theyellowbook blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: yellow

    Przemyślenia zainspirowane pomysłami kupienia jeża. Pomysły przeminęły w zderzeniu z przeliczeniem jeża na liczbę kurtek bądź płaszczy.

    Status GG:
    Jeże się urodziły. Kupić? Nie kupić? *obgryza pazur*

    Astarael
    Kupić! :-D
    Ja
    i będę zgubion. jeże zamieszkaja na czubku mojej głowy. i tam będą sie kręcić w kółko, tupać i bździć gdzie popadnie. a ja będę je za to hołubił.
    Astarael
    Będziesz stracony. :-]
    Ja
    zamieszkam w gnieździe na szczycie wielkiego drzewa. i obwinę się chustą. ze światem będę się komunikował za pomocą wrednie wystawionego nosa. ludzie będą wróżyć z kierunku, w jakim będę zwrócony.
    Ja
    będę się żywić raz w roku pomarszczonymi jabłkami, które nie spadną z gałęzi do późnej jesieni, krojąc je maleńkim nożykiem na plastry.
    Ja
    taki mój los.

    Ja 14:11:25
    Lol, Koło Fortuny i Magda Mięsny :D
    Aliss
    :D bosz, w ogóle to jeszcze leci!
    Ja
    tak, nowa edycja jest. z tym potwornym człowieczkiem
    Aliss
    nie wiem, czy magda mięsny przekręca literki, a wojciech pijanowski podkręca wąsa do kamery. ale są chetni. i o zgrozo muszą być jacyś widzowie
    Ja
    no ba że są. po codziennym rajdzie po m jak maść i moda na suknie – koło fortuny. ale teraz jest bardziej żenująco.
    Ja
    bo magda mięsny przynajmniej odwracała te literki. a teraz już to się robi jakoś automatycznie i ta laska po prostu chodzi jak ta kaczka tam i z powrotem tam i z powrotem i dotyka tych klocków nie wiadomo po co.
    Ja
    to jest niesamowite, że magda masny stała się instytucją sama w sobie. i jest totalnym symulakrem – bo nie spełnia żadnej funkcji, nic tam nie robi. tylko się przechadza – a bez tego przechadzania nie byłoby w ogóle koła.
    Ja
    to chyba jakaś klisza po american dream – chyba w takich programach amerykańskich standardem jest podstarzały prowadzący i trzódka hostess, które przynoszą nagrody, mizdrzą się przy samochodach i bimbają na sznurach od bramki nr 3.
    Ja
    a nam z tego snu pozostała już tylko magda.
    Aliss
    :D bosz. to temat na felieton przynajmniej :D magda mięsny a wyobrażenia zbiorowe.
    Aliss
    pamiętam jak oglądałam w wieku lat 6 czy 7 sat1 i tam były takie apetyczne teleturnieje. niepojęte zasady i dziwne nagrody.
    Aliss
    aternatywna rzeczywistość zza odry. piękni ludzie z niebieskawymi zębami i dziwne szufladki z dojcze markami.

    Śniła mi się dzisiaj mysz. Ta sama, która wczoraj wieczorem łaskawie przecwałowała susami przez przedpokój, prezentując mi swój brązowy zad i ogon. Zarówno na jawie, jak i we śnie, mieliśmy z myszą małe problemy komunikacyjne: otóż nie rozumiała moich intencji, aby polubownie się pożegnać. Nie planuję jej ścinać głowy ani mumifikować jakimś świństwem — niemniej we śnie prawie oberwała jakąś pałą. Co więcej, urosła do rozmiarów młodego kota, czym mnie dodatkowo wkurzyła (no bo o ile więcej musiałaby jeść!).

    Zaczynam podejrzewać, że ta mysz ma reprezentować mnie: przemykającego się z kąta w kąt przez miejsce, gdzie nie czuje się dobrze, a gdzie zostaje dla świętego spokoju i jedzenia. A skoro nie chcę, żeby ktoś mi uciął głowę albo zmumifikował, powinienem przemyśleć swoją postawę (przemyśliwuję i czekam na energy packa). Myszy i ludzie w nowym wymiarze.

    W Lost Sawyer czytał Ludzi i myszy. Jego analogon z Queer as folk, Brian, nie czyta — ale gdyby trafił na bezludną wyspę, to na pewno by zaczął. Zwłaszcza, że w okresie posuchy zawsze pozostałaby półprzymknięta książka (bonus: wiedziałby, gdzie skończył; antybonus: trudno by było wrócić do poprzednich stron).

    Krisznamurti powiedział kiedyś: „Człowiek jest samotny jak ogień, jak kwiat, ale nie zdaje sobie sprawy z ogromu i nieskazitelności tego stanu”. Dziś dowiedziałem się, że zapewne odnajduję w sobie Krisznamurtiego. Mam nadzieję, że okaże się sympatyczny.

