theyellowbook blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: literatura

    Rokoko było zjawiskiem w dziejach kultury, które pomimo swojej ulotności, wycisnęło piętno w zbiorowej wyobraźni. Mit złotej klatki, niekończącego się karnawału, w którym złocone i koronkowe maski przykrywają wypudrowane do nieludzkiej bieli twarze, jest wciąż żywy.

    Sądzę, że przyczyną popularności rokoka jest skojarzenie go z maskaradą, której uczestnicy są doskonale świadomi obowiązujących konwencji, pławią się w niej do granic życia, ale też potrafią puścić oko, odsłonić kostium bez wybijania się z roli. Nasza kultura lubi podobne gry pozorami, nadpisywanie rzeczywistości dekadenckimi narracjami, stąd też taka interpretacja czasów Króla Słońce.

    Estetyka rokokowa w swoich założeniach idzie w parze z vogue, hiper–estetyką wymuskania i przegięcia. Korzystają z tych samych scenariuszy i rekwizytów. W centrum zainteresowania znajduje się przeestetyzowane i wystylizowane ludzkie ciało — bohater opowieści. Pokazywane jest jako nonszalancko oraz spontanicznie ustawione i eleganckie: wyprostowane, spięte, szczupłe. Prezentuje się w wymyślnych gestach i wystudiowanych pozach. Jego przygody to flirt, miłostki, sprawy błahe, na które mogą sobie pozwolić ludzie lekkomyślni i wolni.

    Kanonicznym przykładem jest piosenka Madonny — piosenkarkę można uznać za matkę vogue, Królową Słońce — w jej rokokowej interpretacji choreograficznej:

    Tekst piosenki jest mottem estetyki vogue, przez którą można współcześnie patrzeć na rokoko:

    (…) All you need is your own imagination
    So use it that’s what it’s for
    Go inside, for your finest inspiration
    Your dreams will open the door

    It makes no difference if you’re black or white
    If you’re a boy or a girl
    If the music’s pumping it will give you new life
    You’re a superstar, yes, that’s what you are, you know it (…)

    Jednym z elementów performansu jest odgrywanie płci w których męskość i kobiecość posiadają swoje silne wzorce oraz atrybuty. Obecnie źródłami wizerunków są gwiazdy showbiznesu, aktorzy, piosenkarze i modele płci obojga; dawniej — Król Słońce, dworscy modnisie, bohaterowie bukolicznych romansów. Wyrażanie płci za pomocą emblematów jest inspiracją do gry form i transgresji, gdyż prawdą jest to, co jest przedstawiane, oznaczane. Stąd zarówno vogue, jak i rokoko są językami, w których wyraża się zjawisko queer. Przykładem pierwszego jest film Paris is burning (reż. Jennie Livingston, 1990 r.), którego fabuła toczy się wokół balu drag queen, na gdzie clou programu jest taniec vogue. Przykładem działania mitu rokoka jest Lubiewo Michała Witkowskiego. Oto kilka przebieranek:

    Lukrecja — pięćdziesiąt lat, gładko ogolona twarz, cyniczny, także gruby. Czarne, zżarte grzybicą paznokcie. (…) Lukrecja pomógł Patrycji, tej dziwce, jakoś znalazła się dla niego praca szatniarza w którymś z robotniczych domów kultury. Odtąd zadaniem Patrycji było wydawanie piłeczek do ping–ponga, bo młodzi działacze przychodzili grac do klubowej świetlicy. Praca lekka, płatna jak każda inna, cały dzień Patrycja piła kawę w szklance musztardówce, plotkowała z woźną i żyła nadchodzącą nocą. Czasami pozostawała na dyżurze do rana w charakterze nocnego ciecia. Wtedy wyobrażała sobie, że jest barokowa damą, ma wielka krynolinę, wysoka perukę i jedzie karetą do kochanka. Że nazywa się jakoś tak zupełnie nie do wymówienia i zasłania się wielkim wachlarzem. Z dachu kapało do wiadra, za oknem wył wiatr, ale ona wstawała, robiła sobie grzałką kawę na zmianę z herbatą, dodawała do tego wódki i wracała do swojej karety, do Wersalu, do sukni tak wielkich, że pod ich kloszami można zmieścić kilku kochanków i buteleczkę z trucizną. (s. 9–11)

