theyellowbook blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: muzyka

    No i stało się. Pani Muzykalność wyciągnęła mnie na Open’er Festival (4–6. lipca 2008 r.). Z początku miałem opory, gdyż zespół, na którym mi najbardziej zależało — Beirut — odwołał koncert. Pani Offowość zaś była nieco zawiedziona z powodu kolejnej artystki, która się wykruszyła, czyli M.I.A.. Tak się jednak złożyło, że jeszcze kilka znajomych zgłosiło się na wyjazd i względy towarzyskie w pewnym stopniu przeważyły. A choć z powodu obowiązków pani Pilność nie mogliśmy dojechać do Gdańska na czas, pojawiliśmy się tam na drugi i trzeci dzień.

    Miałem trochę obaw względem koncertów, przede wszystkim samej ich formuły. Na miejscu część z nich się rozwiała, a inne przeciwnie, objawiły swoje jeszcze bardziej podstępne oblicze. W kwestii samych wykonawców miałem różne uczucia, choć były zespoły, które chciałem usłyszeć na żywo, to dużej części albo nie znałem, albo zupełnie mnie nie interesowała (jak Jay–Z).

    Ogólnie występy artystów oceniam bardzo pozytywnie. Nawet Jay–Z, który był z trochę innej bajki, postawił na zrobienie show, co mu wyszło całkiem fajnie. Dobre nagłośnienie, dynamiczne oświetlenie i dekoracje ustawiane osobno dla każdego zespołu, wprowadzały klimat i sprawiały, że wszystkie występy były unikatowe. A teraz garść konkretów:

    Interpol — uczciwie, nie pamiętam tego występu. Żadna z ich piosenek nie wyryła mi się w pamięci. Słuchając ich kawałków na MySpace faktycznie coś świta, że mogli to śpiewać, choć jutro i tak pewnie nie będę tego pamiętał. Cóż, na mnie działają głównie słodkie, wysokie wokale (tak, tak, Lisa Gerrard), a na koncercie Interpol oddziaływał głównie gitarami basowymi i perkusją. Odbiór odbywał się bardziej brzuchem niż uchem. Dopiero słuchanie tego na spokojnie, w domu, z dobrymi słuchawkami zaczyna działać jak powinno.

    CocoRosie — to najbardziej wyczekiwany przeze mnie koncert z całego Open’er i największe rozczarowanie! Otóż z niewiadomych mi i raczej niewyjaśnialnych powodów organizatorzy postanowili strzelić sobie samobója. Jeden z najoryginalniejszych występów odbył się bowiem w namiocie — ogromnym, ale cóż znaczy „ogrom” w porównaniu z rzeszą ludzi, która do niego wtargnęła, żeby zobaczyć siostry Casady. Ścisk był taki, że z musieliśmy opuścić namiot razem z panią Wściekłość, która miała łzy w oczach. Do tego dopiero jak wyszliśmy zaczęto grac fajniejsze kawałki, co tylko zwiększyło rozgoryczenie. A żeby nas jeszcze pogrążyć w pretensjach, podczas koncertu Sex Pistols podniesiono poły namiotu, ułatwiając komunikację, uczestniczenie w koncercie i rozładowując tłum. Za późno się uczycie na błędach, państwo organizatorzy!

    Gentleman — słyszałem, że to było jedno z największych wydarzeń Open’er. Tymczasem… sprawa ma się identycznie jak z Interpolem. Może nawet gorzej, bo słuchanie kawałków na MySpace niewiele mi przypomina. Niemniej telewizja jest zachwycona zespołem, być może bez niej nawet bym nie pamiętał, że ktoś taki występował. W krótkim wywiadzie udzielonym reporterom wokalista wyjawił, że chce, aby na świecie zapanował pokój. Był tak uroczo i naiwnie tym przejęty, że pewnie mówił szczerze. Ale do reggae chyba mnie nie przekonał.