    Wpis zainspirowany promieniem z kosmosu, który trafił mnie dziś wielokrotnie (z częstotliwością większą niż u pewnego kozła, który materializował się w Acapulco).

    Wyszukiwarki to niezwykłe urządzenia, które często przez przypadek otwierają ścieżki internautów na nowe światy. Dzięki korzystaniu z usług Stat4U mam wgląd w rozmaite statystyki, a w tym we frazy wpisywano do Google, żeby trafić na The Yellow Book. Przyznaję, że wyniki są czasami oszałamiające. Google nie są oszałamiająco „inteligentne”, po prostu skanują, czy wpisywane w polu wyszukiwania słowa pojawiają się w tekście stron internetowych. Oczywiście chodzi o czyste układy znaków i bliskość słów względem siebie, pojęcie „kontekstu” jest obce programowi.

    Mając listę wpisywanych fraz, dowiedziałem się dwóch rzeczy. Po pierwsze, co można wpisać w Google, aby wyskoczył ten blog — to jasne. Po drugie zaś, co jest najbardziej fascynujące, mogę podziwiać, jakie zdania wpisują ludzie, oczekując, że w ten sposób znajdą to, czego szukają. To przypomina trochę jedna z legend, dotyczących maszyny szyfrującej Enigma, że jeśli zakodowało się pytanie, to w magiczny sposób po odkodowaniu otrzymywało się odpowiedź. Jak wspomniałem, Google wynajdują tylko konkretne układy znaków, nie interpretują intencji piszącego, a okazuje się, że myślenie mityczne i traktowanie internetu w kategoriach wieszczki delfickiej wciąż obowiązują. Tak na marginesie, wszystkie tezy, dotyczące mitów, archetypów, indywidualnych i zbiorowych świadomości, cieni i wypartych popędów, można świetnie badać poprzez zachowania użytkowników w internecie.

    Tymczasem podzielę się kilkoma smakowitymi przykładami z tego, co mi pokazało Stat4U (pomijając z przyczyn oczywistych słowa „The Yellow Book blog” wpisywane w kilkunastu konfiguracjach). Z jednej strony doskonale je utrwalę dla wyszukiwarek i od tej pory to będą doskonałe frazy, służące znajdowaniu mojego bloga, promujące go w internecie, z drugiej strony… no cóż, skaże się na to, że trafiać tutaj będą osoby szukające np. „masek jeża”. Wszystkie pomysły, które tu się pojawia, a które w zasadzie mają się nijak do tej strony, postaram się opatrzeć komentarzem — może okaże się pomocny przy kolejnym wyszukiwaniu? A teraz za Pytią powiem: Internauto, gnothi seauton.

    ewa bromberkowska — No cóż… jeżeli ktoś chciał się dowiedzieć czegoś szczególnego o Ewie, to dowiedział się tylko o jednym jej tekście — i chyba nie był z tego powodu zbytnio zachwycony. Bywa i tak.

    wiersze o pożegnaniu — Zazwyczaj są smutne.

    album z obrazami jacquesa-louisa davida — Cóż, nazywanie tego obrazka albumem jest nieco na wyrost. W kwestii dobrych książek o sztuce, polecam: Kluboksięgarnię Serenissima.

    baśnie w których bohaterowie sie przechwalają — Hmm… Może o jakimś kogutku, który się przechwalał i skończył w rosole?

    dehnel jest — Tak, niewątpliwie jest.

    do patrzenia na przez prawie godzinę marcel duchamp — Gratuluję entuzjazmu. Sztuka konceptualna, a za taką już można uznać dadaizm opiera się bardziej na koncepcie, a nie właściwościach wizualnych. Nie wątpię jednak, że dla niektórych wprowadzone w ruch koło rowerowe na taborecie może być świetnym obiektem do przypatrywania się i smakowania. Nawet przez prawie godzinę.

    dzieciństwo jacques-louis david — Pewnie z nieco starszym łobuziakiem Robespierrem, trzymając za rękę jeszcze usmarkanego Marata, zabierali koleżankom z podwórka lalki i urywali im głowy w imię równości przytulanek.

    efekt oglądania horrorów — Moczenia nocne, awersja do strzykawek i srebrzystych przedmiotów. Podejrzenie, że każdy szpital i stary dom w lesie został zbudowany na starym indiańskim cmentarzu, choćby to było w Europie centralnej.

    emblematy carycy katarzyny — Order Łaźni? Raczej Order Alkowy.

    higiena na dworze króla ludwika xiv — To oksymoron.

    jacques louis david: opis obrazu; styl artysty; najpopularniejsze obrazy; śmierc marata album — Narobiłem sobie kłopotu, bo ta estetyka jest mi w zasadzie emocjonalnie obca. I raczej na te tematy nie będzie nic więcej.