    Dżesika myła brudne szyby w szpitalnym korytarzu i widziała w nich swoje odbicie jako Alexis. Być może z powodu odległości, mroku, czy czegokolwiek innego, brudny fartuch Dżesiki, pełen numerów ewidencyjnych i fioletowych pieczątek wyglądał w szybie jak ta biała suknia, którą w ostatnim odcinku miała na sobie Alexis. Jej spocone loki stawały się nowiutka trwałą. Dżesika aż oniemiała z zachwytu i zdumienia. (…) I Dżesika była szczęśliwa, i szalała i była cała wielka dama! Zadzierała nosa, pozwalała pacjentom podawać sobie ogień i nigdy za niego nie dziękowała. Główkę wysoko trzymała, włosy kręciła na lokówkę, usta smarowała pomadką ochronną i bawiła się, że to szminka. Często dosiadała się do innych salowych i sprzątaczek, siadała w ich pakamerze i była najpierwsza z nich!
    — Pan Zdzisio (Dżesika miała na imię, niestety, Zdzisław) to siada jak królowa, nogę na nogę założy, chleba z masłem z obiadu nie chce jeść! A papierosa pali w szklanej lufce! O, tak pali, tak pali! — I nie mogły zrozumieć salowe, dlaczego pan Zdzisio, ta nasza królowa, nigdy nie zaczepi żadnej z nich. (s. 33–35)

    Lubiewo Witkowskiego zostało przyjęte bardzo ciepło i zostało uznane za istotny głos, który pojawił się w polskiej literaturze (o pozostałe książki można się spierać). Powodami są m.in. opisywanie świata PRL–u z punktu widzenia kogoś, kto żył tamtymi czasami i nie potrafi odnaleźć się we współczesności, a także wprowadzenie do dyskursu literackiego cioty — przegiętej, niepoprawnej politycznie, jawnie eksponującej swoje uzależnienie od seksu. Sądzę, że innym czynnikiem, który uwodzi czytelników jest wirtualny świat odgrywanych ról i auto–narracji. Na poziomie fantastycznej gry, nie dającej się sprowadzić do wymiaru „realnego” (na szczęście/niestety?), możliwe było stworzenie hiper–rzeczywistości, w której obowiązujące wartości (piękna, blichtru, szczęścia, orgazmu) nie mają swoich negatywnych odpowiedników. Próba powołania ich kończyła zabawę, zawieszała grę, która wyrzucając z niej przeniewiercę, pozostała niezbrukana

    Od wspomnianych tendencji można zrobić jeszcze odwołania do dużego obszaru sztuki użytkowej, czerpiącej zarówno z vogue, jak i, w dalekich echach, z rokoka.

    Ilustracja Anji Kroencke

    Uprawiają ją m.in. Jason Brooks, Orlando Hoetzal, czy Anja Kroencke. Kreowany przez nich świat, głównie świat reklamy, nowi wszelkie znamiona symulacji, szczególnie zaś ustanawiania wszystkiego w kontekście absolutnego piękna, które neguje kategorie grzechu i zła.

    Baśnie się nie zmieniają, nie ma drogi na skróty do kryształowego pałacu. Trzeba wysiłku i zręczności żeby utrzymać się w grze. Zbyt łatwo jest spaść do roli Kopciuszka, siedzącego w zaułku ulicy z makijażem rozmazanym od łez. Wszak w pewnym momencie maskarada może pokazać to, co ukrywa: histeryczny śmiech przez gorzkie łzy, puder i muszkę na syfilitycznej ranie.