    Erykah Badu — Wielka Spóźniona Open’era. Absolutna rewelacja. Gigantyczna osobowość, promieniująca ze sceny. Gospelowy głos, zdolny kruszyć kryształy. Nigdy nie wnikałem w jej biografię ani teksty jej piosenek, więc występ był dla mnie dużym zaskoczeniem. Po pierwsze, w jednym z utworów śpiewała o Elohimie. Nie wiem, do jakiej opcji religijnej tym nawiązywała, ale z pewnością jest daleko od chrześcijańskiej ortodoksji. Po drugie, jeden z utworów miał ściśle szamański charakter. Erykah najpierw zapytała się zebranych, czy lubią śnić, następnie zaczęła przedziwny zaśpiew, wtórując sobie grą na prostym bębenku. Tu nie mam wątpliwości, że nawiązała do tradycji duchowych podróży, w których przewodnikiem był magiczny instrument.

    Goldfrapp — nigdy wcześniej nie spotkałem się bezpośrednio z twórczością Alison Goldfrapp, ale mam wrażenie, że moje ucho dawniej wyłapywało z tła jej muzykę, gdyż brzmiała znajomo. Przyjemnie było jej posłuchać: posmak lat 80., lekki aromat kiczu. I kolejne „magiczne” zaskoczenie po Eryce Badu. Na koncernie występowały 3 wokalistki (w tym Alison). W tle, za muzykami stał stroik z poroża zatkniętego na słup, ze zwisającymi z niego wstążkami w kolorach różu, błękitu i bieli. Dodatkowo na instrumentach stały sztuczne zwierzęta: sowa i kruk. biorąc pod uwagę, że zespół pochodzi z Wysp Brytyjskich, nawiązanie do kultów Potrójnej Bogini i Rogatego Pana nie są przypadkiem. To niezwykle ciekawe, gdyż sama muzyka nie jest żadnym przetworzeniem motywów folkowych, nawiązanie musi być więc głębsze.

    Massive Attack — drugi z bardziej wyczekiwanych przeze mnie zespołów. Po koncercie mam nieco mieszane uczucia. A nawet nie mieszane — bardzo wyraźnie podzielone. Niezwykle mi się podobały wszystkie utwory, w których nie śpiewał główny wokalista, czyli m.in. Teardrop, Angel i Unfinished sympathy. Niestety, nie mogę się pogodzić estetycznie z panem wokalistą, który według mnie śpiewał wszystko na dwóch nutach i za cały swój taniec miał kręcenie młynka łapkami. To punkt sporny z panią Wrażliwość, która uważa, że wokalista ma seksowny głos i równie seksownie się porusza. De gustibus… Faktycznym zgrzytem dla mnie było wyświetlanie na planszy za zespołem sentencji. To zabawne, bo kamery, które przekazywały sytuację ze sceny na telebimy ani razu nie pokazały żadnego z tych zdań od początku do końca. Niemniej, jedna po drugiej, leciały tam życiowe, pro–wolnościowe i pro–tolerancyjne mądrości. Jak dla mnie zabieg był za mocno retoryczny, jeżeli Massive Attack chce nadać swojej twórczości tak mocno ideologiczny wydźwięk, to te teksty powinny być wyśpiewane, a nie przekazywane pobocznym medium. Na szczęście tę niedoróbkę pomysłu zrekompensowało mi wykonanie wspomnianego Angel, podczas którego grał nie tylko głos wokalisty, ale również powódź czysto–białego światła. To jedyny utwór, który zdołał otworzyć dla mnie niebo podczas Open’er.

    Chemical Brothers — niestety, pomysł na prezentację — która sama w sobie była świetna i zasługuje na najwyższą ocenę — absolutnie się nie zgadza z tym, co uważam cenne w samym zjawisku koncertu. Dla mnie jego sednem jest bezpośrednie obcowanie z żywym artystą, odbiór dzieła tworzonego tu–i–teraz, gdzie każde działanie sceniczne natychmiast wywiera bezpośredni wpływ na unikatowe wykonanie. Niestety, Chemical Brothers mają założenie, że ukrywają siebie jako osoby i każą obcować widzom z elektronicznymi (re)prezentacjami. Jak wspomniałem, ich poziom był bardzo wysoki, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ktoś trochę ze mnie kpi. Ja oglądam nakręcony wcześniej obraz z muzyką, a sami artyści właśnie jedzą kiełbaski w części gastronomicznej gdyńskiego lotniska. Gdybym oceniał występ w kategoriach kina, ocena może byłaby inna. Niestety, gdy się zorientowałem, ze już nie zobaczę grających muzyków, szybko opuściłem koncert.