    jakie wrazenie robi na mnie obraz pt śmierc marata — Piorunujące!

    kapiele kleopatry — Liczne, ponoć w mleku. Ciekawe, czy miała żółtego, gumowego ibisa.

    kaseta pan zdzisio — Serdecznie pozdrawiam pana Zdzisia. Nie wiem, co nagrał na swoją kasetę i chyba dobrze mi z tym.

    katarzyna ii udziwnienia seksualne — Było ich wiele, ale jestem zbyt skromny, żeby w nie wnikać.

    kałamarz czy korzysta z niego w czasie baroku? — Zdecydowanie tak! Każdy z od czasu czy napisze gdziebądź.

    kto to był marat z dzieła jacquesa-louisa davida — Nieboszczyk.

    kąpiel archimedesa — Liczne. Być może z powodu tuszy filozofa i problemów z utrzymaniem piany w wannie, była to kąpiel teoriotwórcza.

    lala dehnel motyw kobiety — To może jeszcze motywy czasu w autobiografii? Człowieka w powieści? Rymu w poezji?

    maski jeża — Jedna, kupiona we Florencji, kremowo–złota. Wykłócona pewnego długiego gorącego, pełnego kłótni dnia, zaakcentowanego gołębią kupą na moim czole. Druga, zrobiona własnoręcznie z gipsu i bandaża, lekko polakierowana. Wygląda fatalnie, obecnie znajduje się na niej hodowla kurzu. Trzecia, odjeżynna, wenecka, czarna, na pół twarzy, z długim nosem. Zdecydowanie ulubiona.

    muzyka buddyjska — Dla porównania proponuję muzykę cysterską, rekonstrukcję średniowiecznej estetyki światła przez chórzystów z Fontenay.

    najladniejsze obrazy klasykow — To takie są?

    piosenki dla dzieci mayh — Znalazłem na Youtube zespół Opeth i ich album Mayh. Jeśli o to chodziło, to raczej piosenek dla dzieci się nie uświadczy.

    propozycje na abstrakcyjne wzory do namalowania na scianie — Mój faworyt! Proponuję inspiracje action painting Jacksona Pollocka: na środku malowanego pokoju ustawić mikrofalówkę, załadować już kilkoma puszkami z farbą, kawałkami asfaltu, śrubkami, etc. Włączyć na 10 minut i prędziutko wyjść z domu. Miłego mieszkania!

    przechwalanie się jako temat wierszaSamochwała?

    stojaki na prasę — Cóż, czasami pisząc o sztuce, krytyce, książkach czy muzyce nie sposób nie napisać czegoś o stojaku na prasę. To silniejsze.

    strike the pose — *strikes*

    symbolika jeż — Jeż ma wspaniała, ale niewyrażalna symbolika. Poleca wszystkim jej zgłębiania.

    teksty piosenek w których występują antytezyBóg się rodzi.

    w jakim języku spiewa lisa gerrard? — Cały urok w tym, że nie śpiewa w żadnym języku.

    wiersz o pożegnaniu z pracą — To się kłóci z moim wyczuciem decorum.

    znani pisarze spod znaku bliźniąt — Jak moja mama zacznie pisać a ja zechcę ją wypromować, to na pewno o niej tu wspomnę.

    świat wiedźmina i na sos do siebie podobne — Na sos to jest podobny świat u Brzezińskiej. Ale to raczej pomidorowy. W dziedzinie miodowo–musztardowego jestem zupełnym nowicjuszem.

    Byłem bodajże w II klasie podstawówki, gdy pewnego popołudnia, siedząc samemu w domu, włączyłem TVP 2. Akurat leciały wideoklipy. Wtedy nagle zobaczyłem coś niesamowitego, połączenie onirycznych scen z muzyka, która w jednej chwili podbiła moje serce. Kiedy klip miał się ku końcowi, usilnie starałem się zapamiętać nazwę zespołu — najwyraźniej to nie był jeszcze czas, kiedy człowiek otacza się setką fiszek z zapiskami. Wiedziałem, że słowa te i tak mi się ulotnią szybko, ale może przy odrobinie wysiłku, kiedyś odkopię je z archiwum pamięci. Tylko trzy słowa, ale po angielsku, trudne do zapamiętania dla dziecka: Dead Can Dance. Zapamiętaniem tytułu wideoklipu — The Carnival Is Over nawet nie zawracałem sobie głowy. A jednak wszystko tam zostało.