    _____________
    ♠ Madonna, Vogue, [w:] soundtrack album I’m Breathless, 1990.
    ♠ Michał Witkowski, Lubiewo, ha!art, Kraków 2005.

    Ostatnio dużym zainteresowaniem cieszy się pisarstwo Jacka Dehnela, szczególnie po wydaniu nagrodzonej Paszportem Polityki 2006 powieści Lala. Zdania najczęściej polaryzują się na dwóch biegunach, albo są pełne zachwytu nad dehnelowskim językiem, jego sposobem narracji i trudnym tematem, którego się podjął, albo narzekają na zadęcie autora, pełną afektacji autokreację. Przeczytałem Lalę i poszerzyłem znajomość twórczości Dehnela o tomik poezji Brzytwa okamgnienia.

    Jak sam autor napisał na tyle okładki: „Lala to książka gadana, a zatem książka o wielu sprawach”. Zdanie to trafnie opisuje sposób narracji. Tematem autobiograficznej powieści jest snucie historii, które porywają ludzi, czasy, wykorzystują rzeczywistość jako grunt, na którym prowadzą swoje ulotne życie. Bohaterką jest babcia Dehnela, która na starość zaprzestała swojej najcenniejszej sztuki, opowiadania. On zaś jako narrator staje się spadkobiercą tego zwyczaju i przywołuje z pamięci rozmaite obrazy z dzieciństwa oraz zasłyszane anegdoty i łączy je w prawie cielesną tkan(in)(k)ę. Jedna osoba zaczyna prząść opowieść, która się toczy się na swoich prawach, powrót w narracji do planu rzeczywistego może odbyć się w innym czasie i miejscu, w rękach innego tkacza.

    Anegdoty dotyczą biografii babci, zarówno z czasów jej młodości, jak i okresu, którego Jacek Dehnel był już świadkiem. Utrzymane w tonie wspomnień o dawnej arystokracji, ukazują ciągłość korzeni autora, tradycji i świadomości pochodzenia. Wraz z opowieściami narrator buduje swój mit, wcielany w życie. Odebranie dobrego wykształcenia, zajmowanie się sztukami godnymi dobrze urodzonych, ogłada, piękne wysławianie się, wiedza na tematy rozmaite od doskonałej orientacji w savoir–vivre po znawstwo w dziedzinie roślin ogrodowych.

    Nie ma w tym nic dziwnego, Dehnel na co dzień stara się pokazać, że jest w istocie człowiekiem starej daty. Pojawia się pytanie, na ile jest to zachowanie autentyczne (co jest postulowane poprzez powieść), a na ile to poza, wypreparowana strategia zachowania, obliczona na kreację konkretnego wizerunku. Sądzę, że właśnie ten punkt rozważań jest źródłem krytyki Lali, a także niektórych wierszy z Brzytwy…. Przyjęcie takiego etosu opiera się na milczącym założeniu odróżnienia się od masy, plebsu. Zajmowanie się sprawami wysublimowanymi i godnymi, zakłada całe tło rzeczy pospolitych, którymi zajmują się ludzie nieskomplikowani.

    W tekście odbiorca nie został zdefiniowany jako przedstawiciel którejś z grup, ale biorąc pod uwagę typowego czytelnika, nie trudno poczuć się milcząco oskarżonym o bylejakość. Z drugiej strony czy Dehnel jest winien za kompleksy innych lub za rodzinę, w której się urodził? I dlaczego w ogóle rozważać jego ponadprzeciętną kulturę w kategoriach winy? Powodem może być afektacja, pobrzmiewająca w jego stylu pisania, która łatwo odczytać jako przechwalanie się i zadzieranie nosa. To już pozostaje kwestią indywidualnej lektury i konstrukcji psychicznej czytelnika.