    Podsumowując Open’er jako całość, mam kilka spostrzeżeń, dotyczących samego koncertu, jak i kwestii ogólniejszych:

    ♠ Z jednej strony Open’er został zorganizowany fenomenalnie: świetne miejsce, armia obsługi, profesjonalny sprzęt, zapewniona higiena w postaci Miasteczek ToiToi, rozstawione w pewnej odległości od scen punkty gastronomiczne, zapewniony przejazd autobusami z i do miasta, dodatkowe atrakcje, etc. Z drugiej strony te same punkty można przemienić na minusy, biorąc pod uwagę rzesze ludzi, którzy się pojawili. Mam wrażenie, że organizatorzy zupełnie nie panowali nad liczbą gości i sprzedanych biletów. Każdego dnia, mniej więcej w czasie rozpoczęcia pierwszych koncertów, brakowało bransoletek, które były przepustkami na kolejne dni. Już to wskazuje, że przygotowanych wejściówek było mniej niż uczestników. Efekt: nieznośne zagęszczenie ludzi, ścisk na koncertach, problemy organizacyjne (gigantyczne kolejki do punktów z bransoletkami, punktów wymiany pieniędzy na festiwalowe kupony, etc.), katastrofa komunikacyjna po koncertach drugiego dnia, gdy kilka tysięcy osób próbowało wsiąść do opieszale podjeżdżających autobusów.

    ♠ Dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że artyści, po których się tego zupełnie nie spodziewałem, w oryginalny i chyba dość głęboki sposób nawiązują do bardzo starych tradycji.

    ♠ Cieszę się, że po raz pierwszy mogłem jeść chińskie jedzenie z charakterystycznego, kartonowego pudełeczka, które do tej pory znałem tylko z amerykańskich filmów ;)

    ♠ Pomimo tego, że niektóre występy były naprawdę świetne, formuła koncertu na wolnym powietrzu nie bardzo mi odpowiada. Chyba preferuję kontemplacyjny sposób odbierania muzyki (i koncerty przeznaczonych do tego w salach). Z małymi wyjątkami nie angażuję się cieleśnie w słuchanie utworów, więc banda pogujących i rzucających się w amoku sąsiadów jest niezwykle irytująca. To samo mogę powiedzieć o osobach, które nagle zaczynają o czymś głośno rozmawiać i „brzęczeć” nad uchem, oraz o braniu kogoś „na barana”. Chociaż rozumiem intencje (sam bym wziął na ramiona panią Ciekawość), wielka, zasłaniająca scenę, czarna sylweta Pani Dziuni, falującej nad głowami zebranych dwoma kubkami piwa, może doprowadzić do furii.

    ♠ Najbardziej fascynujące dla mnie spostrzeżenie, jakie poczyniłem, to kulturowe znaczenie grania ciałem podczas uczestnictwa w koncercie. Takie zachowanie zmienia się wraz z czasami i nie mam pojęcia, od czego ono zależy (być może od występów piosenkarzy na teledyskach, których zachowanie jest kopiowane przez fanów). A konkretnie: podczas skandowania i innych podobnych czynności, ludzie podnoszą w górę pięści i machają/wygrażają nimi. Często też wzmacniając efekt, wyciągają palec wskazujący, dzięki czemu ich ruch przypomina pouczanie. Kiedyś robiono „meksykańską falę”, wznoszono w górę zapalniczki i falowano nimi. Dzisiaj grozi się paluszkiem. Jestem ciekaw, jakie ukryte treści są tym wyrażane — podejrzewam, że to znak przesycenia muzyki niejawną, ale silną agresją. Wyuczeni na tym słuchacze reagują również zachowaniem wyrażającym przemoc.