    Minęło kilka lat. Były wakacje, chyba między V a VI klasą podstawówki. Jurata, w czasach, gdy jeszcze była kurortem dużo bardziej przyjaznym turystom. W kawiarni Juratka sprzedawano niezapomniane lody jagodowe, na ulicach były stragany w fajnymi rzeczami, dobrego gatunku, a nie wakacyjnym chłamem spod sztandaru jaskrawego ręcznika i bezsmakowych gofrów. I to przy głównej ulicy stał stragan–stojak z mnóstwem kaset z muzyką. Idąc odwróciłem głowę i przeskanowałem tylko wzrokiem nazwy zespołów i tytuły. Bdłąk!!! Grom z jasnego nieba (pozdrawiam pana Heraklita). Ależ to TO! Niemożliwe! Kupiłem, sprawdziłem. Na kasecie nie było tamtej piosenki sprzed lat, ale po wysłuchaniu pierwszej piosenki nie miałem już żadnych wątpliwości.

    Tak zaczęła się moja przygoda z Dead Can Dance. Zanim znalazłem kasetę (bo to były wciąż czasy kaset) z The Carnival Is Over, minęły jeszcze ze cztery albumy. Zebrałem wszystkie oprócz nie rozpowszechnianego albumu Garden of the Arcane Delights (gdzie są tylko 4 piosenki) oraz dwóch kompilacji. W muzyce tego zespołu najbardziej zachwycił mnie głos wokalistki, Lisy Gerrard. Wokal Brendana Perry był dla mnie na drugim planie, choć oba głosy występowały w utworach razem,świetnie się dopełniają. Prawdopodobnie tak właśnie wyglądał kryzys zespołu: Brendan miał być czołowym piosenkarzem, Lisa zaś miała przede wszystkim robić całe tło instrumentalno–wokalne. Tymczasem kilka piosenek, na których zaśpiewała solo, przyciągnęło uwagę odbiorców i wkrótce zaczęła wychodzić na pierwszy plan. Tak rodzi się artystyczna zazdrość, żywioł okrutny.

    Informacje o zespole były bardzo skąpe, wciąż była to dla mnie epoka przedinternetowa. Znalazłem jedną, cienką książeczkę na temat Dead Can Dance. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem zdjęcia wokalistów, których do tej pory mogłem sobie tylko wyobrażać. Anielska Lisa z koroną splecionych, złotych włosów. Brendan, który wyglądał jak podejrzany Plastuś, efekt maskowany na kilku zdjęciach hiszpańską bródką (Plastuś z Różą w Zębach). Od momentu, gdy dowiedziałem się, że mężem Lisy jest Polak, miałem nadzieję, że takie koneksje mogą doprowadzić do zorganizowania koncertu w Polsce. Najwyraźniej przeceniłem ducha patriotyzmu.

    W muzyce uwielbiam dwie rzeczy. Po pierwsze, kiedy jest minorowa. Jeśli utrzymana jest w tonacji Dur to dobrze, jeśli jest wzniosła. Taka muzyka oczyszcza emocje. Po drugie, kiedy prowokuje wyobraźnię, pobudza do snucia własnych historii, obrazów (tu przypominają mi się sesje RPG, na których nieodmiennie obecne było Dead Can Dance, inspirujące również wiele scenariuszy). Przez wiele lat Yulunga miała pierwszeństwo przed wszystkimi innymi utworami.

    Tymczasem odkrywałem krok po kroku, że poza wąska grupką przyjaciół, która dopiero się formowała, prawie nikt nie zna albo nie przepada za Dead Can Dance. Najczęstszą nań reakcją było niezrozumienie muzyki: bo za smutna, bo za dziwna. Oczywiście, byłem tym przejęty, ale raczej nie ciesząc się swoją oryginalnością, tylko ukrywając zainteresowania dla siebie. Jakoś nie dałem sobie wmówić sekciarstwa ani stanów depresyjnych i tak doczekałem się solowych płyt Lisy Gerrard. Każdy kolejny album jest lepszy od poprzedniego, dojrzalszy. Stylistycznie nawiązują do różnych tradycji muzycznych świata, od korzeni wczesnochrześcijańskich po muzykę Indian Ameryki Północnej.

    W końcu nadszedł rok 2005, a wraz z nim wieść o reaktywacji zespołu na czas trwania jednej trasy koncertowej, która miała być ostatnią. Co więcej, jeden z koncertu miał się odbyć w Warszawie! Pełen szczęścia odkładałem pieniądze i szykowałem się, żeby zamówić bilet w Empiku… niestety, rozeszły się w niecałe dwa tygodnie, a na Allegro chodziły po absurdalnych cenach. I tak oto moje marzenie miało pozostać niespełnione. Słyszałem nagranie z koncertu, pojawiło się tam sporo genialnych utworów, które nie znajdują się na żadnym z albumów, efekt naprawdę wstrząsający. Podejrzewam, że pojawienie na występie zakończyłoby się dla mnie zbieraniem chłonną ściereczką Viledy. A przynajmniej, utopieniem się we własnej wodzie morskiej.