    Samo snucie opowieści w tak gawędziarski sposób motywowane jest wychowaniem wśród kobiet. Znajduję tu analogię do Lubiewa Michała Witkowskiego, którą można również umotywować nieskrywanym homoseksualizmem obu pisarzy (choć w Brzytwie… Dehnel pisze o tym z dużą klasą i poetyckim wyczuciem). Tam, gdzie Witkowski paple, plotkuje, po ciotowsku szczebiocze o kolejnych zaliczanych lujach, tam Dehnel snuje „babskie” piętrowe opowieści o ludziach, ich historiach, gdzie jedna biografia rozwija się jak kłącze, kwitnie nową historią, która znów meandruje w nieprzewidzianym wcześniej kierunku. W jednym i drugim przypadku afektacja, przemożna i niedająca się poskromić regułami potrzeba narracji powodują to, że tekst jest cielesny i żywy. Obaj pisarze mają też w sobie tę Księżnę Udzielną (peruka, muszka, buteleczka trucizny i kochanek pod krynoliną), Witkowski się w nią wciela i ją odgrywa w licznych tekstowych przebierankach, Dehnel zaś powołuje ją swoim drzewem genealogicznym. Pierwszy z nich wprowadził do polskiej literatury głos przegiętej ciotki i zyskał akceptację, drugi pokazuje, jak można jeszcze inaczej pisać o doświadczeniach hetero–nie–normatywnych (choć niekoniecznie związanych z erotyką).

    Lala jest bardzo piękną biografią starej kobiety oraz pożegnaniem z nią i jej opowieściami. Jest też autobiografią, wobec której można mieć pewne zastrzeżenia — choć osobiście nie mam z nią problemów. Posiadanie wielu zalet, zapewnionych wychowaniem i wykształceniem to rzecz piękna (zapewniona przez innych), ale prawdziwym powodem do dumy są nasze osobiste dobre wybory. Jak to się prezentuje w tej książce zależy od indywidualnego odbioru.

    Inną sprawą jest Brzytwa okamgnienia, która jest tomem bardzo dojrzałych i intymnych wierszy. Po raz pierwszy czytałem tak piękne utwory o miłości mężczyzny do mężczyzny, bez tkliwości ani brutalnego agonu. Jednak najbardziej ujął mnie wiersz, który uważam za przeuroczy i błyskotliwy. Dedykuję go wszystkim, którzy przez nieuwagę zgubili sens życia.

    Przyjęcie

    Stoją za oknem strome ciemności,
    ciemność przychodzi do okien gości

    A za ciemnością idą zwierzęta,
    żaden bestiariusz ich nie spamięta.

    Za zwierzętami śmierć biała kroczy,
    śmierć sześcioskrzydła, na skrzydłach oczy.

    Stają u okien. Patrzą do środka.
    Bardzo się zmieni kto je napotka.

    W środku tłum, książki, meble i szklanki,
    czyli szkło, papier, drewno i tkanki.

    I śmierć, i bestia się rozpromienia,
    że się serwuje tyle jedzenia.

    Przez miłorzębu patrzą gałązki
    na nieświadome niczego kąski.

    Ty, jeśli czekasz jakichś morałów,
    nie czekaj dłużej. Czasu jest mało.

    Bądź dobry. Kochaj. Starzej się z wdziękiem.
    Zamki są słabe. Szyby są cienkie.

    _____________
    ♠ Jacek Dehnel, Lala, W.A.B., Warszawa 2007.
    Idem, Brzytwa okamgnienia, Biuro Literackie, Wrocław 2007.
    ♠ Michał Witkowski, Lubiewo, ha!art, Kraków 2005.

    Poprzednio napisałem, jak widzę cyniczno–ekonomiczną twarz krytyki. Położyłbym jeszcze nacisk na przywołany „cynizm”. Wywołany jest brakiem uznanych kategorii oceny, a także naporem rynku sztuki. Wielu krytyków jako jedyną pozytywną wartość swojej pracy widzi skuteczność, która niekoniecznie musi iść w parze z rzetelnością czy zgodnością z własnymi przekonaniami. Strategie skuteczności zmieniają się, dostosowując do sytuacji. Kiedy jest szansa się przypodobać masowemu odbiorcy, używa się jego języka i schlebia prostym gustom. A kiedy dzieło zostało zaakceptowane instytucjonalnie (wystawa, promocja publikacji) łatwo jest przyjąć postawę „alternatywnego” kontestatora i wyśmiać to, co uznane. Oczywiście postawa sceptyczna jest jak najbardziej pożądana i nie należy przyjmować za pewnik opinii samozwańczych autorytetów. Jednak aby nie wyjść na klauna, wydawanie własnych opinii wypada oprzeć ka konkretnej wiedzy, a nie błahych przesłankach.