    Chociaż w głównej mierze — z małymi, ale cennymi wyjątkami — traktuję festiwal jako ciekawostkę, wyjazd był ogromnym sukcesem towarzyskim. Poznałem kilka przesympatycznych osób oraz zostałem podstępnie zarażony muzyką Santogold, która nie jest dla mnie klasycznie piękna, ale chodziła mi po głowie nieprzerwanie przez kilka dni. Udało mi się również bardzo wypocząć dzięki wizycie… w aqua parku. Dzika Rzeka okazała się strzałem w dziesiątkę, podobnie jak dwie wodne zjeżdżalnie. Nie sądziłem, że kilkugodzinne pływanie w gorącej wodzie może być aż tak odprężające. Dziękuję wszystkim, którzy umilili mi wyjazd, dzięki Wam będzie niezapomnianym, pięknym doświadczeniem.

    Byłem bodajże w II klasie podstawówki, gdy pewnego popołudnia, siedząc samemu w domu, włączyłem TVP 2. Akurat leciały wideoklipy. Wtedy nagle zobaczyłem coś niesamowitego, połączenie onirycznych scen z muzyka, która w jednej chwili podbiła moje serce. Kiedy klip miał się ku końcowi, usilnie starałem się zapamiętać nazwę zespołu — najwyraźniej to nie był jeszcze czas, kiedy człowiek otacza się setką fiszek z zapiskami. Wiedziałem, że słowa te i tak mi się ulotnią szybko, ale może przy odrobinie wysiłku, kiedyś odkopię je z archiwum pamięci. Tylko trzy słowa, ale po angielsku, trudne do zapamiętania dla dziecka: Dead Can Dance. Zapamiętaniem tytułu wideoklipu — The Carnival Is Over nawet nie zawracałem sobie głowy. A jednak wszystko tam zostało.

    Minęło kilka lat. Były wakacje, chyba między V a VI klasą podstawówki. Jurata, w czasach, gdy jeszcze była kurortem dużo bardziej przyjaznym turystom. W kawiarni Juratka sprzedawano niezapomniane lody jagodowe, na ulicach były stragany w fajnymi rzeczami, dobrego gatunku, a nie wakacyjnym chłamem spod sztandaru jaskrawego ręcznika i bezsmakowych gofrów. I to przy głównej ulicy stał stragan–stojak z mnóstwem kaset z muzyką. Idąc odwróciłem głowę i przeskanowałem tylko wzrokiem nazwy zespołów i tytuły. Bdłąk!!! Grom z jasnego nieba (pozdrawiam pana Heraklita). Ależ to TO! Niemożliwe! Kupiłem, sprawdziłem. Na kasecie nie było tamtej piosenki sprzed lat, ale po wysłuchaniu pierwszej piosenki nie miałem już żadnych wątpliwości.

    Tak zaczęła się moja przygoda z Dead Can Dance. Zanim znalazłem kasetę (bo to były wciąż czasy kaset) z The Carnival Is Over, minęły jeszcze ze cztery albumy. Zebrałem wszystkie oprócz nie rozpowszechnianego albumu Garden of the Arcane Delights (gdzie są tylko 4 piosenki) oraz dwóch kompilacji. W muzyce tego zespołu najbardziej zachwycił mnie głos wokalistki, Lisy Gerrard. Wokal Brendana Perry był dla mnie na drugim planie, choć oba głosy występowały w utworach razem,świetnie się dopełniają. Prawdopodobnie tak właśnie wyglądał kryzys zespołu: Brendan miał być czołowym piosenkarzem, Lisa zaś miała przede wszystkim robić całe tło instrumentalno–wokalne. Tymczasem kilka piosenek, na których zaśpiewała solo, przyciągnęło uwagę odbiorców i wkrótce zaczęła wychodzić na pierwszy plan. Tak rodzi się artystyczna zazdrość, żywioł okrutny.

    Informacje o zespole były bardzo skąpe, wciąż była to dla mnie epoka przedinternetowa. Znalazłem jedną, cienką książeczkę na temat Dead Can Dance. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem zdjęcia wokalistów, których do tej pory mogłem sobie tylko wyobrażać. Anielska Lisa z koroną splecionych, złotych włosów. Brendan, który wyglądał jak podejrzany Plastuś, efekt maskowany na kilku zdjęciach hiszpańską bródką (Plastuś z Różą w Zębach). Od momentu, gdy dowiedziałem się, że mężem Lisy jest Polak, miałem nadzieję, że takie koneksje mogą doprowadzić do zorganizowania koncertu w Polsce. Najwyraźniej przeceniłem ducha patriotyzmu.