    Jedną z najciekawszych cech z muzyce Dead Can Dance, a potem na solowych płytach Lisy, to „język”, w którym śpiewa wokalistka, czyli brak języka jako takiego. Modeluje śpiewane słowa w zależności od muzyki, jej tematu, ukrytej opowieści. Używa słowa jako plastycznej materii, którą dowolnie formuje, a następnie wyciska na emocjach słuchaczy. Jednak najmocniejszą stroną tej muzyki jest to, co nazwałem śpiewaniem ku światłu. Chodzi o strukturę analogiczną do budowy muzyki buddyjskiej. Utwór zaczyna się niskimi dźwiękami, ciemnością, z której nagle wybija się w czystych dźwiękach wzwyż, ku światłu. Dla mnie wrażenie jest niesamowite, siła melodii wyrywa wręcz z ciała ku innym sferom. Co więcej, ta muzyka w ciągu kilku sekund potrafi wycisnąć potok łez (podobno moja zmarła już babcia reagowała tak na muzykę Chopina). Przykład: uważam, że Aria jest prawie za piękna.

    Na koniec bardzo ciekawa kompilacja, wideoklip Mylene Farmer z piosenką Persephone Dead Can Dance. Rudowłosa jako Kozioł Ofiarny, założycielski mord i agon z Minotaurem.

    _____________
    ♠ Dead Can Dance, Dead Can Dance (1984), Spleen and Ideal (1985), Within the Realm of a Dying Sun (1987), The Serpent’s Egg (1988), Aion (1990), A Passage in Time (1991), Into the Labyrinth (1993), Toward the Within (1994), Spiritchaser (1996), Wake (2003).
    ♠ Lisa Gerrard, The Mirror Pool (1995), Duality (1998), Immortal Memory (2004), A Thousand Roads (2005), The Silver Tree (2006).

    Zapach jest najbardziej zaniedbywanym ze zmysłów. Za pierwszorzędny kulturowo uważamy wzrok, potem słuch, jako te, które odbierają treści na duży dystans. Pozostałe trzy są „kontaktowe”, ale choć węch zbiera informacje z szerszego otoczenia, traktowany jest jako mniej ważny. Oczywiście, taki układ jest niezgodny z ludzką praktyką, gdzie to właśnie wrażenia, na których się nie skupiamy, odgrywają najistotniejszą rolę.

    Każdemu zmysłowi prócz węchu przynależą całe „utwory”, zaadresowane właśnie do nich. Wzrok i słuch mają oczywiście wszystkie sztuki audio–wizualne. Dla smaku tworzy się uczty i rozmaite instytucje posiłków (i choć węch ma ogromny udział w smakowaniu, nikt by się nie zgodził na ograniczenie wytwornej kolacji do wąchania garnków). Nawet dotyk zyskał uznanie w postaci całych zakładów zaspokajania jego potrzeb w postaci saun, masażu, jacuzzi, basenów z biczami wodnymi, ciepłych źródeł. Chyba nie można tego porównać z używaniem perfum, odświeżaczy, czy nawet aromaterapią. A wizyty w perfumerii po piątej buteleczce stają się dla powonienia torturą.

    Nie jest to jednak obowiązująca zasada, którą można tłumaczyć budową mózgu i hierarchizacją zmysłów. W mojej ukochanej, japońskiej epoce Heian funkcjonowała wspaniała sztuka komponowania zapachów. Wiele uwagi poświęcała temu XI–wieczna pisarka Murasaki Shikibu, zręczna portrecistka kultury dworskiej. Opisywała eleganckie spotkania, podczas których dworzanie wykonywali kadzidlane mieszanki pachnących składników, zakopywali je na długie miesiące, aby fermentowały w glebie, a w końcu prezentowali i porównywali swoje dzieła podczas uroczystej ceremonii. Oczywiście, Murasaki pochwaliła się, że jej kompozycja Czerń wygrała taki konkurs, zapisała nawet przepis na nią.

    Ciekawe jest, że to właśnie wzrok wspiera działanie zapachu, opisuje go, proponuje ideową interpretację, stanowi synestezyjną metaforę. Jest to absolutnie oczywiste, kiedy wchodzi się do perfumerii, gdzie na półkach grają setki flakonów, skrystalizowanych snów najlepszych projektantów. W końcu nie jest możliwością powąchania wszystkich perfum, ba, już po kilku zapachach nos staje się obolałym, nieczynnym receptorem. Jako atraktory pozostają atrakcyjne, opisowe nazwy i piękne opakowania.

