera skupienia jak w kościele.

    Mówiła to bez mrugnięcia okiem, wyraźnie się nakręcając. Osobiście mam głębsze przeżycia i przemyślenia jedząc jajko na miękko. Pani Krytyczka, nieczuła na moje niepomierne zdumienie, ciągnęła:

    K: Druga sala zaś jest cała biała. Ta niezwykła biel wycisza.

    No niezwykłe! Bo zazwyczaj galerie malowane są na fioletowo!

    K: Panuje tam tak napięta i pełna nabożeństwa atmosfera, że ludzie starają się jej nie zakłócić i gromadzą się w pierwszym pomieszczeniu.

    Czyżby ta prostoduszna istota nie zauważyła, że tam po prostu nie było co oglądać? Sherlock Holmes w spódnicy wykazał wszystkie konteksty, ukryte przed zezowatymi oczami profanów i nadał wystawię rangę drugiej Sykstyny.

    Wystawa była, krótko mówiąc, żenująca i tak właśnie wypadałoby ją określić. Odwołanie do Holocaustu traktuję jak gorzką kpinę — szkoda, że nikt nie postawił artysty w sytuacji, żeby mógł się wytłumaczyć z tego nadużycia. Ale nikt nie zrobi takiego faux pas przed milionami, wypada się mizdrzyć i sypać lukrowymi płatkami, żeby media chciały nas pokazywać/publikować. Nasza krytyka ma kryzys? Nie do końca, zapewne większość ludzi zebranych na wernisażu miało odczucia podobne do moich (pozostałym entuzjastom współczuję smaku — albo zazdroszczę szóstego zmysłu). Tyle, że nikt nie wyraził swoich spostrzeżeń głośno, tylko w kuluarach, w gronie znajomych.

    Teraz można by się zastanowić, czy przypadkiem nie brakuje nam po prostu miejsc do dyskusji i publikowania swoich różnych refleksji. Wiadomo, że część pism sponsorowana jest przez galerie, więc pilnuje języka. Inne zaś (np. dzienniki) mają i tak mnóstwo materiałów, każdy konar tekstu jest na wagę złota — zła wystawa dostanie prawdopodobnie zdawkową recenzję, a najprawdopodobniej jedynie suchą relację lub małe nic. Alternatywą są pisma niszowe, wydawane przez entuzjastów, grupy artystyczne czy studentów — ale te cierpią na problemy finansowe, a najprostsze źródła sponsoringu są jednocześnie tymi, które narzucają konkretny ton pisaniu. Ostatnią być może deską ratunku jest wypowiadanie się w internecie, który niesie ryzyko, że anonimowy ktokolwiek będzie się wypowiadał jakkolwiek o czymkolwiek. Ryzyko spore, zalew miernotą, banałem i spamem jest ogromny. Ale w końcu żyjemy w epoce odpowiedzialności, więc wybrałem między innymi i tę drogę, decydując się pisać do The Yellow Book.

    _____________
    ♠ Rafał Jakubowicz, ti tabu dibu daj, Galeria Atlas Sztuki, 7. IX. 2007 r.–14. X. 2007 r.


    • RSS