    W muzyce uwielbiam dwie rzeczy. Po pierwsze, kiedy jest minorowa. Jeśli utrzymana jest w tonacji Dur to dobrze, jeśli jest wzniosła. Taka muzyka oczyszcza emocje. Po drugie, kiedy prowokuje wyobraźnię, pobudza do snucia własnych historii, obrazów (tu przypominają mi się sesje RPG, na których nieodmiennie obecne było Dead Can Dance, inspirujące również wiele scenariuszy). Przez wiele lat Yulunga miała pierwszeństwo przed wszystkimi innymi utworami.

    Tymczasem odkrywałem krok po kroku, że poza wąska grupką przyjaciół, która dopiero się formowała, prawie nikt nie zna albo nie przepada za Dead Can Dance. Najczęstszą nań reakcją było niezrozumienie muzyki: bo za smutna, bo za dziwna. Oczywiście, byłem tym przejęty, ale raczej nie ciesząc się swoją oryginalnością, tylko ukrywając zainteresowania dla siebie. Jakoś nie dałem sobie wmówić sekciarstwa ani stanów depresyjnych i tak doczekałem się solowych płyt Lisy Gerrard. Każdy kolejny album jest lepszy od poprzedniego, dojrzalszy. Stylistycznie nawiązują do różnych tradycji muzycznych świata, od korzeni wczesnochrześcijańskich po muzykę Indian Ameryki Północnej.

    W końcu nadszedł rok 2005, a wraz z nim wieść o reaktywacji zespołu na czas trwania jednej trasy koncertowej, która miała być ostatnią. Co więcej, jeden z koncertu miał się odbyć w Warszawie! Pełen szczęścia odkładałem pieniądze i szykowałem się, żeby zamówić bilet w Empiku… niestety, rozeszły się w niecałe dwa tygodnie, a na Allegro chodziły po absurdalnych cenach. I tak oto moje marzenie miało pozostać niespełnione. Słyszałem nagranie z koncertu, pojawiło się tam sporo genialnych utworów, które nie znajdują się na żadnym z albumów, efekt naprawdę wstrząsający. Podejrzewam, że pojawienie na występie zakończyłoby się dla mnie zbieraniem chłonną ściereczką Viledy. A przynajmniej, utopieniem się we własnej wodzie morskiej.

    Jedną z najciekawszych cech z muzyce Dead Can Dance, a potem na solowych płytach Lisy, to „język”, w którym śpiewa wokalistka, czyli brak języka jako takiego. Modeluje śpiewane słowa w zależności od muzyki, jej tematu, ukrytej opowieści. Używa słowa jako plastycznej materii, którą dowolnie formuje, a następnie wyciska na emocjach słuchaczy. Jednak najmocniejszą stroną tej muzyki jest to, co nazwałem śpiewaniem ku światłu. Chodzi o strukturę analogiczną do budowy muzyki buddyjskiej. Utwór zaczyna się niskimi dźwiękami, ciemnością, z której nagle wybija się w czystych dźwiękach wzwyż, ku światłu. Dla mnie wrażenie jest niesamowite, siła melodii wyrywa wręcz z ciała ku innym sferom. Co więcej, ta muzyka w ciągu kilku sekund potrafi wycisnąć potok łez (podobno moja zmarła już babcia reagowała tak na muzykę Chopina). Przykład: uważam, że Aria jest prawie za piękna.

    Na koniec bardzo ciekawa kompilacja, wideoklip Mylene Farmer z piosenką Persephone Dead Can Dance. Rudowłosa jako Kozioł Ofiarny, założycielski mord i agon z Minotaurem.