    Tak się złożyło, że moje myśli podążyły tymi samymi drogami, co Murasaki, kiedy znalazłem zapach, który ostatnio podbił moje serce, czyli Black XS Paco Rabanne. Przyznaję, że „czerń” to fantastyczna metafora zapachu, która doskonale realizuje się w przypadku tych perfum. można je opisać synestezyjnie jako głębokie, mroczne, matowe. Pachną leśnymi owocami, mchem, magnetyzują. Ich dokładny skład to:
    Nuty głowy: kalabryjska cytryna, owoc kalamanzi.
    Nuty serca: praliny, cynamon, balsam tolu, czarny kardamon.
    Baza: drewno palisandru, czarna ambra, paczula.
    Kompozycję opisuje wzornictwo gotyckie: czerń z bielą, gotycki krój pisma oraz róża. Nie wiem, jak długo będzie moda na tego rodzaju design — dużo czerni i gotycka wstawka albo arabeskowa aplikacja — ale zapach jest ponadczasowy. Dziękuję Murasaki za podpowiedź, a Aliss za wspieranie mnie w pachnieniu!

    _____________
    ♠ Biografia Murasaki Shikibu została odtworzona przez Lisę Dalby na podstawie oryginalnych zapisków japońskiej pisarki, jej poematów, a także innej zebranej dokumentacji. Por.: Lisa Dalby, Opowieści Murasaki, przeł. M. Krygier, Albatros, Warszawa 2003.

    Jean–Paul Marat leży w wannie. Z martwej dłoni wysuwa mu się pióro, na którym powoli zasycha atrament. Obok, na ziemi leży nóż, jeszcze ciepły od świeżej krwi i śladu dłoni morderczyni, Charlotty Corday.

    Jacques Louis David, Śmierć Marata, 1793 r.

    Marat, wielokrotnie zmuszany do ukrywania i przedzierania się przez podmiejskie kanały, zapadł na chorobę skóry. Ulgę w związanych z nią cierpieniach przynosiło mu spoczywanie w wannie, wypełnionej wodą. Obraz Jacquesa Louisa Davida przedstawia mebel, wyściełany białym materiałem, na jego brzegach położono deskę pisarską, przykrytą suknem. Obok mały stolik, a na nim kałamarz, zapasowe pióro, porozrzucane fiszki z notatkami. Tak prezentuje się nietypowe biuro Marata, spędzając tu długie godziny nie próżnował. Oddawał się pisaniu, przyjmował gości (jako ostatnią wpuścił swoją zabójczynię), wszystko ku chwale Rewolucji i nowego porządku świata.

    Pomijając aspekt chorobowy, pomysł na pisanie w wannie jest absolutnie genialny. Z mojego doświadczenia wynika, że najlepsze i najbardziej zaskakujące pomysły rodzą się w dwóch łazienkowych okolicznościach: pod prysznicem i na sedesie.

    Cóż, wyznanie brzmi odważnie, ale z drugiej strony różne łazienkowe „posiedzenia” często zamieniają się w instytucje. W toaletach nierzadko pojawiają się stojaki na prasę, półki z lekkimi lekturami, że o czytaniu w wannie nie wspomnę. Niemcy, jako naród obarczony największą skatologiczna mania, doprowadzili systemy oznaczania toalet do rangi rozwiniętej sztuki użytkowej. Wydarzenia pielęgnacji ciała, jego oczyszczania w rożnych aspektach, wydaje się całkowicie odintelektualizowane. Ot, seria rytualnych gestów, powtarzanych przez każdego (lub prawie każdego. To prawie w przypadku dużej części naszego społeczeństwa przynosi skutki katastrofalne). Wbrew pozorom takie wyłączenie rożnych kompetencji mózgu przenosi jego pracę w inne rejony. Kiedy w ogólnym odprężeniu wyłącza się powierzchniowy strumień myśli, uruchamia się ten głębszy, pomagający w przyswajaniu czytanych treści, bądź inspirujący do własnych przemyśleń. I już po chwili można lecieć przez mieszkanie, świecąc gołym ciałem, żeby jak najszybciej zapisać ulotna myśl, która nagle spłynęła w kaskadzie natchnienia.

    Nie wiem, czy takie zjawisko jest powszechne, ale ja tak mam. I patrząc z tej perspektywy na historię, zauważyć można kilka miejsc kąpielowych i kloak, które odcisnęły się na kulturach świata:
    — kąpiel Archimedesa, w trakcie której zobaczył wodę, przelewająca się przez brzegi wanny, w momencie gdy do niej wszedł, sformułował swoje Prawo.
    — kąpiele Kleopatry w mleku ponoć zapewniały jej urodę. Co by się stało ze światem, gdyby nie uwiodła Marka Antoniusza?
    — toalety publiczne w Imperium Romanum były miejscami spotkań i dyskusji o polityce (z krótkimi przerwami na plum). Czy gdyby nie zbiorowe posiedzenia w towarzystwie instrumentów dętych, mielibyśmy dziś demokrację?
    — dygresja — może to Anaksymander wymyślił wierszyk:

    Siedzę sobie na sedesie
    I rozmyślam o bezkresie.