    Dla przykładu przytoczę recenzję książki Śnieg Orhana Pamuka, opublikowaną na Wrocławskim Portalu Studenckim. Ponieważ sam przygotowywałem się do napisania tekstu o tej powieści, sprawdziłem, jakie teksty pojawiły się w internecie, na co zwracają uwagę recenzenci, które wątki wydobywają, jakie mają spostrzeżenia i jakie są opinie. I wtedy trafiłem na wspomniany tekst, który był jednym z dłuższych. Najpierw miałem ochotę napisać do autora, ale zrezygnowałem, nie sądzę, żeby taka wiadomość wywarła jakiś efekt. Teraz korzystam z możliwości skomentowania tekstu w przestrzeni upublicznionej.

    Chciałbym się odnieść w zasadzie do dwóch punktów recenzji z Portalu Studenckiego, resztę pozostawiam ocenie innych czytelników. Bardzo zainteresował mnie wstęp, gdzie w pierwszych słowach czytamy:

    Wydaje się zrozumiałe, że ważną kwestią, a nawet problemem dla niektórych kluczowym będzie zasadność przyznania Orhanowi Pamukowi pewnej Nagrody, pewnego Pana, który był tak uprzejmy i wynalazł swego czasu dynamit.

    Odejdźmy jednak od tego, daleko precz. Odejdźmy, gdyż Nobel to sprawa trzeciorzędna, ocierająca się o spiskową teorię dziejów, o rozmaite konteksty polityczne, posługujące się spekulacjami, rozległą gamą hipotez, dywagowaniem.

    Brawo! Co za odwaga! Co za buta! Podważenie zasadności werdyktu międzynarodowej komisji ekspertów i odrzucenie Nagrody Nobla jako zbędnego kontekstu przy czytaniu Śniegu — cóż za śmiałe, poważne i świeże podejście! Ale czy autor na pewno potrafił zbudować solidne podstawy takiej krytyki i obronić swoją postawę?

    A może oplucie autorytetów jest banalnym chwytem dla ludzi, którzy nie czują się na siłach podjąć dyskusji na poziomie „dlaczego ocena była właśnie taka”, tylko pozbywają się tego typu dylematu i podejmują wyzwanie na swoim poziomie? Albo próbują pokazać swoją moralną i intelektualną wyższość nad zakurzonymi naukowcami w grubych okularach i swetrach z przetartymi łokciami?

    Według mnie odpowiedź na to pytanie w tym przypadku dostarcza ostatni akapit, podsumowujący przemyślenia autora:

    Należy wreszcie spytać: w jaki sposób Orhan Pamuk chciał zrewolucjonizować powieść polityczną? Przypuszczalnie, odpowiedzią mogłaby być groteskowość, rozluźniająca fabularne schematy, groteskowość znana już od Lawrence’a Stern’a i jego sentymentalnych podróży, czy „Kubusia Fatalisty…” Denisa Diderot.