    _____________
    ♠ Dead Can Dance, Dead Can Dance (1984), Spleen and Ideal (1985), Within the Realm of a Dying Sun (1987), The Serpent’s Egg (1988), Aion (1990), A Passage in Time (1991), Into the Labyrinth (1993), Toward the Within (1994), Spiritchaser (1996), Wake (2003).
    ♠ Lisa Gerrard, The Mirror Pool (1995), Duality (1998), Immortal Memory (2004), A Thousand Roads (2005), The Silver Tree (2006).

    Rokoko było zjawiskiem w dziejach kultury, które pomimo swojej ulotności, wycisnęło piętno w zbiorowej wyobraźni. Mit złotej klatki, niekończącego się karnawału, w którym złocone i koronkowe maski przykrywają wypudrowane do nieludzkiej bieli twarze, jest wciąż żywy.

    Sądzę, że przyczyną popularności rokoka jest skojarzenie go z maskaradą, której uczestnicy są doskonale świadomi obowiązujących konwencji, pławią się w niej do granic życia, ale też potrafią puścić oko, odsłonić kostium bez wybijania się z roli. Nasza kultura lubi podobne gry pozorami, nadpisywanie rzeczywistości dekadenckimi narracjami, stąd też taka interpretacja czasów Króla Słońce.

    Estetyka rokokowa w swoich założeniach idzie w parze z vogue, hiper–estetyką wymuskania i przegięcia. Korzystają z tych samych scenariuszy i rekwizytów. W centrum zainteresowania znajduje się przeestetyzowane i wystylizowane ludzkie ciało — bohater opowieści. Pokazywane jest jako nonszalancko oraz spontanicznie ustawione i eleganckie: wyprostowane, spięte, szczupłe. Prezentuje się w wymyślnych gestach i wystudiowanych pozach. Jego przygody to flirt, miłostki, sprawy błahe, na które mogą sobie pozwolić ludzie lekkomyślni i wolni.

    Kanonicznym przykładem jest piosenka Madonny — piosenkarkę można uznać za matkę vogue, Królową Słońce — w jej rokokowej interpretacji choreograficznej:

    Tekst piosenki jest mottem estetyki vogue, przez którą można współcześnie patrzeć na rokoko:

    (…) All you need is your own imagination
    So use it that’s what it’s for
    Go inside, for your finest inspiration
    Your dreams will open the door

    It makes no difference if you’re black or white
    If you’re a boy or a girl
    If the music’s pumping it will give you new life
    You’re a superstar, yes, that’s what you are, you know it (…)

    Jednym z elementów performansu jest odgrywanie płci w których męskość i kobiecość posiadają swoje silne wzorce oraz atrybuty. Obecnie źródłami wizerunków są gwiazdy showbiznesu, aktorzy, piosenkarze i modele płci obojga; dawniej — Król Słońce, dworscy modnisie, bohaterowie bukolicznych romansów. Wyrażanie płci za pomocą emblematów jest inspiracją do gry form i transgresji, gdyż prawdą jest to, co jest przedstawiane, oznaczane. Stąd zarówno vogue, jak i rokoko są językami, w których wyraża się zjawisko queer. Przykładem pierwszego jest film Paris is burning (reż. Jennie Livingston, 1990 r.), którego fabuła toczy się wokół balu drag queen, na gdzie clou programu jest taniec vogue. Przykładem działania mitu rokoka jest Lubiewo Michała Witkowskiego. Oto kilka przebieranek:

    Lukrecja — pięćdziesiąt lat, gładko ogolona twarz, cyniczny, także gruby. Czarne, zżarte grzybicą paznokcie. (…) Lukrecja pomógł Patrycji, tej dziwce, jakoś znalazła się dla niego praca szatniarza w którymś z robotniczych domów kultury. Odtąd zadaniem Patrycji było wydawanie piłeczek do ping–ponga, bo młodzi działacze przychodzili grac do klubowej świetlicy. Praca lekka, płatna jak każda inna, cały dzień Patrycja piła kawę w szklance musztardówce, plotkowała z woźną i żyła nadchodzącą nocą. Czasami pozostawała na dyżurze do rana w charakterze nocnego ciecia. Wtedy wyobrażała sobie, że jest barokowa damą, ma wielka krynolinę, wysoka perukę i jedzie karetą do kochanka. Że nazywa się jakoś tak zupełnie nie do wymówienia i zasłania się wielkim wachlarzem. Z dachu kapało do wiadra, za oknem wył wiatr, ale ona wstawała, robiła sobie grzałką kawę na zmianę z herbatą, dodawała do tego wódki i wracała do swojej karety, do Wersalu, do sukni tak wielkich, że pod ich kloszami można zmieścić kilku kochanków i buteleczkę z trucizną. (s. 9–11)