    — w starożytnym Rzymie Cloaca Maxima odprowadzała z miasta głupie pomysły, a zostawiała sny o wielkości. Pewnie po latach używania zapchała się.
    — kąpiel Chrystusa w wodach Jordanu w towarzystwie Jana Chrzciciela była momentem rozpoznania Jezusa jako Mesjasza. Woda potrafi więc otwierać oczy.
    — Marcin Luter sformułował swoich 95 tez, siedząc na toalecie. Jego poważnym problemom z kiszką zawdzięczamy Reformację. Ciekawe, że kał jest symbolicznie powiązany z pieniędzmi (pecunia non olet to tylko jeden z tropów), a Luter występował m.in. przeciw odpustom. Pobudzający intelektualnie i duchowo aspekt sedesu jest niepodważalny.
    — analogicznie do Rzymu, przeciwnicy demokracji to ci, którzy mieli problemy z wydalaniem. O ironio! Kiedy Mao Zedong odwiedził Stalina i został zaproszony na basen, ku przerażeniu Rosjan zdefekował sobie do wody. Często jednak miewał problemy z wypróżnianiem i jego żona musiała mu pomagać, wygrzebując co twardsze cząstki palcami. Ponoć inny geniusz komunizmu, Ho Chi Minh, miał fobię na punkcie wydalania. Zasiadłszy na nocniku okrywał się szczelnie kołdrą, żeby nie słyszeć i nie czuć najbardziej oczywistej z czynności cielesnych. Oto, do czego prowadzi negowanie wewnętrznej kupy.
    — kąpiele (tudzież ich brak) Ludwika XIV. co by się stało, gdyby Dwór Słońca inaczej podchodził do higieny, gdyby uwierzył w wodę i mydło, a nie zapudrowanie, perfumowanie i odkruszanie? Być może jedna z przyczyn Rewolucji był smród wyperukowanych ciał, niosący się na Paryż od Wersalu? Może gdyby Rosja tamtych czasów miała inny wzorzec do naśladowania, jej dzieje też by się inaczej potoczyły?
    — jedna z legend podaje, że caryca
    Katarzyna II zginęła na sedesie — od wbudowanego weń
    sprężynowego ostrza. Podobny los spotkał Henryka III Walezego, zadźganego w wygódce. Wychodek, zazwyczaj zagrażający jedynie
    nosowi, czasem też oczom, okazuje się mieć potencjał królobójczy
    i historycznie wywrotowy. Może gdyby jakaś niecna klapa wcześniej
    przytrzasnęła Katarzynę, uniknęlibyśmy rozbiorów Polski?
    Fontanna Marcela Duchampa (czyli sygnowany pisuar), to najsłynniejsze ready–made, kamień milowy oznaczający przełom w dziejach sztuki świata. Biała, porcelanowa muszla, „rzucona w twarz widowni”, spowodowała konieczność redefinicji pojęć sztuki, piękna, artysty. Według niektórych spowodowała kryzys — ale co spotyka ludzi mających problem z odchodem: patrz punkt wyżej.

    Marcel Duchamp, Fontanna, 1917 r.

    Patrząc na to wszystko można odnieść wrażenie, że w Japonii powstaje niezauważona kontr–kultura filozofów. Zapewne to otaczający ich mróz i rozleniwiająca, ciepła woda sprawiły, że jeszcze nie opanowali świata.

    Japońskie makaki, siedzące w gorącym źródle w Nagano

    Na koniec spotkanie obu łaziebnych żywiołów. Synteza opróżniania i obmywania: spłukiwanie. Zmazywanie znaków pisanych przez ciało na białej powierzchni. Zacieranie śladów tajemnic alchemicznego nigredo, objawionych przez wnętrze człowieka

    Fluuuuszzzzzzzzzzzzzz!

    Dzisiaj mija rok mojego szczególnie intensywnego zainteresowania się jeżami (Erinaceus europaeus). Są to stworzenia niewątpliwie niedoceniane. Sedno ich jeżości, czyli kolczość, bywa interpretowana na ich niekorzyść. Fakt, że zabieranie się do czegoś jak pies do jeża nie wskazuje na zbytni zapał, ale chyba negatywny wydźwięk powiedzenia za bardzo promieniuje na same zwierzątka. Wszak kolce nie służą tu do atakowania, tylko bronienia się. I do tego przed zbyt wścibskimi nosami.

    Cechami charakterystycznymi jeży są: miłe mordki, miękkie uszy, długie kolce, śmieszne łapki, jeszcze śmieszniejsze ogony i czarne bądź brązowe, mokre nosy, w okolicy których gromadzi się ich cała jeżowatość. Do tego należy dodać spojrzenie czarnych, lśniących oczu, nie banalne, zdystansowane i przenikliwe.

    Gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, jakimi jeże są uroczymi istotami, oto ostateczny argument:

    Jeże są tematem wielu moich wspomnień z dzieciństwa, poczynając od dowcipu kulinarnego, poprzez ukochanego przyjaciela Krecika, bohaterze gry Sonic, a na Jeżu Jerzym kończąc.

    Wartość jeża dla kultury też jest istotna. Może nie pojawiał się w przesadnych ilościach, ale za to z klasą. W chrześcijaństwie odegrał rolę bohatera negatywnego, jako symbol sił nieczystych i grzeszników (w jednej paczce razem z np. dudkiem, który jakoby śmierdzi jak diabeł). Orient zaś docenił jego pozytywne moce, uznając za symbol słońca: zwinięty w kłębek jeż jest jak tarcza słoneczna, jego kolce jak promienie. W Japonii jeż to harinezumi, czyli „kolczasty szczur”, nadmienić jednak trzeba, że szczury były zwierzętami przynoszącymi pomyślność i bogactwo!

    Wkład jeży w filozofię i psychologię też się zaznaczył w dylemacie jeża. To myśl bardzo na czasie. Ludzie pragną bliskości, lecz zbliżanie się do drugiej osoby łączy się z zadawaniem ran. Czy wyjściem jest danie sobie spokoju? A może nauka jak to zrobić, żeby się za bardzo nie pokłuć?

    Sztuka pokazuje jeże rzadko, ale za to w sposób dojmujący. Ciekawe, że często bywają bohaterami opowieści chwytajacych za serce, bardzo smutnych i bardzo pięknych, jak np. książki dla dzieci Zimowy dzień i Zimowa noc. Człowiek–jeż jest jednym z bohaterów Sagi o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego, a którego pierwowzorem jest postać romantycznego potwora z Pięknej i Bestii. Znalazłem również pięknego jeża w nietytułowanym wierszu Joanny Ślósarskiej:

    od dłuższego czasu
    okłamuję Warunę
    pana miary i przeznaczenia
    że jest pijany
    i tka dziurawą sieć
    przez którą wypada mu na zawsze
    nastroszony jeż
    naszej miłości
    w apaszce bordo
    ponieważ Waruna
    nie podejrzewa mnie o kłamstwo
    sekretnie sprawdza swoje serce i umysł
    a w tym czasie
    nastroszony jeż
    naszej miłości
    w apaszce bordo
    naprawdę rozrywa sieć

    A w związku z jeżem mały przepis na coś dobrego. Potrzebne są:
    — jeżyny. Dowolna ilość, im więcej, tym smaczniej. Najładniejsze rosną przy Via Prulla;
    — sok wyciśnięty z pomarańczy;
    — cukier.
    Sok z pomarańczy wymieszać z rozsądną ilością cukru. Jeżyny nałożyć do miseczek, zalać sosem pomarańczowym, wymieszać. Brzmi banalnie, ale smakuje słonecznym latem.

    P.S. Apelujemy: wybaczcie jeżom, że są pchlarzami i ścierwojadkami. To nie ich wina. W ogrodach Pana będą miały grzebienie i w bród owoców.

    _____________
    Zimowy dzień; Zimowa noc, Egmont, Warszawa 2007.
    ♠ Andrzej Sapkowski, Ostatnie życzenie; Saga o Wiedźminie, SuperNOWA, Warszawa 1993–1999.
    ♠ Joanna Ślósarska, Z Nieogrodu, Corre Studio, Łódź 2001.

    Oryginalne The Yellow Books stanowiły drugi obieg kultury w dobie wiktoriańskiej. W społeczeństwie sztywno wyprostowanym w ciasnym gorsecie praw i nakazów, traktowane były jako wywrotowe, wywołujący rumieniec niebezpiecznego podniecenia u czytelnika. Nie mam tak anarchistycznych zamiarów, ale pragnę zachować to, co według mnie najistotniejsze: nowoczesne wyznaczanie własnych granic (i ponowoczesne bycie ponad nie), barokowa skłonność do przesady i dekadenckie  nurzanie się w estetyce.

    Ta wirtualna książka będzie miejscem, w którym będę przelewał myśli w tekst pisany — na własne zamówienie, z prywatną korektą i możliwością publicznej recenzji. Ty zaś, Czytelniku, jesteś moim czytelnikiem idealnym: z optymizmem zakładam Twoją dobrą wolę, chęć sympatycznej dyskusji oraz obycie podobne do mojego.

    Tematem moich przemyśleń będą sztuki wszelakie, wszak przyjęty przeze mnie wzór zobowiązuje. Fachowo zajmuję się sztuką, literaturą, filmem, komiksem oraz szeroko pojętymi tekstami kultury. Będę sobie wyciągał niektóre spośród nich i, przyjmując postawę krytyczną, odbędę intelektualne podróże. Dokąd mnie zawiodą? Tego jeszcze nie wiem, ale to navigare necesse est.


    • RSS