    Pomijając aspekt formalny tekstu (zapis tytułu i odmiana obcojęzycznych imion i nazwisk), autor zaprezentował grunt, na którym rozpatruje Śnieg. Zastanawia mnie, czy nie powinno być mu wstyd odnosić powieść z początku XXI wieku do otworów z końca XVIII? Osobiście uważam, że to obnażające wyznanie, że jest się po zajęciach z początków powieści, które ustanowiły całą perspektywę odczytywania tekstu. Aż szkoda, że autor nie wyszedł z tego obszaru, sięgając np. po Franza Kafkę (w końcu to klasyka, a można próbować porównywać oniryczne atmosfery z Procesu i Śniegu) czy realistów rosyjskich w osobie Iwana Turgieniewa (na którego w końcu powołuje się Orhan Pamuk). Spojrzenie autora zaowocowało ostateczną konkluzją:

    Poza tym mnóstwo niepotrzebnie przydługich dyskusji, do siebie bezlitośnie podobnych, kopiowanych (rezultat – 550 stron, które się odczuwa na skórze). I pada ten „Śnieg”. Nieustannie. Za mało realistyczny, by brać go dosłownie, przezroczysty. Zbyt nieokreślony, by weń uwierzyć. Bez odczucia chłodu, sztuczny, filmowy chwyt. Za szybką odbiornika lub w śmiesznej, szklanej kuli. Nieczuły. Pada.

    I oto, czego szuka autor w Śniegu. Realizmu. REALIZMU. Moim zdaniem mówiąc poważnie o tekstach kultury wypada używać tego terminu tylko w odniesieniu do nazwy nurtu artystycznego. Ale autor ma wobec „realizmu” wymagania: ma być ciekawy, zajmujący, rozrywkowy — nuda i błahe dialogi wciąż o tym samym już realistyczne nie są. A na dobra sprawę ujawnia się tylko to, jak płytko, powierzchownie czyta powieść. Chyba nie trzeba więcej komentować, dalsze wnioski pozostawiam innym. Podsumowując: uważam, że osoba, która podjęła się napisania tego tekstu jest niekompetentna, nie przygotowała się do swojego zadania, a zamieszczenie go na portalu studenckim źle świadczy o jego redaktorach.

    Inne wypowiedzi krytyczne o Śniegu szły o krok dalej, jeżeli chodzi o plan odniesienia, najczęściej sięgając do pisarzy (rzadziej filozofów) wspomnianych w książce. Podejście zdawałoby się poprawne, okazało się pułapką. Oceniający nie potrafili, nie chcieli, a może nie widzieli potrzeby, wyjścia poza ocenę planu dosłownego oraz politycznych nawiązań. Wszystko, co było inne — a co wg mnie stanowi sedno powieści — zostało uznane za udziwnienie, oryginalny zabieg, czasem nudnawy.

    W sumie jestem im wdzięczny, gdyż krytycy ci dali mi świetne argumenty, przemawiające za postulowaną przez Barthesa śmiercią autora. Kontekst biografii autora zamiast poszerzyć (np. o tradycję literacką Turcji; perskie źródła tureckiej poezji, istotnego tematu powieści; zasób motywów literackich, np. zakochania we śnie; tradycyjnych wzorów jak relacja mitycznych Bliźniąt, oparta na relacji Arymana i Ormuzda), zawęził ją do dosłownie potraktowanych intertekstów (bez podejrzenia o grę z nimi) oraz potraktowania odwołań politycznych jako najgłębszego z możliwych poziomów odczytu.

    Cóż mógłbym zasugerować? Zdrowy sceptycyzm na każdym kroku analizy tekstu (nie tylko na samym początku), ale także wobec siebie i swoich racji. Uważną lekturę tekstu (close reading) i dopiero w oparciu o nią formułowanie dalszych wniosków (nie rozumiem na przykład, dlaczego większość recenzentów uczepiła się — bezkrytycznie — do Turgieniewa, a pominęła przywoływanych filozofów, czy pojawiające się natrętnie piosenkę Roberta Peppina di Capri i fakt, że główny bohater powieści jest spod znaku Bliźniąt). No i wreszcie poszerzanie perspektywy, branie pod uwagę czasu i miejsca powstawania tekstu, jego miejsca w pejzażu całej sztuki oraz odniesienia do tradycji i innych dzieł.

    _____________
    ♠ Orhan Pamuk, Śnieg, przeł. A. Polat, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006.


    • RSS