    Dżesika myła brudne szyby w szpitalnym korytarzu i widziała w nich swoje odbicie jako Alexis. Być może z powodu odległości, mroku, czy czegokolwiek innego, brudny fartuch Dżesiki, pełen numerów ewidencyjnych i fioletowych pieczątek wyglądał w szybie jak ta biała suknia, którą w ostatnim odcinku miała na sobie Alexis. Jej spocone loki stawały się nowiutka trwałą. Dżesika aż oniemiała z zachwytu i zdumienia. (…) I Dżesika była szczęśliwa, i szalała i była cała wielka dama! Zadzierała nosa, pozwalała pacjentom podawać sobie ogień i nigdy za niego nie dziękowała. Główkę wysoko trzymała, włosy kręciła na lokówkę, usta smarowała pomadką ochronną i bawiła się, że to szminka. Często dosiadała się do innych salowych i sprzątaczek, siadała w ich pakamerze i była najpierwsza z nich!
    — Pan Zdzisio (Dżesika miała na imię, niestety, Zdzisław) to siada jak królowa, nogę na nogę założy, chleba z masłem z obiadu nie chce jeść! A papierosa pali w szklanej lufce! O, tak pali, tak pali! — I nie mogły zrozumieć salowe, dlaczego pan Zdzisio, ta nasza królowa, nigdy nie zaczepi żadnej z nich. (s. 33–35)

    Lubiewo Witkowskiego zostało przyjęte bardzo ciepło i zostało uznane za istotny głos, który pojawił się w polskiej literaturze (o pozostałe książki można się spierać). Powodami są m.in. opisywanie świata PRL–u z punktu widzenia kogoś, kto żył tamtymi czasami i nie potrafi odnaleźć się we współczesności, a także wprowadzenie do dyskursu literackiego cioty — przegiętej, niepoprawnej politycznie, jawnie eksponującej swoje uzależnienie od seksu. Sądzę, że innym czynnikiem, który uwodzi czytelników jest wirtualny świat odgrywanych ról i auto–narracji. Na poziomie fantastycznej gry, nie dającej się sprowadzić do wymiaru „realnego” (na szczęście/niestety?), możliwe było stworzenie hiper–rzeczywistości, w której obowiązujące wartości (piękna, blichtru, szczęścia, orgazmu) nie mają swoich negatywnych odpowiedników. Próba powołania ich kończyła zabawę, zawieszała grę, która wyrzucając z niej przeniewiercę, pozostała niezbrukana

    Od wspomnianych tendencji można zrobić jeszcze odwołania do dużego obszaru sztuki użytkowej, czerpiącej zarówno z vogue, jak i, w dalekich echach, z rokoka.

    Ilustracja Anji Kroencke

    Uprawiają ją m.in. Jason Brooks, Orlando Hoetzal, czy Anja Kroencke. Kreowany przez nich świat, głównie świat reklamy, nowi wszelkie znamiona symulacji, szczególnie zaś ustanawiania wszystkiego w kontekście absolutnego piękna, które neguje kategorie grzechu i zła.

    Baśnie się nie zmieniają, nie ma drogi na skróty do kryształowego pałacu. Trzeba wysiłku i zręczności żeby utrzymać się w grze. Zbyt łatwo jest spaść do roli Kopciuszka, siedzącego w zaułku ulicy z makijażem rozmazanym od łez. Wszak w pewnym momencie maskarada może pokazać to, co ukrywa: histeryczny śmiech przez gorzkie łzy, puder i muszkę na syfilitycznej ranie.

    _____________
    ♠ Madonna, Vogue, [w:] soundtrack album I’m Breathless, 1990.
    ♠ Michał Witkowski, Lubiewo, ha!art, Kraków 2005.


    • RSS